Dzień 17 - Świat należy do młodych

Pomiędzy namiotami przechodzą budzikowi i delikatnym głosem informują, że czas wstawać i zbierać się w dalszą drogę. Ciemność zostaje rozproszona światłem czołówek. Zaczyna się codzienny rytuał – składanie namiotów, pakowanie, śniadanie, kółko i odjazd. Podczas wspólnej modlitwy relikwie św. Stanisława Kostki Mateusz Mrugała przekazuje naszemu GPS-owemu Marcinowi Musialikowi. Miejmy nadzieję, że ten wspólnie ze świętym ogarnie trasę i trafimy we właściwe miejsce o właściwej porze.

Ruszamy ok. 6.20. Wszystkie lampki w ruch, bo słońce jeszcze nie wzeszło i noc nie ustąpiła miejsca dniu. Po przejechaniu kilku kilometrów po szutrowej drodze w środku lasu daje się słyszeć krzyki: Awaria! Awaria! Okazuje się, że Paweł Foit złapał dętkę. Techniczni biorą się za swoją robotę. Po kilku chwilach jedziemy dalej. Powoli promienie słońca zaczynają przebijać się przez liście drzew. Pierwszy dystans w znacznej mierze pokonujemy w otoczeniu lasów parku narodowego. Po tygodniu jazdy po prawie płaskiej Francji wreszcie pojawiają się pierwsze podjazdy. Zaczyna się walka. Do granicy francusko-hiszpańskiej brakuje nam jeszcze ok. 30 km (od noclegu ok. 80 km). Granicę tę tworzą Pireneje. Trzeci łańcuch górski pod względem wysokości w Europie po Alpach i Górach Betyckich.

Pierwsza pięćdziesiątka za nami. Nadszedł czas na przerwę, śniadanie i krótki odpoczynek, po raz ostatni we Francji. Parking przed marketem zamienia się w dużą stołówkę. Kiedy wszyscy są pochłonięci śniadaniem, Mateusz Mrugała wymienia dwie szprychy w tylnym kole Pawła Foita, które pękły na pierwszym dystansie. Po tym zdąża zjeść śniadanie i być punktualnie w kółku, co dla niektórych byłoby nie lada wyczynem :).

Kolejne kilometry zaczynamy zdobywać z coraz większym trudem. Pireneje nie mają zamiaru dać się nam łatwo sforsować i pozwolić bez wysiłku wjechać do Hiszpanii. Mimo czasami morderczych podjazdów i my nie poddajemy się bez walki. Pogoda nam sprzyja. Bóg wysłuchał naszych porannych modlitw o zachmurzone niebo, przez co zdobywanie kolejnych kilometrów nie jest dodatkowo utrudnione palącym słońcem. Nasze Camino prowadzi wzdłuż górzystego wybrzeża. Z jednej strony widoczne są szczyty górskie Pirenejów, a z drugiej strome klify i niezmierzona otchłań oceanu. Widoki odbierają dech w piersiach i skłaniają do refleksji. Mijamy kolejne nadmorskie miejscowości. W jednej z nich, na 90. kilometrze dzisiejszej trasy, robimy przerwę na Mszę Świętą na skalistym klifie, tuż przy oceanie. Jest pochmurnie, z lekkim wiaterkiem, i nic nie zapowiada, że dzisiaj coś się zmieni. Dlatego nie trzeba tak cyrklować czasem, żeby przerwą trafić w godziny największych upałów. Poza tym po dość trudnych podjazdach nasze siły są znacznie nadszarpnięte, więc wzmocnienie ducha, a przy okazji odpoczynek, dobrze nam zrobią. Na uznanie zasługuje odbiór naszej grupy przez Hiszpanów, zarówno kierowców, jak i przechodniów, którzy witają nas z wielkim entuzjazmem, bijąc brawo, unosząc kciuki do góry czy życząc dobrej drogi.

W dniu dzisiejszym przypada wspomnienie męczeńskiej śmierci Jana Chrzciciela. Mówi się o nim, że to ostatni człowiek Starego Testamentu i jednocześnie pierwszy człowiek Nowego Testamentu, ponieważ jako pierwszy rozpoznał i wskazał Jezusa jako Mesjasza, wypowiadając słowa: Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata. Ewangelia przypomina okoliczności, w jakich zginął Jan Chrzciciel. Powód śmierci był bardzo błahy. Podczas wystawnej uczty Herod został oczarowany tańcem córki Herodiady. Kierowany pożądliwością, stracił głowę i dał słowo, że odda jej wszystko, nawet pół królestwa. Dziewczyna na polecenie swojej matki zażądała głowy Jana. Herod posmutniał, ponieważ pomimo tego, że Jan Chrzciciel niejednokrotnie wytykał mu związek z żoną swojego brata – Herodiadą, to chętnie go słuchał i uważał za człowieka wielkiego i prawego. Jednak przez wzgląd na dane słowo spełnił prośbę i kazał ściąć Jana Chrzciciela.

Ojciec Tomek mówi, że zło zaczyna się w sercu jednej osoby i to od niej zależy, czy będzie miało możliwość się rozwijać. Przykładem są wojny, które zawsze zaczynały się w sercu jednego człowieka. Za jego przyzwoleniem się rozwijały i obejmowały rzesze ludzi. Warto zatem patrzeć w swoje serce i poznawać to, co w nim jest.
Poznawać to, co dobre, ale jednocześnie nie zabijać w sobie wytykającego głosu Jana Chrzciciela i nie bać się poznawać tego, co złe. Dzięki temu będziemy wiedzieć, co w naszym sercu należy pielęgnować i rozwijać, a co zwalczać i pokonywać.

Ruszamy w dalszą drogę, podziwiając piękne widoki. W pewnym momencie słychać huk i odgłos szorujących po asfalcie sakw. To Górnik zaliczył wywrotkę, próbując wjechać przechylonym rowerem pod wiadukt, tak aby nie zahaczyć o niego masztem z flagą. Gdy do niego podchodzimy, stoi już uśmiechnięty, z kilkoma otarciami, przeciętym butem i dziurą w skarpetce, odrzucając propozycję opatrzenia ran. Jak stwierdza: Po co?! Samo zaschnie. Po ok. 20 km docieramy do sklepu, gdzie robimy zakupy. Po nich przenosimy się do pobliskiego parku i tam zatrzymujemy się na obiad i odpoczynek. Czas przerwy mija szybko. Przed odjazdem Marcin Musialik przekazuje mi uroczyście relikwie świętego Stanisława. Wreszcie mam zaszczyt podwieźć go na miejsce noclegu szlakiem Camino de Santiago. Następnie wspólnie odmawiamy Koronkę do Bożego Miłosierdzia, po której wsiadamy na rowery.

Czas ruszać w dalszą drogę. Ten odcinek jest szczególnie bogaty w podjazdy o nachyleniu sięgającym ok. 8–10%, które dają się nam we znaki. Szczególnie jeden stromy, kilkukilometrowy podjazd sprawia, że z wielką trudnością i w żółwim tempie pokonujemy każdy metr drogi. Bóg zawsze daje nam więcej niż to, o co prosimy. Dzisiaj oprócz zachmurzonego nieba w trakcie największego podjazdu zsyła ciepły deszcz dający uczucie wytchnienia i orzeźwienia, szczególnie kiedy wspomni się wczorajszy upalny dzień. Naprawdę niewiele wystarczy do szczęścia – nawet zwykły deszcz.
Przed szczytem robimy krótki postój. Jesteśmy cali mokrzy, więc warto przed zjazdem ubrać się w jakąś kurtkę. Na postoju spotykamy kobietę z Anglii, która tak jak my pielgrzymuje rowerem do Santiago de Compostela. Pokazuje nam pękniętą szprychę w tylnym kole. Proponujemy jej, aby jechała z nami, bo za ok. 30 km planujemy nocleg. Wtedy na spokojnie moglibyśmy zająć się jej problemem i wymienić szprychę w kole, bo na pewno w naszych sakwach znalazłaby się jakaś pasująca. Po krótkiej rozmowie kobieta decyduje się na dalszą jazdę i usunięcie usterki w serwisie, bo chce tego dnia przejechać większy dystans. My wdziewamy kurtki przeciwdeszczowe i ruszamy dalej.

Po długim i męczącym podjeździe czeka na nas długi zjazd. Droga jest mokra i trzeba zachować ostrożność, żeby nie wpaść w poślizg. Co niektórzy nic sobie z tego nie robią i „cisną” w dół niemal z prędkością światła. Na szczęście na końcu zjazdu wszyscy spotykamy się cali i zdrowi. Z pewnym wyjątkiem. Górnik pojawia się z nowymi otarciami na łokciach i nogach oraz złamaną końcówką masztu. Z jego relacji wynika, że podczas zjazdu mijał się z kamperem. Droga była wąska, więc bał się, żeby mokra flaga nie przykleiła się do samochodu i nie została zerwana. Zjechał maksymalnie do krawędzi drogi i pech chciał, że przy dużej prędkości rower spadł z asfaltu na trawę, wpadł w poślizg i się przewrócił. Górnik szlifował asfalt, rower trawę, a kamper pojechał dalej, jakby nic się nie stało.

Jesteśmy już w komplecie. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie na starej łajbie, na tle góry, z której zjeżdżaliśmy, i ruszamy w stronę sklepu, aby zaopatrzyć się w rzeczy na kolację i śniadanie. Pod marketem mamy wykręcone ok. 140 km. Pora jest już na tyle późna, że ojciec Tomek proponuje w pobliskiej miejscowości udać się pod kościół i tam poszukać noclegu. GPS-owi namierzają cel nad samym oceanem, który oddalony jest od nas ok. 10 km. Ruszamy. Ostatni kilometr to ostry podjazd pod górę. Stary kamienny kościółek położony jest na szczycie skalnego klifu, skąd rozpościera się przepiękny widok na skaliste, strome wybrzeże i ocean. Pod nim spotykamy mieszkających w pobliżu Hiszpanów, którzy nie widzą problemu, abyśmy tutaj przenocowali. Udostępniają także w swoim domu gniazdka do naładowania akumulatora Górnika oraz naszych powerbanków, telefonów i innych elektronicznych gadżetów.

Dzień jazdy kończyny na 151 km wspólną modlitwą, a po niej kolacją. Gwar słychać do późnych godzin nocnych, a przecież jutro wstajemy o 5.00. Na wyprawie po prostu trzeba się nauczyć szybko spać, bo na sen nie ma za wiele czasu :).

Jeszcze kilka słów o wrażeniach osób, które dzisiejszego dnia zafundowały świętemu Stanisławowi Kostce podróż z Francji do Hiszpanii. Marcin Musialik, jak na prawdziwego śląskiego chłopa przystało, mówi krótko i konkretnie: Radość, moc, zero zmęczenia. Był to jeden z moich najlepszych dni pod względem formy. Natomiast ja czułem wielki zaszczyt, że mogłem być prywatnym szoferem świętego. Podobnie jak Marcin, tego dnia nie odczuwałem zmęczenia. W głowie brzmiały mi słowa naszego patrona: Do wyższych rzeczy zostałem stworzony. Skłoniły do refleksji, jak ważne jest życie wewnętrzne jako źródło sił i motywacji do przewyższania samego siebie, do stawania się bardziej człowiekiem na miarę Ewangelii miłości Jezusa. W tym kluczu można spróbować rozszyfrować hasło wyprawy: Projekt Życie. Próba Krzyża. Życie to miłość, a ta prawdziwa wymaga ofiary i poświęcenia na miarę krzyża. Skąd brać siły? Ja sobie mówię tak: Zajrzyj w swoje serce, w swoje wnętrze, zacznij żyć nie tylko ciałem, ale i duchem, a odkryjesz, jak wiele darów Bóg tam dla ciebie złożył. Gdy to odkryjesz, będziesz w stanie robić rzeczy niemożliwe.

W tym dniu szczególną modlitwą objąłem młodych, których patronem jest św. Stanisław Kostka i w których intencji odbywa się tegoroczna wyprawa, prosząc o umocnienie ich życia wewnętrznego. W tzw. młodzieżowej wersji Apelu Jasnogórskiego padają słowa: Już dzisiaj zależy od polskiej młodzieży następne 1000 lat. Pokazują one, jak ważna jest modlitwa za młodych, bo tak naprawdę to od nich zależy, jak w przyszłości będzie wyglądał porządek świata.

Bilans dnia:

  • 151 km
  • 18,5 km/h… o czym świadczy ta średnia?…
  • … 1544 m przewyższeń
  • 1 dętka Pawła Foita i ileś tam posypanych szprych, słowem – koło do wymiany
  • 3. i 4. upadek Kuniola
  • 1 przekroczona granica

Nocleg: w pięciogwiazdkowym hotelu z widokiem na ocean. Ok, bez tego pierwszego, wokół kościoła po 12% podjeździe, ale z widokiem na ocean :), w miejscowości Zumaia

Kilometrów przejechanych do tej pory: 2407


Dzień 12 - Więcej pytań niż odpowiedzi

Poranek wita nas chłodnym akcentem, a mgła zakrywa przed nami szlak dalszej wędrówki. Termometr przy lokalnej aptece wskazuje 19 st. Celsjusza, zimny poranek nikogo nie oszczędza. Pierwszemu postojowi towarzyszą zaspane miny, co chwilę widać ziewające buzie, a na włosach da się zauważyć kropelki wody pozostawione przez mgłę. Do Damiana, znanego z krótkich profilaktycznych drzemek na postojach, dołączają kolejne osoby. Z każdym następnym przystankiem senny nastrój narasta.

Dzisiejsza pogoda sprzyja wielu przemyśleniom i szczerym rozmowom. Hmm… a może to jednak ta malownicza dolina z czerwonym piaskiem w mlecznej poświacie słońca, która zachwyca nas swoim pięknem? Jedno jest pewne – jest to czas wyjątkowy.

Nadchodzi pora na Różaniec, Kamil „Nie ma go tu”1 proponuje dwie nowe tajemnice różańcowe : tajemnica pierwsza – długość trasy, tajemnica druga – nocleg.

Po 12 km od pierwszego postoju mapowy wyznacza postój na obiad w centrum miasteczka. Po dojściu na miejsce okazuje się, że owo centrum jest centrum chińskim. Większość chce już odpocząć – wiadomość o dodatkowych 800 metrach jest nieco przykra. Jednak miejsce na odpoczynek wyłania się dość szybko. Prawie każdy decyduje się na posilenie w restauracji Canto Novo. Wśród wybranych przez nas dań największą popularnością cieszy się kurczak z ryżem i frytkami. Na naszych talerzach można również znaleźć wieprzowinę w sosie własnym. Koneserzy ryb też nie są zawiedzeni – zamawiają rybę z frytkami i oliwkami podaną w formie sałatki. Co ciekawe – danie podane na talerzu powinno być przełożone na inny, specjalnie przygotowany ozdobny talerz. Dania są smaczne, a cena 5,50 € jest dla nas miłym zaskoczeniem. Po obiedzie „fani portugalskiej kawy”, czyli Ania, Ewelina i Damian udają się do pobliskiej cukierniopiekarni (portug. Padaria Pastelaria). Na miejscu można skosztować regionalnych słodkości, takich jak tarta migdałowa, babeczka kokosowa czy ślimak z ciasta francuskiego zanurzony w cukrze, oraz kupić świeżo wypiekane bułki, a to wszystko w towarzystwie świeżo parzonej kawy.

Po wypoczynku, najedzeni i szczęśliwi, około 16.30 wyruszamy w kierunku kolejnej miejscowości. Po 8 km udaje nam się znaleźć schronienie w centrum parafialno-społecznym. Pracownicy przyjmują nas bardzo ciepło, cieszą się z naszej obecności, zapraszają nas na pożywny posiłek – zupę dyniową. Uśmiech nie schodzi nam z twarzy. W radosnych nastrojach udajemy się na konferencję ojca Dominika. Skupia się ona na czystości przedmałżeńskiej. Zrozumienie samego siebie oraz nazywanie swoich uczuć po imieniu buduje relację z Bogiem, a tym samym z drugim człowiekiem. Skoro żyjemy w relacji z Bogiem, to uzdalnia ona nas do życia w czystości i uczy, jak walczyć o związek. Msza odbywa się po konferencji; Ewangelia dotyczy Natanaela, który dowiedział się, że Jezus widział go wcześniej, nim został do niego przywołany (dla ciekawych: 1 J,45-51).

Uczniem Jezusa jest ten, który wciąż ma więcej pytań niż gotowych odpowiedzi. Bóg nie jest uszyty na miarę, gdy Go prosimy szczerze, z ufnością, daje nam dużo więcej, niż nam się zdaje. Te słowa kazania utkwiły w nas najmocniej.

Godzina 22.30, gasimy światło. Tak kończy się dzień dwunasty naszego Camino.

PS Pozdrawiamy tych wszystkich, którzy pomogli się nam tu znaleźć i wspierają nas w modlitwie, w szczególności wiernych z parafii Ducha Świętego oraz Jana Pawła II w Siedlcach oraz parafii w Pruszynie i Skórcu. My również pamiętamy o Was w modlitwie.

Bilans dnia:

  • 28 km

Nocleg:

w centrum parafialno-socjalnym w miejscowości Pinheiro de Bemposta

Przebytych do tej pory kilometrów: 332,5


Dzień 11 - Połowa

Na pierwszą przerwę zatrzymujemy się w pewnej francuskiej wsi, na rozstaju dróg. Nie byłoby to warte odnotowania zdarzenie, gdyby nie przejazd starszej kobiety kierującej ciężkim sprzętem rolniczym. Kobieta ta, z wyglądu przypominająca ciepłą i serdeczną „babcię”, wzbudza zainteresowanie naszej grupy. Wykonywanie prac rolniczych przez osobę w tym wieku skłania nas do refleksji o starzeniu się społeczeństwa i przekazywaniem obowiązków pomiędzy pokoleniami we Francji. Czy to samo czeka i nas?

Spotkany kilka dni wcześniej w Luksemburgu człowiek powiedział nam, że we Francji najpierw jest trochę górek, a potem cały kraj jest płaski jak naleśnik. Chyba każdy, a w szczególności autor niniejszej relacji, lubi naleśniki. Tereny, po których jeździmy, są już faktycznie płaskie i monotonne. Po prostu jedziemy, nie dzieje się nic szczególnego, a czas mija szybko. Dzień jak co dzień. Mijany krajobraz staje się jednostajny, a nasze działania rutynowe.

Po kolejnym dystansie Msza i obiad, zatrzymujemy się nad zacienionym stawem obok drogi. Niestety okazuje się, że jest to teren prywatny i musimy go opuścić. Przenosimy się na drugą stronę drogi. Po przeprowadzeniu mojego roweru orientuję się, że na moim bagażniku zostało puste opakowanie po kupionej wcześniej bagietce. Zostawiam więc rower i wracam się, aby poszukać zaginionej bagietki. Gdy docieram na poprzednie miejsce, nie odnajduję zguby. Wracam więc do roweru i czuję się jak przedszkolak, któremu silniejszy kolega zabrał cukierka, i to nie zwykłego cukierka, lecz takiego wygranego w konkursie recytatorskim utworu „Wlazł kotek na płotek”. Nagle kątem oka zauważam leżącą opodal na trawie bagietkę. Nigdy wcześniej znalezienie czegoś o tak małej wartości nie sprawiło mi tyle szczęścia. Zdarzenie to nauczyło mnie cieszyć się z małych rzeczy.

Osobistą peregrynację przeżywają dziś Ania Kraus oraz Karolina Kurcius. Peregrynacja Ani zbiega się z jej własną Próbą Krzyża, która objawiła się bólem kolan w trakcie jazdy. Doświadcza, że trudności należy pokonywać z Bogiem, a nie samemu. Dzięki wsparciu św. Stanisława szczęśliwie kończy dzień jazdy.

Po południu pogarszają się warunki do jazdy, zaczynamy walczyć z wiatrem. Drobną kolizję tradycyjnie zalicza Karolina Bentkowska. Wiatr momentami spowalnia nawet Górnika, którego flaga udaremnia gonitwę pomiędzy jadącymi grupami. Zaczynamy jeździć pewnie, ale i nieuważnie, na co zwraca również uwagę ojciec Tomek.

Na nocleg zatrzymujemy się w miejscowości Ferrières-en-Gâtinais, gdzie szybko znajdujemy wolny kawałek trawy za opuszczonym magazynem, rzut beretem od pobliskiego sklepu oraz… samoobsługowej myjni samochodowej, gdzie urządzamy sobie kąpiel. Podczas modlitwy wieczornej prowadzonej przez Karolinę Kurcius Górnik dziękuje za odzyskane zęby, jednocześnie stwierdzając, że czasami się do czegoś przydają. A jednak.

Dzisiejszy dzień to też symboliczna połowa wyprawy, przejechaliśmy dotąd około 1500 km. Można świętować, ale przed nami następne wyzwania: zwalczenie monotonii, poprawa bezpieczeństwa jazdy oraz góry, które zaczną się na granicy francusko-hiszpańskiej.

Słowa osób wiozących dziś relikwie św. Stanisława Kostki:

Ania Kraus: Pokora.

Karolina Kurcius: Skupienie, milczenie, rozważanie. Jednym słowem – kontemplacja.

Bilans dnia:

  • 171 km
  • 1015 m przewyższeń
  • 20,6 km/h
  • 1 wywrotka? Nie, chyba raczej ześlizgnięcie się z roweru Karoliny Madej, potrzebne do obudzenia się po długiej przerwie obiadowej

Nocleg: na trawie przy stacji benzynowej z karcherem w miejscowości Ferrières-en-Gâtinais

Przejechanych do tej pory kilometrów: 1579


Dzień 9 - Bóg troszczy się o swoich

Pokonaliśmy dystans 37 km pieszo. To nasz nowy rekord. Po długiej wędrówce nie potrafiliśmy znaleźć noclegu. Noc spędziliśmy na targowisku miejskim. Możemy powiedzieć, że nasz sen był naprawdę twardy – twardy ze względu na podłoże (rozkładaliśmy namioty na betonie) i twardy, ponieważ byliśmy na tyle zmęczeni, że nikt z nas nie miał problemu z zaśnięciem. To była zdecydowanie jedna z lepszych nocy.

Nowy tydzień przyniósł nam nowe zmiany. Temperatura w Portugalii wzrasta do ok. 37 stopni Celsjusza, dlatego pobudki są nieco wcześniej. Budzikowa (Vlada) krzyczy już o 4.15, że pora wstawać… by o 5.15 ruszyć w drogę. O takiej porze wstawanie nie należy do łatwych rzeczy, gdyż na dworze jest jeszcze ciemno. Naszej wędrówce przez pierwszą godzinę towarzyszą księżyc i gwiazdy… Niektórzy z nas odkrywają w sobie nowe talenty i potrafią iść z przymrużonymi oczami. Niełatwo jednak o zagubienie się w takich okolicznościach.

Mamy nowego drugiego GPS-wego, Damiana, który tę zaszczytną funkcję przyjmuje z rana. Za bardzo nie wiedząc, gdzie nas poprowadzić, Damian pierwszy kawałek po ciemku idzie przed siebie, ufając Panu. Jego wiara nie zawodzi i okazuje się, że nie idąc szlakiem, a inną ścieżką, skróciliśmy sobie trasę i pokonaliśmy zaplanowany dystans w o wiele lepszym czasie, zmniejszając sobie też liczbę kilometrów. Po 6 km krótka, 20-minutowa przerwa na pobliskiej stacji paliw, czynnej dopiero od 7.00, dlatego musimy czekać na otwarcie, aby szybko zregenerować siły, wypijając małą kawę lub colę. To od razu stawia nas na nogi, i to dość konkretnie. Pokonujemy kolejny dystans – 12 km.

Dochodzimy do miejscowości Rabacal. Zauważamy kościół z otwartymi drzwiami, co nas bardzo cieszy, gdyż otwarte świątynie w Portugalii nie zdarzają się zbyt często. Z radością wchodzimy, aby na chwilę odetchnąć. Modlitwa utrudzonego pielgrzyma jest najszczerszą modlitwą. Stajemy przed Bogiem bez założonej maski. Modlitwa płynie z głębi serca. Zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy słabi i tylko w Nim możemy odnaleźć umocnienie i sens, aby kroczyć dalej. W tej miejscowości okazuje się, że jest też minimarket, więc korzystamy z okazji, aby zrobić małe zakupy na drugie śniadanie i napełnić wodą swoje bukłaki.

Ruszamy w kierunku miejscowości Conimbriga. Temperatura z godziny na godzinę rośnie. Mamy wrażenie, że jest znacznie więcej niż 37 stopni Celsjusza. Żar słońca jest mocno odczuwalny. Wąska, kamienista ścieżka prowadzi nas wzdłuż koryta wyschniętej rzeki. Każdy nuci sobie pod nosem: Nie ma, nie ma wody na pustyni. Nasza droga prowadzi przez wzniesienia. Wchodzimy na górę, aby za chwilę z niej zejść i wejść na kolejną. Cisza podczas wędrówki sygnalizuje, że każdy z nas walczy ze swoimi słabościami (bolące stopy, ból kręgosłupa, kostki czy kolana); próbujemy wymagać więcej od samych siebie. W takich chwilach warto wzbudzić konkretną intencję. Wtedy droga nabiera dodatkowego sensu. Nogi idą same.

W oddali zauważamy oznaki cywilizacji. Pojawiają się domy, co znaczy, że miasto jest już blisko. Dochodzimy do upragnionej przerwy obiadowej. Zatrzymujemy się, tradycyjnie, przy większym supermarkecie, aby ugotować sobie dobry obiad i udać się na krótką drzemkę.

Na swoich licznikach mamy już 30 km. Nie możemy zaprzeczyć, że duma w nas rośnie. Uświadamiamy sobie, że tylko razem potrafimy tyle pokonać, gdyż to właśnie w grupie jest siła. Czekamy na siebie nawzajem, dopingujemy dobrym słowem. Chłopcy zawsze chętnie proponują, że wezmą parę kilogramów z naszych plecaków. To pokazuje nam, że powoli na Camino stajemy się prawdziwą rodziną. Dzielimy ze sobą i smutki, i radości. Zawsze mamy wyciągniętą rękę w stronę drugiej osoby, która kroczy obok nas. Uczy nas to wrażliwości i autentycznej braterskiej miłości.

Na swojej drodze spotykamy prawdziwych aniołów. Dzięki wielkiej uprzejmości pracownika marketu, o przedziwnym imieniu Jaimie, możemy położyć się w klimatyzowanym sklepie. To człowiek z wielkim sercem – ładuje nam telefony, użyczając swoich gniazdek, oraz pozwala skorzystać z toalet, gdzie robimy szybkie pranie.

Codzienność na wyprawie uczy nas prostoty. Nie potrzebujemy wiele, aby przetrwać. Wystarczy chleb, woda i kawałek podłogi. Po obiedzie ojciec Dominik celebruje Mszę Świętą na pięknym, zielonym trawniku. Sprzyja to kontemplacji słowa. Na kazaniu wspomina o tym, że prostota życia jest najtrudniejsza. Chowa się za tym głęboka prawda, którą odkrywamy na wyprawie.

Ruszamy w dalszą drogę. Mamy przed sobą tylko 5 km do noclegu. Umocnieni po Eucharystii, z Jezusem w naszych sercach i z uśmiechami na twarzach kroczymy dalej.

Jesteśmy w miejscowości Cernache. Zaczynają się poszukiwania miejsca na nocleg. Marzymy chyba wszyscy o dobrej kąpieli, więc wzdychamy w sercu z prośbami do Boga. On daje nam znacznie więcej, niż oczekujemy. Mamy nocleg w formacyjnym domu zakonnym. Jezuici użyczają nam swoich pomieszczeń. Sam ich ogród budzi zachwyt. Mamy salę do spania i wymarzone prysznice. Entuzjazm nas rozpiera, widzimy, jak wielki jest nasz Bóg. Wieczór spędzamy wspólnie, integrując się przy dźwiękach gitary. Nasze serca nie mogą nie wychwalać Boga za tak wielkie dary, których na wyprawie doświadczamy.

Na wyprawie nasza relacja z Panem Bogiem stale się pogłębia. Czujemy, że jest blisko nas i podejmuje tę wędrówkę razem z nami. Błogosławiąc nam na każdym kroku.

Bilans dnia:

  • 37 km

Nocleg:

w szkole prowadzonej przez Jezuitów w miejscowości Cernache

Przebytych do tej pory kilometrów: 245


Pierwszy tydzień rowerzystów [wideo]

 

Prezentujemy relację z pierwszego tygodnia wyprawy rowerzystów NINIWA Team. Wyprawa jest ciężka, ciężko również o internet, ale rowerzyści wysyłają ile się da.


Dzień 3 - O zabawie w kotka i myszkę oraz o niemieckiej gościnności…

Dobra nuta wpada w ucho tylko przez krótką chwilę, która zostaje przerwana poleceniem ojca: Wyłączyć to, barany! Skąd taka reakcja, czyżby ojciec chciał sobie pospać dłużej? Bynajmniej! Nocowaliśmy blisko plebanii i innych zabudowań, więc puszczenie głośnej muzyki wynikało w pewnym sensie z egoizmu i niemyślenia w tym momencie o ludziach, którzy nie jadą z NINIWĄ do Santiago i nie muszą przecież wstawać tak wcześnie rano :).

Jesteśmy już na nogach. Teraz pakowanie, śniadanie i z lekkim poślizgiem, ok. 10-minutowym, jesteśmy w komplecie. Tuż przed zbiórką parafianin księdza Dawida – Kamil – przywozi po wczorajszej niedyspozycji Karolinę Madej i Marcina Mazura, dzięki Bogu w jednym kawałku i gotowych do jazdy. Wczorajsza niedyspozycja Karoliny okazała się zwykłym przemęczeniem, na które cudownym lekarstwem okazał się sen. Z kolei Marcin, po wizycie w szpitalu i prześwietleniu barku, które wykluczyło złamanie, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce. Złapał za oparcie krzesła, szarpnął i poczuł, że bark wrócił na swoje miejsce. Potem zaliczył jeszcze szybką wizytę w aptece po stabilizator oraz tabletki przeciwbólowe. Odpoczynek, dobra strawa i supermiejsce noclegowe, które zagwarantował ks. Dawid, sprawiły, że dzisiaj mogą stać z nami w pełni sił. Czas goni. W kółku wspólna modlitwa i Ewangelia z dnia, a także przypomnienie ojca o przypadającej uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Panny oraz 450. rocznicy śmierci św. Stanisława Kostki z Rostkowa – patrona młodzieży, którego relikwie towarzyszą nam w drodze.

Ruszamy i po kilku kilometrach mijamy granicę polsko-niemiecką na Odrze. To pierwszy dzień wyprawy poza granicami naszej ojczyzny. Każdy z nas zastanawia się, jak zostaniemy przyjęci przez naszych zachodnich sąsiadów i jak będzie wyglądać reszta drogi szlakiem Camino do grobu świętego Jakuba Apostoła w hiszpańskim Santiago de Compostela. Już w trakcie przejazdu przez Görlitz, po niespełna 10 kilometrach naszej drogi, tracimy drugą grupę. Na kilku skrzyżowaniach coś poszło nie tak, chociaż w miejscach zmiany kierunku trasy pierwsza grupa zawsze kogoś zostawiała. Okazuje się, że wskutek pomyłki druga grupa musi „wykręcić” dodatkowe 10 kilometrów. W tym czasie grupa pierwsza oczekuje na przymusowej przerwie ok. 20 minut, aż dojedzie reszta. W komplecie ruszamy dalej. Mija kilka kilometrów i na małym podjeździe Paulinie Godlewskiej spada łańcuch. Techniczni robią, co mogą, żeby szybko usunąć usterkę, ale te kilka minut sprawia, że druga grupa mija pierwszą i znika za horyzontem. Nie trzeba czekać długo, a znowu gubimy się wśród ścieżek rowerowych, ot taka zabawa w kotka i myszkę :). Po kilku telefonach i straconych kolejnych kilkunastu minutach znowu jesteśmy w komplecie. Pierwsze 50 kilometrów mija w słonecznej aurze, choć wiatr coraz bardziej daje się we znaki. W trakcie jazdy możemy podziwiać rozległy krajobraz pól, które, niestety, podobnie jak w Polsce, dotknęła susza.

Nareszcie nadszedł czas na pierwszą przerwę. Robimy szybkie zakupy na śniadanie i obiad. Szybko coś przegryzamy i po wspólnej modlitwie za młodych ruszamy w dalszą drogę.

Wiatr się wzmaga, a kolejne kilometry zdobywamy z dużą trudnością. Do tego zaczynają się pierwsze podjazdy, które są łagodną zapowiedzią tego, co czeka nas w kolejnych dniach. Jedzie się ciężko, to już trzeci dzień wyprawy, więc niektórzy przeżywają swoje pierwsze kryzysy. Poczucie wspólnoty oraz rzeczywiste wspieranie się nawzajem dodają sił i pozwalają przezwyciężać chwilowe zwątpienia. Czasem zwykły uśmiech i dobre słowo potrafią zdziałać cuda. Po 35 kilometrach nierównej walki z wiatrem i doskwierającym upałem zjeżdżamy na parking, aby przeżyć Mszę Świętą, zjeść obiad i przeczekać upał. Na naszą prośbę życzliwy Niemiec przestawia samochód i ustępuje nam zacienionego miejsca pod dużym drzewem.

Nadszedł czas na Eucharystię. Ojciec Tomek podkreśla, że świętujemy dzisiaj w Kościele piękną uroczystość wzięcia Maryi z ciałem i duszą do nieba. W Ewangelii mowa jest o tym, że Maryja udała się z pośpiechem w góry do swojej krewnej Elżbiety, aby podzielić się z nią radością zwiastowania. Ojciec wspomina wyprawę do Jerozolimy i trudną drogę w góry, do Jerycha, którą przemierzała Maryja, i którą on razem z NINIWA Team pokonał na rowerze. Górnik potwierdza z uśmiechem, że łatwo nie było.

Maryja, po przełamaniu ludzkiego lęku i wypowiedzeniu słów: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa twego”, podejmuje trud, by dawać światu Jezusa. Za ten trud otrzymała największą nagrodę – niebo. Bóg naprawdę chce wziąć każdego z nas do nieba. Tutaj nasuwają się słowa Starego Testamentu: „(…) kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli (…)” (por. Pwt 30,19). Jednak wszystko zależy od nas samych – czy zdołamy przełamać swój egoizm i lęk i podjąć trud dobrej walki ze złem, ze swoimi słabościami. Wzorem i umocnieniem w naszym wyborze niech będzie Maryja.

Patron dnia dzisiejszego św. Stanisław Kostka zwykł mawiać: „Do wyższych rzeczy jestem stworzony”. W swojej świadomości miał zapisaną prawdę, że człowiek jest sobą, gdy gotów jest siebie przewyższać. Siły do tego są we wnętrzu człowieka, w jego duchu. W nim działa też miłość, która jest z Ducha Świętego. Należy zatem podjąć to, co każdy z nas ma w sobie z ducha i z Ducha Świętego, zacząć żyć „życiem wewnętrznym”, a nie wyłącznie żyć zewnętrznie, zmysłami i odruchem instynktów. „Jeżeli będziecie żyli wedle ciała, czeka was śmierć” (Rz 8,13). Ciało samo nie ma innej perspektywy – tylko duch ją ma. Módlmy się za przyczyną świętego Stanisława Kostki, aby młodzi umacniali swoje życie wewnętrzne i z niego czerpali siły oraz motywację do działania, do podejmowania trudności codziennego życia.

Po uczcie dla ducha nadszedł czas na ucztę dla ciała. Rozpalamy kartusze, z sakw wyciągamy smakołyki i wśród rozmów rozpoczynamy wspólny obiad. W pobliżu znajduje się budynek warsztatu, którego pracownicy udostępniają nam łazienkę. Przerwę kończy gwizdek i wspólna modlitwa.

Ruszamy w dalszą drogę. Spotykamy wiele osób, które nas pozdrawiają i życzą dobrej drogi. Przejeżdżające samochody mijają nas z charakterystycznym pulsacyjnym trąbieniem i gestem uniesionego kciuka. W pewnym momencie mija nas samochód, z którego ktoś wyrzuca przez okno małą tęczową flagę. Górnik nie kryje swojego oburzenia i prostymi, mocnymi słowami mówi, co o tym wszystkim myśli. Prowadzi to do refleksji, w którą stronę zmierza kultura europejska. Święty Jan Paweł II już podczas pielgrzymki do Polski w 1991 r. w pełnych pasji słowach mówił o odrzucaniu w Europie wyższych wartości, ideałów, o tej całej „(…) cywilizacji pożądania i użycia, która panoszy się wśród nas i nadaje sobie nazwę europejskości. (…) Czy jest to cywilizacja – czy raczej antycywilizacja? Kultura – czy raczej antykultura? Tu trzeba wrócić do elementarnych rozróżnień. Przecież kulturą jest to, co czyni człowieka bardziej człowiekiem. Nie to, co tylko »zużywa« jego człowieczeństwo”. Przyszłe losy Polski, Europy i świata są w rękach obecnej młodzieży, stąd podjęta została w tegorocznej wyprawie codzienna modlitwa w ich intencji.

Jedziemy dalej. Do kolejnej przerwy i zakupów na kolację i śniadanie brakuje jeszcze ok. 20 km, będzie to ok. 135. kilometra naszej drogi tego dnia. Ta pięćdziesiątka, podobnie jak poprzednie dystanse, nie przychodzi łatwo. Upał, kilka podjazdów i zmęczenie zrobiły swoje. Nareszcie docieramy pod sklep.

Po uzupełnieniu zapasów ruszamy w dalszą drogę. Każdy z nas czuje, że dzień jazdy dobiega końca i czas zacząć rozglądać się za noclegiem. Po przejechaniu 15 km (łącznie ok. 150 km) ojca uwagę zwracają domy z dużym podwórkiem. Czyżby i tym razem nasz przewodnik miał nosa, że tutaj zostaniemy przyjęci i będzie to dobre miejsce na nocleg? Nie mija nawet chwila, jak ojciec w asyście Ani Kraus oraz Ani Szafarczyk, które znają niemiecki, zmierza do pobliskiego domu. Drzwi otwiera młoda Niemka – pani Stefania, która z entuzjazmem zgadza się, abyśmy przenocowali na jej posesji. Udostępnia nam w ogrodzie wąż z wodą oraz toaletę w piwnicy domu. Jednocześnie zaznacza, że właśnie usypia dziecko i prosi o ciszę. Zapewne byłoby o nią trudno, bo na koniec dnia każdy chce sobie pogadać i lepiej się poznać. Na szczęście posesja jest bardzo duża. Lokujemy się na jej tyłach.

Karolina Bentkowska, która cały dzień miała ze sobą relikwie św. Stanisława Kostki, mówi, że było to dla niej duże przeżycie. Przez cały czas czułam obecność świętego. W tym dniu jechało mi się bardzo ciężko i miałam kilka niebezpiecznych sytuacji. Kiedy zahaczyłam sakwą o kogoś lub o coś, święty „przytrzymywał” mnie, żebym nie straciła równowagi, i uchronił od upadku, a w chwilach braku mocy kręcił za mnie pedałami na podjazdach. Trud tego dnia ofiarowałam w intencji grupy pieszej.

Przed rozbiciem namiotów wspólna modlitwa wieczorna w kółku, podziękowanie za miniony dzień i supermiejsce noclegowe. Teraz zostaje nam umyć się, zjeść i pointegrować. Byle tylko nie zapomnieć, że jutro o 6.00 wyjeżdżamy w dalszą drogę i przyda się choć chwila snu.

Bilans dnia:

  • 153 km/162 km, zależy, której grupie kibicujesz ;)
  • 18,8 km/h
  • 797 m przewyższeń

Nocleg:

Bad Liebenwerda, na ogródku u Stefanii

Przejechanych do tej pory kilometrów: 473