13 marca| Artykuły

Nie muszę, ale chcę

Muszę. Powiadają, że jedno z najbardziej dzisiaj nadużywanych słów. Coś w tym jest. Znajomo brzmiące stwierdzenie muszę zjeść coś słodkiego, bo zwariuję, jest po prostu bzdurą. Niezjedzenie czekolady (nawet gdy ma się na nią straszną ochotę) w najmniejszym stopniu nie grozi utratą zmysłów.

Słownik języka polskiego jako pierwszą podaje taką definicję słowa musieć: być zmuszonym do czegoś, nie mieć wyboru. Ja też mam skojarzenia w tą stronę. Sytuacja, kiedy jest się do czegoś zmuszonym i pozbawionym wyboru to po prostu niewolnictwo. A niewolnictwo ma wiele twarzy.

Zaraz o tym, że każdy z nas jest niewolnikiem. I o tym, że mimo wszystko da się z tym coś zrobić.

Muszę, bo…

Istnieje cała litania powodów, które generują w naszych głowach to słowo. To przekonanie. Tą mentalność. Spróbujmy to jakoś usystematyzować.

  1. Muszę, bo fizycznie albo psychicznie nie jestem w stanie tego musu przeskoczyć
  2. Muszę, bo chcę uniknąć niemiłych konsekwencji niedostosowania się do tego musu
  3. Muszę, bo strasznie czegoś chcę i nie potrafię sobie tego odmówić

W tym pierwszym przypadku chodzi na przykład o taką sytuację: siedzę w celi z grubymi kratami strzeżonej przez oddział uzbrojonych strażników. Jej opuszczenie fizycznie przekracza moje możliwości. Po prostu muszę w niej tkwić.

Albo sytuacja kiedy gada do mnie chińczyk. Nie znam nawet jednego chińskiego słowa, więc chcąc nie chcąc muszę pogodzić się z faktem, że nie rozumiem chińczyka ni w ząb. I warto wiedzieć, że to co muszę teraz, niekoniecznie będę musiał w przyszłości. Z najpilniej strzeżonego więzienia świata jakim jest (było?) Alcatraz, jednak ktoś kiedyś uciekł, a chińskiego zawsze można się nauczyć.

W tej drugiej kategorii musu chodzi o narzucone nam przez jakąś górę zobowiązania, z których niewywiązanie grozi tym, że będzie niefajnie. Niewolnik musi wykonać zadaną przez swojego pana pracę, bo jak nie to będzie chłosta. Chłosta nic przyjemnego, więc niewolnik grzecznie musowi się poddaje.

Na tym musie bazuje całe prawo (od kodeksu drogowego po karny) i większość naszych zawodowo towarzyskich układów. Ja na przykład muszę tu pisać, bo jak będę się obijał to w końcu wyląduję u szefa na dywaniku i wylecę z roboty. Proste jak budowa cepa.

Trzeci rodzaj musu to obszar, gdzie słowo muszę najbardziej jest nadużywane. Frazy z cyklu muszę zobaczyć ten film albo muszę sobie zrobić kawę wyrzucamy z siebie codziennie. Bez zastanowienia. Nikogo nie dziwią, bo są powszechnie stosowane i powszechnie akceptowane. To po prostu element naszego języka.

Ale taki mus może być sygnałem czegoś niepokojącego. Tego, że dostarczenie sobie przyjemności albo jakiegoś komfortu często staje się naszą koniecznością. W ekstremalnych przypadkach zniewoleniem. Na tym mechanizmie bazuje największa (obok Covida) zaraza dzisiejszego świata jaką jest reklama. Jej cel jest subtelnie ukryty. Chodzi o to, by coś co nie jest nam ani niezbędne, ani potrzebne (często wręcz szkodliwe), uczynić czymś co będzie nam się wydawało, że musimy mieć. Zgadza się, to obszar grzechu.

Grzeszę bo muszę?

Od tego cały bałagan się zaczyna. Od kuszenia. Staje nam przed oczami coś pociągającego. Satysfakcjonującego. I dajemy się przekonać, że musimy to mieć. I zrywamy owoc. Potem doświadczamy rozczarowania i bólu.

Tak działają konsekwencje kiepskich wyborów. I gorzka świadomość, że zostaliśmy okłamani. W końcu stajemy się niewolnikami grzechu. Jesteśmy w więzieniu, z którego nie jesteśmy w stanie uciec o własnych siłach. Teologia i sama Biblia nie ma wątpliwości: człowiek nie jest w stanie nie grzeszyć. Czyli wychodzi na to, że jeśli żyję, to jednocześnie muszę grzeszyć! Źle to brzmi. No, ale w sumie na to wychodzi.

Nie muszę, a nawet nie wolno mi, ale jestem za słaby by tego nie robić. Bóg Stwórca co prawda mówi: z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, ale z drugiej św. Paweł ogłasza: wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Bo to jest tak, że Bóg nikomu nie związuje rąk. Ale nie może unieważnić konsekwencji naszego postępowania. Takie życie nie miało by sensu.

Chcę zamiast muszę

Zamiast powiedzieć: muszę chodzić do pracy, żeby nie zbankrutować, można tak: chcę chodzić do pracy, by moje życie było lepsze. Albo zamiast: muszę przestać się obżerać, bo wyglądam jak świnia, można tak: chcę się lepiej odżywiać, bo to będzie dla mnie korzystne. Niby wychodzi na to samo, ale jakże inny kontekst motywacyjny.

W nazywaniu spraw jest ukrytych wiele ważnych sygnałów. Jest ukryta informacja o naszym nastawieniu do życia i samych siebie. Podobnie jest ze słowem POWINIENEM. Kiedy mówimy: powinienem zacząć się ruszać, w jakimś sensie oskarżamy się. Sugerujemy (przede wszystkim sobie), że coś zaniedbujemy, gdzieś nawalamy, jesteśmy do bani. Lepiej powiedzieć: planuję od przyszłego tygodnia zacząć ćwiczyć. Ileż w takich słowach zawartego jest pozytywnego nastawienia do życia i szacunku wobec siebie!

Motywacja eschatologiczna

Byłem kiedyś na spektaklu ewangelizacyjnym pt. Bramy nieba, płomienie piekła. Pamiętam, że do domu wróciłem skonfudowany. Niby fajnie, bo o niebie, piekle, Jezusie i diable. Ale coś mi tam nie zażerało do końca. Potem zrozumiałem co. Twórcy spektaklu położyli nacisk na słowo MUSZĘ. To taka forma ewangelizowania, gdzie zagania się ludzi do nieba strasząc piekłem.

Taki komunikat: musisz być w niebie, bo piekło jest bardzo straszne. Zgadza się, piekło jest bardzo straszne, ale myślę, że niebo jest jeszcze piękniejsze. Trudność mówienia o takich sprawach polega oczywiście na tym, że nie mamy bladego pojęcia ani o tym jak będzie w niebie, ani o tym jak będzie w piekle. No, ale z objawienia coś tam wynika czytelnego dla nas. I przynajmniej tego możemy być pewni – w niebie będzie fajnie, a w piekle nie. A w spektaklu brakowało mi po prostu takiego komunikatu: chcę być w niebie, bo tam jest cudownie.

Nie chcę, ale muszę

Te słowa padły z ust Lecha Wałęsy. Ale to nie on jest ich autorem. Pierwszy (tak myślę) użył ich Ludwig Szmaragd w wyśpiewanym przez Adama Astona tekście. Adam śpiewa tak:

Całem sercem kocham cię
Nie chcę, ale muszę
O tobie śnię, bo cię ubóstwiam
Nie chcę, ale muszę

Trochę nam ta piosenka wywraca koncepcję chcenia, muszenia i kochania do góry nogami. Zgodnie z obowiązującą teorią miłość jest wyborem, a nie przymusem czy jakimś rodzajem uczuciowego zniewolenia. W całym moim tekście chodzi tak naprawdę o jedno: by zamienić słowo muszę na chcę. Prawidłowo zakochany powinien zatem zaśpiewać tak: Całym sercem kocham cię, nie muszę, ale chcę. Z pewnością tak człowiekowi śpiewa Bóg.

Wybór, nie przymus

To hasło podzieliło ostatnio Polskę na pół. Jedna z najbardziej ślepych uliczek naszej człowieczej pseudowolności. Wrzucam taką definicję wolności właściwej: umiejętność narzucenia sobie ograniczeń. Wolność to nie samowola. Wolność to dobrowolne przyjmowanie zewnętrznych limitów, które prowadzą do poprawy życia wszystkich ludzi.

To nie są słowa świętego Jana Pawła II. Serio. Znalazłem to na jakiejś bardzo mało kościółkowatej stronie. Boża intuicja i echa prawdy potrafią jak widać pracować w każdym sercu. Prawa i obowiązki wynikają z tego kogo dotyczą. Człowiek nie jest Bogiem (choć chciałby strasznie) zatem jego prawa i obowiązki wynikają z tej oczywistości. Współczesnemu homo sapiens trudno przechodzi to przez usta, ale w przypływie szczerości musi przyznać: jestem zależny. Muszę oddychać, spać, jeść i stosować się do reguł, które ustalił Stwórca. Jeśli je odrzucę – po mnie.

Zmiana myślenia

Nie zmienimy porządku rzeczy i naszego miejsca w szeregu. To nie nasze kompetencje zupełnie. Ale możemy zmienić sposób naszego postrzegania tego wszystkiego. Chodzi o zmianę z muszę na chcę. To jest możliwe. Nasze codzienne upierdliwe obowiązki mogą stać się drogą do bycia lepszymi. Przestrzeganie przepisów drogowych nie musi być zmuszaniem się do bezjajecznej jazdy, ale wkładem we wspólne bezpieczeństwo na drogach. Dekalog nie musi być moralnym homontem. Może być obietnicą wolności. Zresztą myślę, że nią jest. Ok, kończę. Kawy muszę się napić. Upsss….

Adam Szef Szewczyk