Rozważanie wideo na niedzielę 18 kwietnia [WIDEO]

https://www.youtube.com/watch?v=UObGJT2qRwA

Źródło: misyjne.pl / youtube.com


"Ona porządkuje sprawy". Indiańska ewangelizatorka

Jej ojciec był szefem irokezkiego plemienia, a jej matką - porwana z innego plemienia, a uratowana przez ojca, chrześcijańska kobieta. Matka Tekakwithy musiała potajemnie praktykować wiarę, ale przekazywała ją również swoim dzieciom. Dziewczynka miała 4 lata, gdy ospa zabiła jej rodziców i brata. Sama chorobę wprawdzie przeżyła, ale pozostawiła ona na jej twarzy na całe życie blizny i poważnie uszkodzony wzrok. Po mamie został jej tylko różaniec. Pod opiekę wzięła ją rodzina.

O wierze swojej matki nie zapomniała, ale poznać ją lepiej mogła dopiero przy okazji spotkania z misjonarzami, którzy dotarli do jej wioski, gdy miała 18 lat. Wówczas też poprosiła jednego z jezuitów o chrzest. Zdecydowała się na to mimo ostrych protestów opiekunów i reszty wioskowej społeczności. Odkryte prawdy wiary przyjmowała jednak bardzo entuzjastycznie i nie wyobrażała sobie nie zostać chrześcijanką. Marzenie spełniła 5 kwietnia 1667 r. Za patronkę wzięła sobie św. Katarzynę ze Sieny. Od tego momentu nazywano ją Kateri.

Struganie krzyży i prześladowanie

Sprzeciwy przed chrztem wieszczyły jedynie dalsze niezrozumienie ze strony plemienia, ale młoda chrześcijanka była nieustraszona w praktykach wiary i dawaniu świadectwa. Odmawiała pracy w niedzielę i odrzucała perspektywę małżeństwa. Stała się obiektem pogardy i kpin, a nawet terroru. Jeden z wojowników chciał ją przestraszyć. Stanąwszy przed nią, zamachnął się maczugą, chcąc ją powalić, jeśli nie odrzuci wiary. Dziewczyna zamknęła oczy i była gotowa oddać życie za Jezusa. Ta odważna postawa zmiękczyła serce wojownika i odszedł on nie wyrządzając jej krzywdy.

Kateri z czasem przyjęła kolejne sakramenty. Strugała krzyżyki, które rozmieszczała w różnych miejscach, na drzewach i przy jeziorze. Sporządziła nawet małą, drewnianą kapliczkę, którą powiesiła na drzewie. Nawet w zimie, klęczała przed nią na śniegu i gorliwie się modliła. Uczyła dzieci religii i modlitwy, opiekowała się chorymi i starcami.

Mając zaledwie 24 lata zmarła w wyniku choroby. Było to w Wielką Środę. W ostatnich słowach wyznała "Jesos konoronkwa", czyli "Kocham Cię, Jezu". Piętnaście minut po jej śmierci - na oczach dwóch jezuitów i tubylców, zgromadzonych w jej pokoju - blizny z jej twarzy zniknęły bez śladu. Beatyfikował ją św. Jan Paweł II, a kanonizował Benedykt XVI w 2012 r.

Święta Katarzyna Tekakwitha patronuje ekologom, działaczom ochrony środowiska, wygnańcom, ludziom, którzy utracili rodziców, ludziom mieszkającym na obczyźnie i ludziom wyśmiewanym z powodu pobożności. W 2002 r. patronowała także Światowym Dniom Młodzieży odbywającym się w Toronto w Kanadzie.

Źródło: Redakcja NINIWA / brewiarz.pl


[WIDEO] Dieta Niskoinformacyjna. Post od nadmiaru bodźców

https://www.youtube.com/watch?v=Wkw3zqrUOOw

Źródło: Redakcja NINIWA / youtube.com Wojna Idei


Maktak (skóra wieloryba) czy igunak (zgniłe mięso)? Smacznego arktycznego!

Ziemia, na której nic nie rośnie

Przez większość roku ziemia skuta jest lodem, a na powierzchni zalega śnieg. Nie ma tutaj lasów – praktycznie nic nie rośnie ze względu na warunki atmosferyczne. Choć dzisiaj w każdej miejscowości są sklepy, w których można zaopatrzyć się niemal we wszystko, to jednak dostawy uzależnione są od transportu lotniczego. Przez wieki Inuici żyli z polowań, do dnia dzisiejszego sięgają po tradycyjne produkty, które umożliwiały im życie i przetrwanie w tych ekstremalnych warunkach.

Najbardziej powszechnym zwyczajem typowym dla Inuitów jest może nie co, ale jak jedzą – zdradza o. Daniel Szwarc OMI z misji w Naujaat i Coral Harbour – Tradycyjnie Inuici jedzą mięso i ryby na surowo. W Arktyce nie ma drzew, nie ma wiec jak rozpalić ognia. Używano wprawdzie wydrążonych w kamieniach lamp olejowych (tzw. kudlik), jednak nie było to wystarczające, by przyrządzać potrawy mięsne czy ryby. Poza tym surowe, zamrożone mięso rozgrzewa. Człowiek po prostu czuje się cieplej po zjedzeniu mrożonek.

o. Bogdan Osiecki OMI w Arktyce Kanadyjskiej (Archiwum OMI)

Poluje się niemal na wszystko: golce arktyczne (ryby z rodziny łososiowatych), renifery, woły piżmowe, zające polarne, morsy, foki, wieloryby, czy niedźwiedzie polarne. W przypadku tych ostatnich, nie wszystkie części zwierzęcia nadają się do spożycia – ze względu na specyficzną dietę drapieżnika, niektóre partie mięsa są dla człowieka trujące. Jego wątroba zawiera zbyt duże stężenie witaminy A. Oczywiście rodzi się pytanie, podnoszone przez organizacje ochrony zwierząt i środowiska, czy człowiek powinien nadal polować na zwierzęta w Arktyce.

Nie jest tajemnicą, iż najbardziej oddane trosce o przyrodę są ludy pierwotne, czyli te, które żyją jeszcze w uzależnieniu od otaczającego je środowiska, a nie od technologii wyprodukowanej przez człowieka. Tezę tę potwierdza fakt, że najbardziej nieprzyjaznym środowiskiem dla życia człowieka jest środowisko miejskie, czyli to, które człowiek sam zbudował. Niestety, wiąże się z tym również fakt, iż większość ekologicznych aktywistów, którzy często żyją właśnie w miastach, nie ma pojęcia o przyrodzie i życiu zwierząt – podkreślają misjonarze.

Kugaaruk. Niedźwiedzie polarne stanowią coraz większe niebezpieczeństwo dla ludności (Archiwum OMI)

Kiedyś miejscowa kobieta zapytała mnie, czy w Polsce też mamy niedźwiedzie – tłumaczy o. Daniel Szwarc OMI – Odpowiedziałem, że bardzo niewiele i tylko w górach, bo resztę wybiliśmy. Odpowiedziała z zazdrością, że też by chciała, aby tutaj tak można było. Niestety, niedźwiedzie polarne nie mają nic wspólnego z pięknymi zdjęciami i obrazkami białych misiów, gotowych do przytulenia, które propagują ekoaktywiści. Spotkanie z niedźwiedziem polarnym może zakończyć się tylko jednym – śmiercią. Jest też coraz więcej niedźwiedzi, które przychodzą do wiosek. Co się wtedy robi? Próbuje się niedźwiedzia odstraszyć, jeśli to nie pomaga, trzeba go zabić. Warto zapytać, dlaczego przychodzą do wiosek. Istnieje teoria, że z powodu globalnego ocieplenia i topnienia lodów niedźwiedzie te nie mają co jeść i szukając pożywienia, zbliżają się do osad ludzkich. Gdyby to była prawda, to wszystkie niedźwiedzie przychodzące do naszych wiosek, musiałyby być wychudzone. Ja jedynie raz widziałem wychudzonego niedźwiedzia – było to w ogrodzie zoologicznym w Winnipegu…

Posiłek (zdj. D. Szwarc OMI)

Maktak – skóra wieloryba

Największym przysmakiem wśród Inuitów jest skora z wieloryba – wyjawia misjonarz z Arktyki.

Na tym obszarze poluje się na trzy rodzaje tych ssaków. Są to wieloryby białe, narwale i olbrzymie wieloryby grenlandzkie.

Skóry z tych zwierząt morskich również je się na surowo. Są one bardzo twarde. Tłuszcz, który do nich przylega, jest jeszcze twardszy – tak więc przed spożyciem trzeba je pokroić na bardzo małe kawałki – dopowiada ojciec Szwarc.

Potrawa jest dobrym źródłem witaminy C, naskórek wieloryba posiada 38 mg tej witaminy na 100 g masy. W tłuszczu z kolei zawarta jest witamina D. Skóra z wieloryba używana była także przez brytyjskich eksploratorów tych terenów – stanowiła ochronę przed zapadnięciem na szkorbut.

Maktak (zdj. wikipedia)

W dawnych czasach dla Inuitów polowanie stanowiło nie tylko źródło pożywienia, ale również budowało więzi społeczne. Chociaż dzisiaj dostęp do większości produktów żywnościowych zapewniony jest przez sklepy, polowanie na wieloryba stanowi nadal czynnik wspólnototwórczy, w którym uczestniczą także oblaci. Takie wyprawy organizuje się jednak rzadko.

Od kilku miesięcy 16 myśliwych przygotowywało się do tej wyprawy. Słuchali rad starszych i doświadczonych myśliwych, przygotowywali harpuny, liny i specjalne noże. Teraz pakują rzeczy osobiste i prowiant do czterech lodzi. Gdy wszystko jest gotowe, wychodzą jeszcze na brzeg i proszą o modlitwę i błogosławieństwo: „Naalagaq Anirnialuk, qinuvvigiliqpaptigit, takkua angunasuktiuniaqtut saimmaqtitauquplugi arviqsiungniaqtut…” – odmawiam słowa błogosławieństwa w miejscowym języku: „Panie Boże, prosimy Cię, pobłogosław tych myśliwych, którzy wypływają na połów wieloryba” – pisał w 2016 roku o. Daniel Szwarc OMI.

Upolowanego ssaka trzeba w miarę szybko podzielić na mniejsze części. Wiąże się to z tym, że zapach mięsa przyciąga do wioski drapieżniki (wilki i niedźwiedzie polarne), które są zagrożeniem przede wszystkim dla ludzi. Co ciekawe, części upolowanego zwierzęcia rozdawane są za darmo. Taki zwyczaj panuje wśród Inuitów – za zdobycz się nie płaci. Wierzą, że ich hojność powróci do nich z nawiązką. Każda osoba w wiosce może wziąć tyle skóry, ile potrzebuje. Część przekazywana jest do innych osad. Po polowaniu odbywa się uczta dla całej społeczności.

Igunak – zgniłe mięso

Chyba najbardziej specyficznym daniem wśród Inuitów jest tzw. Igunak, czyli zgniłe mięso. Najpopularniejsze jest to z upolowanego morsa, ale może to być jakiekolwiek mięso (ryby, skóra z wieloryba). Po upolowaniu morsa, dzieli się go na małe kawałki, a mięso wraz ze skórą zawija się w rulony i zakopuje pod kamieniami. Tutaj leżakuje przez kilka miesięcy, a w trakcie zimy wykopuje się je i spożywa. Oczywiście przyrządzenie takiego dania wymaga wprawy, ze względu na możliwość zachorowania na botulizm, czyli zatrucie tzw. jadem kiełbasianym.

Zapach jest bardzo mocny, również po spożyciu, a mięso takie wprost rozpływa się w ustach – wyjaśnia o. Daniel Szwarc OMI.

Igunak z mięsa morsa (zdj. Ansgar Walk/wikipedia)

Osobiście mogę powiedzieć, że wszystkich tych potraw próbowałem i nigdy nie miałem problemów żołądkowych po spożyciu – dodaje misjonarz oblat z Arktyki – Igunak nie jest czymś, do czego chętnie bym wrócił, ale skóra z wieloryba jest rarytasem, a okazyjnie zamrożone caribou czy ryby, też smakują.

Osobliwości żywieniowe

Ojciec Marek Pisarek OMI, który na co dzień mieszka w Yellowknife – stolicy kanadyjskich Terytoriów Północno-Zachodnich, wspomina takie potrawy jak: gotowany niedźwiedź polarny; surowe, mrożone karibu (renifer kanadyjski) – ale są także takie dania, których zjedzenie wymaga przełamanie pewnej bariery kulturowej, np. oko renifera, czy jeszcze ciepłe nerki wraz z krwią ze świeżo upolowanego karibu. Misjonarz, które wcześniej pracował przez wiele lat na Białorusi, zadbał o zapas bardziej swojskich smaków.

Przyklasztorna wędzarnia o. Marka Pisarka OMI w Yellowknife

Obecny Prowincjał Polskiej Prowincji – o. Paweł Zając OMI, który wśród Inuitów odbywał staż pastoralny jako diakon, tam też przyjął święcenia kapłańskie, wspomina inną dość popularną potrawę:

Najdziwniejsze wspomnienie ze względu na smak, to zjedzenie surowej wątroby foki – przyznaje.

Źródło: oblaci.pl / pg / misyjne.pl (oryginalny tytuł: Misyjne smaki: Przysmaki Inuitów w Arktyce Kanadyjskiej)


Ulice były jego klasztorem. Pielgrzym Boży

Benedykt był najstarszym z piętnaściorga rodzeństwa i pochodził ze skromnej, wiejskiej rodziny we Francji. Trudno zatem oczekiwać, żeby miał wymarzoną przestrzeń do edukacji. Chodził do szkoły prowadzonej przez księdza w parafii, a gdy tylko skończył 16 lat wiedział już, że chce oddać się na służbę Bogu. Niestety jego kolejne próby nie przynosiły efektu. Po wydaleniu z cystersów mistrz nowicjatu napisał o nim, że jest za mało święty, zbyt roztargniony i jako zakonnik niepewny. Oj, można by się zniechęcić.

Odpowiedź na swoją życiową sytuację Benedykt otrzymał dopiero w wieku 21 lat podczas modlitwy, gdy przebywał we Włoszech i tam podjął kolejne poszukiwania odpowiedniego dla siebie zakonu. Usłyszał wówczas głos mówiący:

Twoim powołaniem jest cały świat. Klasztorem twoim ulice i drogi. Masz być pielgrzymem Bożym.

Szybko pozbył się wszystkiego prócz brewiarza, Nowego Testamentu, różańca, krzyża i książki Tomasza à Kempis "O naśladowaniu Chrystusa". Miał tylko jedno ubranie w którym odtąd zaczął przemierzać drogi Europy zdając się na Bożą opatrzność. Podróżował od sanktuarium do sanktuarium, żywił się tym, co ofiarowywali mu ludzie, a nie zawsze tej łaski doświadczył. Znany był we Włoszech, Francji, Hiszpanii, Szwajcarii i Niemczech. Swoją pielgrzymką pokutował za swoje i świata grzechy. Ostatecznie "osiadł" w Rzymie przy ruinach Koloseum.

W wieku 35 lat, całkowicie wyczerpany św. Benedykt Józef zmarł w komórce użyczonej na nocleg przez pewnego rzeźnika. W jego pierwszej biografii opisano ponad 100 cudownych uzdrowień, które wydarzyły się przy jego grobie.

Źródło: Redakcja NINIWA / brewiarz.pl


Czy ksiądz powinien się podobać? O akceptacji siebie

Pogadajmy o tym :)

https://www.youtube.com/watch?v=1mMzIWsIFfs

Źródło: Redakcja NINIWA / youtube.com Święty Monitor


Bóg uwielbia przyimki

Trwa Tydzień Miłosierdzia i to właśnie on skłonił mnie do tego, by podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat Boga. Ostatnio bowiem coraz częściej wracają do mnie w formie w opowieści poniekąd gramatycznej. Ale jeśli ktoś spodziewa się, że będzie to lektura językoznawcza, to uspokajam – nie będzie. Choć będzie to tekst o Bogu, który trzyma się wyjątkowo blisko przyimków. A właściwie to Jego podejście do nas jest związane właśnie z przyimkami. Zanim przejdę do rzeczy to małe przypomnienie. Przyimki to te krótkie części mowy, które same w sobie nic nie znaczą, ale nadają znaczenie innemu słowu. To te wszystkie „nad”, „pod”, „w”, „przy”, „z” itd. Dzisiaj spojrzymy na kilka przyimków – szczególnie związanych z miłosierdziem, które jest przecież owocem męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. To słowa, które pojawiają się w mojej modlitwie zawsze wtedy, gdy zgłębiam pasję Chrystusową.

DLA (mnie)

Gdyby Jezus nie był Bogiem, to Jego śmierć właściwie nie miałaby sensu. Byłaby śmiercią niewinnego człowieka, której zresztą mógł bardzo łatwo uniknąć. Wystarczyłoby parę słów. Śmierć Jezusa nabiera jednak sensu dzięki przyimkowi DLA. Bo On to zrobił DLA mnie. I dla Ciebie. On dał się ubiczować, upokorzyć, przybić do krzyża i na nim zginąć dla mnie. Jego męka, śmierć, a przede wszystkim Jego zmartwychwstanie to największy prezent w historii świata. Nie przepadam za słowem dar, brzmi tak górnolotnie. Prezent jest nam chyba znacznie bliższy. Kto nie lubi dostawać prezentów? Cieszymy się z różnych drobiazgów, które dają nam znajomi, przyjaciele, członkowie rodziny. A tymczasem zapominamy, że największy prezent już dostaliśmy. Nasz Bóg postanowił przyjść na ten świat, by sprezentować nam zbawienie. 

Właśnie dlatego słowo „dla” ma tak ogromne znaczenie dla Boga. Bo On tego nie zrobił bez celu i nie zrobił tego dla siebie, dla swojego widzimisię. On to zrobił dla mnie i dla Ciebie – byśmy mogli żyć. Nasuwa mi się jeszcze jedno bardzo gramatyczne pojęcie – podmiot. To my jesteśmy podmiotem Bożej miłości, jesteśmy podmiotem tych wydarzeń paschalnych. Na języku polskim mówiliśmy, że „podmiot zgadza się z orzeczeniem” (problem pojawiał się, gdy się nie zgadzał). Bóg orzekł, że chce dać nam miłość, że chce dać nam zbawienie. Nam – podmiotowi – wypada tylko zgodzić się z tym orzeczeniem.

PRZEZE (mnie)

Jezus wyrusza w drogę krzyżową także PRZEZE mnie. On wie, że jesteśmy istotami grzesznymi. I gdybyśmy mieli opierać się tylko na swoich grzechach, to już dawno mielibyśmy zarezerwowane pierwsze rzędy w piekielnym hotelu. Ale Jezus postanowił dać nam prezent i uratować nas od tej perspektywy. Dlatego PRZEZ nas wziął na barki krzyż i szedł z Nim ulicami Jerozolimy – aż na Golgotę, gdzie umarł. Ale pokazał nam też, że ta historia nie kończy się śmiercią – a życiem. Czyli chociaż szedł przeze mnie – to jednak ostatecznie przeżył, pokonał śmierć. Moje grzechy nie były w stanie zabić Boga, nie zasiały totalnego zniszczenia. A to dlatego, że On wziął je na siebie i zutylizował ich antywartość. On ma świadomość, że ja sam ich nie udźwignę, że nie dam rady. On wiedział, że przeze mnie konieczne jest pójście droga krzyżową. Żebym ostatecznie to ja mógł spotkać się z Nim w życiu wiecznym.

ZA (mnie)

Skoro ta męka i śmierć wydarzyły się przeze mnie, to wydarzyły się też ZA mnie. Pewnie każdy z nas ma doświadczenie jakiejś trudnej chwili, w której musiał zrobić coś ważnego i się bardzo denerwował. Jakaś rozmowa czy spotkanie, na które szliśmy „z duszą na ramieniu”. I w takiej sytuacji zawsze dużą pomocą i wsparciem jest ktoś obok. Wtedy idzie się lżej, czujemy, że nie jesteśmy sami. A jeszcze lepiej, gdy pojawi się ktoś, kto powie, że właściwie to pójdzie tam za mnie. To jak wygranie losu na loterii! I tak właśnie zrobił Chrystus. Postanowił zamiast mnie i Ciebie przyjąć karę. Nie zrobił nic złego, był totalnie niewinny – ale został ukarany za winy moje i Twoje. Za moje i Twoje grzechy. Zrobił to po to, żebyśmy my mogli w przyszłości mieć życie wieczne. To jest to, co nazywamy skandalem miłosierdzia. Zupełnie nielogiczne – po ludzku – postępowanie. Wymykające się wszelkim prawom i zasadom stworzonym przez człowieka. Ale ten skandal zadziałał – bo w Bożej gramatyce małe słówko „za” ma ogromne znaczenie.

NA (siebie)

Z tym wiąże się też kolejny przyimek – NA. Bardzo lubię oglądać teleturniej „1 z 10”. Od „zawsze” prowadzi go Tadeusz Sznuk, to jeden z niewielu programów, w których liczy się naprawdę wiedza. W finale zawodnik może wytypować swojego kontrkandydata lub zdecydować się na wzięcie pytania na siebie – wtedy może zyskać dwa razy więcej punktów. Jest taki uroczy mem, w którym Tadeusz Sznuk zadaje pytanie z kategorii „grzechy świata”. A stojący za pulpitem dla zawodników Jezus oznajmia, że bierze je „NA siebie” właśnie. To jeszcze bardziej podkreśla skandal miłosierdzia. Całe zło popełniane przez nas przez wieki bierze na siebie jeden Człowiek, a zarazem Bóg. Bierze je, by nas od nich uwolnić, byśmy nie musieli się już zmagać z konsekwencjami grzechu – czyli ze śmiercią.

besty.pl

Każdy z nas ma wiele na sumieniu, grzechy ciągną nas ku ziemi. Grzeszymy też jako wspólnota – nie jesteśmy idealni. Niektóre grzechy, zwłaszcza te związane z wykorzystaniem seksualnym małoletnich, mogą nas szczególnie mocno boleć. I prawidłowo, bo to bardzo złe rzeczy. A Jezus wziął je wszystkie na siebie. Wszystkie kłamstwa, zdrady, kradzieże, akty nienawiści, morderstwa, wszystkie rany zadane bezbronnym i najmniejszym. On to wszystko wziął na siebie. Dlatego Jego krzyż nie ważył tylko kilkadziesiąt kilogramów. On był znacznie cięższy – bo te wszystkie grzechy świata obciążyły go. Po to, żebyśmy – Ty i ja – mogli pozbyć się tego balastu i znaleźć się po śmierci po właściwej stronie.

ZE (mną) i PRZY (mnie)

Jeszcze słowa Z i PRZY. Prezent od Boga – zbawienie – nie oznacza, że tutaj na ziemi będzie lekko i przyjemnie. Życie bywa zwyczajnie trudne. Doświadczamy tego choćby poprzez trwającą wciąż pandemię Covid-19. Każdy z nas zmaga się z jakimiś problemami, czasami jest nam zwyczajnie „ciężko na duszy”. Ale to nie znaczy, że jesteśmy wtedy sami. Zawsze jest Z nami Bóg, zawsze ZE mną i Z Tobą jest Bóg. Jest PRZY nas. Ta świadomość oczywiście nie odbierze nam nagle bólu i cierpienia – po ludzku będziemy ich zawsze doświadczać. Ale świadomość tej Bożej obecności ma nam pomóc w spojrzeniu z nadzieją na przyszłość. Jeśli mamy łaskę wiary (a niestety, nie każdy jej doświadcza) to powinniśmy się cieszyć, bo jest nam trochę łatwiej. Oczywiście, Jezus jest Z wszystkimi, także z niewierzącymi, z innowiercami. Ale oni mogą o tym nie wiedzieć. Jeśli wierzymy, to mamy świadomość tego, że Ktoś jest wciąż przy nas. Mamy świadomość, że obok jest Ten, który dla mnie, przeze mnie i za mnie umarł. Dał mi niezwykły prezent – zbawienie. Obdarzył mnie miłosierdziem. Pamiętajmy o tym w Tygodniu Miłosierdzia, ale też w każdym innym dniu. Bo dla Boga – Pana Gramatyki – Ty i ja zawsze będziemy najważniejszymi podmiotami. 

Źródło: misyjne.pl


Biografia Benedykta XVI. Za co w życiu otrzymał "niezłe baty"?

W rozmowie z KAI autor monumentalnej biografii kreśli osobisty portret Josepha Ratzingera/Benedykta XVI, charakteryzuje jego osobowość, mówi, co jest najważniejsze w jego życiu i dziele, jak jest ono ważne dla współczesnego Kościoła i świata.

Krzysztof Tomasik (KAI): Jesteś zadowolony z polskiego wydania Twojej monumentalnej biografii Benedykta XVI?

Peter Seewald: Bardzo się cieszę. Choćby z powodu mojego podziwu i czci dla św. Jana Pawła II. Polska ma ogromne znaczenie dla zachowania wiary katolickiej. Benedykt XVI wielokrotnie to podkreślał. Jest on wielkim przyjacielem Polaków. To nie przypadek, że jego pierwsza podróż zagraniczna po Światowych Dniach Młodzieży w Kolonii zaprowadziła go do Polski, ojczyzny jego przyjaciela Karola. Na pierwszy rzut oka wydawali się zupełnie różnymi osobowościami. Jeden dobrze zbudowany i silny, wysportowany, emocjonalny, "człowiek-góra". Drugi mały i drobny, delikatny i racjonalny. Ale doskonale się uzupełniali. Walczyli o tę samą sprawę i na tych samych zasadach. Reformę Kościoła pojmowali jako odnowę, która prowadzi z powrotem do sedna wiary, a nie do jej wydrylowania.

KAI: Poświęciłeś kawał życia J. Ratzingerowi/Benedyktowi XVI. Dlaczego?

- Po prostu tak się stało, bez moich specjalnych intencji. Pierwsze moje spotkanie z ówczesnym kardynałem miało miejsce w listopadzie 1992 roku. Jako redaktor dziennika "Süddeutsche Zeitung" otrzymałem zlecenie sporządzenia portretu ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary. Niekoniecznie byłem jego fanem, a gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że z późniejszym Benedyktem XVI opublikuję cztery książki-wywiady i dużą biografię, pomyślałbym, że jest szalony.

Ale życie jest czasem bardziej szalone, niż możemy sobie to wyobrazić. Ówczesny kardynał powiedział w jednej z naszych rozmów: "Życie nie składa się ze zbiegów okoliczności, lecz ktoś uprzedza moje postrzeganie, myśli i kieruje moim życiem. Mogę się temu sprzeciwiać, ale mogę też to przyjąć i wtedy uświadamiam sobie, że naprawdę prowadzi mnie «opatrznościowe» światło". I ja też w pewnym sensie podążyłem za tym światłem. Było to tak ekscytujące i ważne, że nie mogłem się temu przeciwstawić.

KAI: Kim jest osobiście dla Ciebie Benedykt XVI, jako człowiek, kapłan, papież?

- W ciągu prawie trzydziestu lat towarzyszyłem mu jako dziennikarz i zawsze starałem się zachować zawodowy dystans. Dworska sprawozdawczość jest nic nie warta, nawet przy wielkiej sympatii. Już wtedy, gdy spotkałem go po raz pierwszy, kard. Joseph Ratzinger był, obok Jana Pawła II, najbardziej znanym człowiekiem Kościoła katolickiego na świecie i też najbardziej kontrowersyjnym, określanym epitetami: "pancerny kardynał", czy "wielki inkwizytor". Byłem nieco zaskoczony, gdy zobaczyłem, że obraz jego osoby przedstawiany w większości mediów nie był prawdziwy. W rzeczywistości była to bardzo skromna, gotowa do pomocy i ciepła osoba, pozbawiona próżności, nie demonstrująca swojej władzy. Przede wszystkim widziałem, że ten człowiek dawał przekonujące odpowiedzi na problemy naszych czasów, płynące z wiary, tradycji i własnej refleksji.

Inspirował mnie entuzjazm, z jakim występował w obronie sprawy Chrystusa, prawdziwego humanizmu i prawdy. Zawsze postrzegałem go jako człowieka myślącego nowocześnie, jako kogoś, kto jest mocno osadzony w rzeczywistości, ale nie dostosowuje się do ducha czasów, i pozostaje wobec niego krytyczny. I do tego był gotów otrzymywać nieraz za swoją postawę niezłe baty. Patrząc w kontekście osoby Benedykta XVI na wielu biskupów i księży, wydają się oni być mieszczanami i wygodnickimi. Zadowalają się instytucjonalnym katolicyzmem i chętnie poświęcają filary wiary, aby zyskać powszechną akceptację. Natomiast Benedykt XVI był zawsze kimś, kto starał się strzec ognia wiary, a nie popiołów.

KAI: Napisałeś, że charakterystyczną cechą J. Ratzingera jest "semper idem" - "zawsze taki sam". Dla mnie Benedykt XVI jest też przykładem osoby w pełni zintegrowanej, łączącej dziecięcą wiarę z najwyższym intelektualnym i duchowym wyrafinowaniem. Tym samym może być wzorem dla współczesnego chrześcijanina, człowieka, zwłaszcza dla młodzieży.

- Kiedy Ratzinger zaczął wykładać na uniwersytecie, wszyscy zwrócili na niego uwagę. Była w tym nieznana świeżość, nowe podejście do tradycji połączone z głęboką refleksją i językiem, którego na salach wykładowych wcześniej się nie słyszało. Nie jest przypadkiem, że wiele z jego dzieł, jak na przykład "Wprowadzenie w chrześcijaństwo", stało się już dawno klasyką literatury religijnej. Z milionami wydrukowanych egzemplarzy swoich dzieł na całym świecie jest prawdopodobnie najbardziej poczytnym teologiem współczesności.

"Moim podstawowym impulsem było - powiedział w jednym z naszych wywiadów - odsłonięcie rzeczywistego rdzenia wiary pod inkrustacjami i nadanie temu rdzeniu siły i dynamizmu". Impuls ten był stałym motywem w jego życiu. Podobnie jak jego koledzy, na przykład wielki francuski teolog o. Henri de Lubac, uważał się za nowoczesnego, postępowego teologa. Poszukując znaków czasu, domagał się, aby za żadną cenę nie zdradzić tego, co jest ważne i słuszne.

Jego wielkim darem jest także niezwykła zdolność do rozplątywania spraw, wyjaśniania skomplikowanych kwestii, znajdowania tego co wspólne i najważniejsze. Nawet jego krytycy mówią o jego ostrym jak brzytwa umyśle. Jednocześnie zawsze bronił pobożności zwykłych ludzi, czym nieraz gardzą profesorowie teologii, którzy uważają się za szczególnie postępowych. Ratzinger pokazuje też "lekkość" wiary bez jej trywializowania czy obierania jej powagi. Jego pisma, oprócz wysokiego poziomu intelektualnego i duchowości, zawsze zawierają w sobie tę wspaniałą "szczelinę", która poprzez umysł dotyka serca i duszy.

KAI: Swoją biografią starasz się też obalać krytyczne stereotypy jakie nagromadziły się wokół osoby Benedykta XVI. Już wspomnieliśmy epitety, którymi był określany: "pancerny kardynał", "wielki inkwizytor", "konserwatysta" itd.

- Zastanawiałem się, dlaczego na osobie Josepha Ratzingera/Benedykta XVI skupiły się tak potężne ataki. Odpowiedź brzmi: Zawsze był tym który upomina, człowiekiem niewygodnym, który sprzeciwiał się wysiłkom, aby uczynić z Kościoła katolickiego coś w rodzaju społecznego stowarzyszenia lub przypisać mu rolę globalnego strażnika zasad etycznych, światowego etosu. Stąd jako obrońca wiary stał się celem ataków. Zaczęło się to bardzo wcześnie. Po Soborze Watykańskim II zderzyły się ze sobą dwa odmienne teologicznie i kościelno-politycznie obozy, które walczyły o suwerenność interpretacji Soboru Watykańskiego II. Ojcowie soborowi w żadnym wypadku nie uprawomocnili retoryki, która oznaczałaby sekularyzację, czy też "zeświecczenie" wiary. Ani celibat nie został zachwiany, ani nie było w perspektywie kapłaństwa kobiet itd. Niemniej jednak stało się jasne, że wraz z Soborem Watykańskim II wzmocniły się siły, które wyczuły szansę na wyrzucenie za burtę podstawowych wartości wiary katolickiej.

W takim kontekście Ratzinger zdecydowanie promował modernizację Kościoła, którą podjął Sobór, ale był też jednym z pierwszych, którzy ostrzegali przed reinterpretacją soborowych postanowień. Aby wyeliminować jego krytyczny głos, nagle zniesławiano go jako renegata i reakcjonistę. Temu celowi służyła na przykład legenda o jego "traumie" podczas studenckiej rewolty w 1968 r., o której mówiono, że zmieniła go z postępowego teologa w skrajnego konserwatystę. Ta historia nie ma jednak nic wspólnego z prawdą. Nie było ani "traumy" Ratzingera, ani punktu zwrotnego. Jego stanowisko nie różni się od tego, które zajmował przed Soborem. "Folwark zwierzęcy" George'a Orwella bardzo dobrze opisuje taki proces, w którym nowa władza stara się wyeliminować siły opozycyjne, wprowadza nowe słowa, nową interpretację programu i nowe obrazy, przede wszystkim głównego wroga, który za wszystko ponosi winę, także za to, że po wszystkich koniecznych ulepszeniach nie wszystko idzie jak należy.

KAI: Co dla Ciebie jest najważniejsze w życiu i dziele Benedykta XVI?

- Można by dużo na ten temat mówić. Być może jego wierność zasadom i autentyczność. W swoich wysiłkach naśladowania Chrystusa, nigdy nie dał się skusić, aby zrobić coś, co sprzeciwia się przesłaniu Jezusa. Zawsze starał się swoim kierowanym świętością życiem, świadczyć o Jezusie. Oczywiście przy wszystkich ludzkich słabościach, które również jako papież posiadał. Nawiasem mówiąc wśród protestantów można znaleźć takich, którzy widzą w nim "latarnię morską", według której mogą obrać kierunek. Ewangelicki proboszcz Kościoła Chrystusa w Rzymie Jens-Martin Kruse po wspólnej wieczornej liturgii 14 marca 2010 roku podkreślił, że Benedykt XVI rozumie wielkie pytania i tematy naszych czasów. Kto spotyka się z papieżem, spotyka chrześcijanina, który w centrum nie stawia siebie samego ani swojego urzędu, lecz Chrystusa, "i to w sposób przekonujący i czyniący go wzorem wiary także dla luteran".

Jan XXIII, w przemówieniu na otwarcie Soboru, stwierdził, że Kościół nigdy nie może odejść "od świętego dziedzictwa prawdy przekazanej przez Ojców", a jednocześnie musi uwzględniać "teraźniejszość, nowe warunki i formy życia nowoczesnego na świecie, które otwarły nowe drogi dla apostolstwa katolickiego". To jest to, co Joseph Ratzinger wziął sobie do serca, o to walczył od początku, nie tylko jako "teologiczny żółtodziób", ale przez całe swoje życie.

KAI: Dlaczego dzieło Ratzingera/Benedykta XVI jest tak ważne dla współczesnego Kościoła i świata? Jest uważany za wielkiego diagnostę nowoczesności, kryzysu chrześcijaństwa, kultury i cywilizacji na Zachodzie.

- W swoim osobistym doświadczeniu Ratzinger analizuje doświadczenie historyczne od początku XX wieku do epoki cyfrowej. On zna sytuację Kościoła w różnych epokach: Kościoła ludowego, Kościoła prześladowanego w czasach nazistowskiej i komunistycznej dyktatury i Kościoła w kryzysie, takim jakim go teraz przeżywamy.

Zawsze był budowniczym mostów, który promował ponowne odkrycie Ojców Kościoła, pomógł kształtować Sobór Watykański II, ale także zwalczał herezje okresu posoborowego. Ratzinger nie tylko pisał historię Kościoła, ale także kształtował debatę społeczną. To nie przypadek, że jest zaliczany do największych myślicieli naszych czasów. Niektórzy już o nim mówią jako o Doktorze Kościoła nowoczesności.

Pokazał, że religia i rozum nie są sobie przeciwstawne, że to właśnie rozum jest gwarancją uchronienia religii przed popadnięciem w obłąkańcze fantazje i fanatyzm. Przede wszystkim jednak wszyscy wiedzieli, że to, co głosi, być może nie jest dla wielu wygodne, ale z pewnością odpowiada nauce Ewangelii i tradycji Kościoła.

Sądzę, że w ostatecznym rozrachunku spuścizna Benedykta XVI nie dotyczy przeszłości, ale przyszłości. Z czasu pontyfikatu pozostanie przede wszystkim jego trylogia o Jezusie. Żaden z jego poprzedników na katedrze Piotrowej nie odważył się podjąć takiego zadania, a wręcz nikt nie nadawał się do tego lepiej. Jego chrystologia stała się pilnie potrzebna w obliczu niszczenia, fałszowania obrazu i przesłania Jezusa. Jego wielkim ostrzeżeniem jest to, "aby Słowo Boże, w swej wielkości i czystości, było zachowane przeciwko wszelkim próbom jego dopasowania i rozmydlenia". Wskazał na wiele problemów, które trzeba rozwiązać, a które jednak nie zostaną rozwiązane, "jeśli Bóg nie znajdzie się ponownie w centrum naszego życia i jeśli człowiek nie będzie czynił siebie samego miarą wszystkich rzeczy".

KAI: Jakiego Kościoła pragnie Benedykt XVI, który chce, aby zwracano się do niego po ustąpieniu z papieskiego urzędu: "Ojciec Benedykt"? Przypomnijmy, że przybrał imię Benedykta nawiązując do "papieża pokoju" Benedykta XV oraz patrona Europy i założyciela zakonu benedyktynów, św. Benedykta z Nursji. Jaka jest jego wizja Kościoła Ojca Benedykta?

- Ratzinger już wcześniej stawił czoła wyzwaniom coraz bardziej zsekularyzowanego świata i wniósł istotny wkład w debatę społeczną. Już w 1958 roku w broszurze pod tytułem "Nowi poganie i Kościół" domagał się "delaicyzacji" Kościoła, co prawie kosztowało go karierę. Jego zadaniem jest nie dopasowywanie się do świata, ale wewnętrzna odnowa wiary. Teraz i w przyszłości będzie to kwestia zachowania sedna wiary autentycznych katolików, do którego będą mogli dołączyć inni. W swojej wizji przyszłości Ojciec Benedykt mówi o Kościele, który znów stanie się mały i mistyczny, który jako "wspólnota wiary" musi odnaleźć z powrotem swój język, swój światopogląd i głębię tajemnicy wiary w Jezusa. Tylko wtedy bowiem może on rozwinąć swoją pełną sakramentalną moc.

Pisał: "Kościół ma swoje światło od Chrystusa" i ostrzegał: "Jeśli nie przejmie tego światła i nie przekaże go dalej, będzie tylko pozbawioną blasku grudką ziemi". Nie chodzi tu tylko o sam Kościół, ale o ludzi. Społeczeństwo, szczególnie świata Zachodu, aby godnie i normalnie żyć, jest zdane na wodę ze źródeł, a ona płynie do niego ze źródeł chrześcijaństwa. Widzimy na przykładzie strasznych doświadczeń XX wieku, co grozi, kiedy chrześcijański światopogląd i chrześcijańska etyka zostaną wyrugowane z naszego życia.

KAI: Napisałeś monumentalną biografię, która wydawać by się mogło wyczerpuje temat "Benedykta XVI". Czy na pewno wiemy już wszystko o papieżu Ratzingerze?

- Kiedy podąża się jego drogą, zastanowi na jego dziełem i działalnością jako papieża, wyłania się zupełnie nowy obraz jego osobowości, ale również historyczne znaczenie tego człowieka, choćby na przykład w kwestii znaczącego wkładu w prace Soboru. Zawsze sądzono, że kariera byłego profesora teologii szła gładko i jego droga pozbawiona była upadków. Jednak widać na niej wiele wzlotów i upadków, z dramatami, które prowadziły nawet na skraj przepaści. Stawiano go jako nową gwiazdę na niebie teologii, a równocześnie robiono z niego niebezpiecznego modernistę. Na przykład spójrzmy na aferę wokół Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. Odpowiedzialną za rozpętanie tej afery, która kładzie się pewnym cieniem na pontyfikacie Benedykta XVI, była kampania oparta na manipulacji, co udowadniam w mojej książce. Opowiadam także o zdrowotnych problemach Ratzingera. Mało kto wiedział na przykład, że zanim został wybrany na papieża, potrzebował rozrusznika serca i nie widział na lewe oko z powodu zwyrodnienia plamki żółtej.

KAI: Czego osobiście nauczyłeś się od swojego Mistrza - Ojca Benedykta, a co chciałbyś przekazać dalej?

- Ratzinger jest człowiekiem, który myśli radykalnie i wierzy radykalnie, ale zawsze starał się być wyważony, chronić wiarę przed upolitycznieniem i nie trafiać na pierwsze strony ani prawicy, ani lewicy. Ten, kto zna historię Kościoła, wie że prawdziwymi reformatorami byli zawsze ci, którzy nie dzielili, lecz łączyli. Nie uważam, aby za zacofaną osobę uważać tę, która próbuje zachować źródłowe kody wiary Chrystusa. A tak to dokładnie wygląda dzisiaj. Orędzie Jezusa jest źródłem, z którego nie możemy zrezygnować, tak jak nie możemy zrezygnować ze źródeł życia pochodzących z natury. "Stworzenie jęczy - mówił papież Benedykt XVI - a marnotrawienie stworzenia rozpoczyna się tam, gdzie nie uznajemy już żadnej instancji ponad sobą, lecz widzimy jedynie siebie samych; rozpoczyna się tam, gdzie nie istnieje już żaden wymiar życia po śmierci, gdzie w tym życiu musimy zagarnąć wszystko i mieć jak najbardziej intensywne życie, gdzie musimy posiadać tyle, ile się da".

Niestety głos Ratzingera był wielokrotnie traktowany podobnie jak głos wołającego na pustyni, którego słów nikt nie słyszał albo nie chciał słyszeć. Pozostaje on jednak wielkim mędrcem Kościoła, mistrzem duchowym, który może nas nauczyć sztuki życia. Dla niego ważne było ukazywanie osobowego Boga, z którym można i trzeba mieć osobistą relację, aby być naśladowcą Chrystusa. "Odważmy się żyć stylem życia Jezusa Chrystusa - zachęcał - miejmy odwagę żyć wiarą. Nie dajmy się zwieść myśleniu, że chrześcijaństwo jest przestarzałe lub nieaktualne! Przestarzałe i nieudane są materialistyczne modele życia, wszystkie próby zbudowania modelu życia bez Chrystusa. Chrystus to nie tylko wczoraj i dziś, On jest także jutrem, ponieważ do Niego należy wieczność".

KAI: Czy Ojciec Benedykt przeczytał Twoją biografię?

- Pokazałem mu wcześniej kilka rozdziałów, aby mógł wyrobić sobie zdanie. Napisał do mnie: "Tak jak okazuje się, że jest Pan historykiem historii najnowszej, tak okazuje się, że jest Pan żywym narratorem mojej osobistej historii". Nie mogę powiedzieć, czy podobają mu się wszystkie rozdziały. Moim celem było stworzenie możliwie szeroko otwartego dostępu do nie dającego się zastąpić dzieła Benedykta XVI oraz zabranie czytelnika w historyczną, duchowo pasjonującą i wzbogacającą podróż. Podkreślę z mocą: programem całego jego życia była miłość. Całe życie służył i służy nadal z miłością Bogu, człowiekowi i Kościołowi. Benedykt XVI jest ponadczasowo aktualny.

***

Peter Seelwald (rocznik 1954), był redaktorem i publicystą w niemieckich tygodnikach “Der Spiegel”, „Stern” oraz w magazynie dziennika „Süddeutsche Zeitung”. Obecnie jest niezależnym publicystą, mieszka w Monachium. Jest autorem kilku książek o kardynale Josephie Ratzingerze, m.in. wywiadów-rzek "Sól ziemi" i "Bóg i świat" na temat chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego u progu XXI wieku oraz opublikowanego w 2010 roku wywiadu z Benedyktem XVI pt. „Światłość świata. Papież. Kościół. Znaki czasu” i w 2016 r. wywiadu z papieżem seniorem pt. "Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy". Wszystkie te książki stały się bestsellerami na całym świecie, zostały również wydane w Polsce.

Źródło: KAI Krzysztof Tomasik / Monachium


"Umarłeś? - Tak! Ale przeżyłem!" Doświadczenie podczas śmierci klinicznej

Śmierć kliniczna budzi w nas skojarzenia z tunelem, światłem, scenami, gdy ktoś widzi własne ciało, albo opowiada o spotkaniach ze zmarłymi. Ks. Wiktor Szponar – z powołania kapłan, z zamiłowania również dziennikarz autor bestsellerowej książki pt. „Życie po śmierci. Teologiczne śledztwo” przybliża fakty na ten temat oraz historie osób, które doświadczyły tego przeżycia.

W wywiadzie tłumaczy, że śmierć kliniczna jest pojęciem medycznym i oznacza moment, gdy serce człowieka przestaje pracować i zatrzymuje się akcja oddechowa. Tej sytuacji może, choć nie musi, towarzyszyć tzw. bliskie doświadczenie śmierci, w skrócie NDE (ang. near death experience).

Uczucie błogości

Ks. Wiktor potwierdza z relacji osób, które doświadczyły NDE, że towarzyszy temu uczucie błogości. Jako chrześcijanie możemy wierzyć, że to uczucie wiąże się z bliskością Boga na etapie przechodzenia "na drugą stronę".

Z lotu ptaka

Osoby doświadczające NDE mówią często, że obserwowały własne ciało z lotu ptaka, a dowodem na to są często zauważone przez te osoby szczegóły, których nie mogli zmysłowo doświadczyć w tym momencie. Są to np. odczytana dokładna godzina śmierci zanotowana przez lekarza czy inne detale z sali operacyjnej.

Film z życia

Kolejnym częstym przeżyciem osób bliskich śmierci jest tzw. film z życia. Mówimy, że w jednej chwili "całe życie przeleciało nam przed oczyma". Ksiądz Wiktor wyjaśnia, że nie jest to jednak sąd Boży, bo ten odbywać się ma tylko raz w życiu, gdy już faktycznie umrzemy. Mówi o tym wprost List do Hebrajczyków. Dlatego film z życia jest dla nas zatem raczej łaską, okazją do spojrzenia z szerszej perspektywy na samych siebie, żeby po powrocie do życia móc je naprawić, uzdrowić jakieś relacje, naprawić błędy itd. Niektóre osoby widząc swój "film z życia" widzieli także skutki swoich grzechów, ale i dobrych uczynków.

Spotkania ze zmarłymi

Niesamowite są też opowieści o spotkaniach z bliskimi zmarłymi. Dowody na to są dość wstrząsające. Ksiądz Wiktor przytacza historię kobiety, która podczas NDE spotkała pewnego mężczyznę. Wydawał się on jej bardzo bliski. Opisała go później swojej matce, a ta rozpłakała się, choć nic nie powiedziała. Na łożu śmierci wyznała córce, że był to jej biologiczny ojciec, który zginął w Auschwitz. Później matka poślubiła innego mężczyznę z którym wychowywała córkę.

Bez względu na pochodzenie

Co ciekawe, wszystkie te zjawiska przytrafiają się ludziom różnego pochodzenia, wiary, czy światopoglądu. Dla wielu z nich jest to okazja do nawrócenia, czy głębokiej przemiany życia. Dotykają bowiem spraw nadprzyrodzonych, których istnienie wcześniej negowali.

Smutny powrót

Wielu osobom towarzyszy po powrocie do żywych pewien smutek. Niektórzy byliby nawet gotowi na szczęśliwe spotkanie z Bogiem, ale jednak wracają, żeby np. zaopiekować się rodziną, bliskimi, albo jeszcze coś ważnego na ziemi zrobić. Osoby doświadczające NDE często opowiadają, że słyszały modlitwy swoich bliskich. Czasem to po prostu nie jest jeszcze ich czas. Powrót z błogiego stanu bywa jednak smutny i nie każdy cieszył się z powrotu.

Ostatecznie jednak te wszystkie doświadczenia nie są celem samym w sobie, ani żadnym dogmatem wiary. Mogą nas inspirować, zaciekawiać i powinny prowadzić do lepszego życia i relacji z Bogiem. Tak je zatem traktujmy.

Pełny wywiad z ks. Wiktorem znajdziesz tutaj, na aleteia.org.

Źródło: Redakcja NINIWA / aleteia.org


Komandos SEALS wyjaśnia, jak nauczył się nigdy nie poddawać [WIDEO]

Wieloletni dowódca SEALS w randze czterogwiazdkowego admirała William McRaven wyjaśnia, skąd sam brał motywację do nie poddawania się. Warto go posłuchać. "Foką" był przez 37 lat!

Pod filmem dopisaliśmy tłumaczenie.

https://www.youtube.com/watch?v=7txhqtL-DQ4

W czasie szkolenia SEAL mieliśmy takie powiedzenie: "wykonaj jedną ewolucję na raz". To znaczy, żeby nie patrzeć sześć miesięcy wprzód. Nie zastanawiaj się, ani nie uświadamiaj sobie "o nie, mam jeszcze tyle biegów, przepłynięć i ćwiczeń fizycznych do wykonania!". Jeśli sobie to uświadomisz, to horyzont okaże się nieco za daleko. I to może nas przestraszyć. Jeśli jednak starasz się robić coś najlepiej, jak to tylko możliwe, ale robiąc tylko jeden krok w jednym czasie, to uda ci się przetrwać tych sześć miesięcy.

Bardzo łatwo jest zrezygnować ze szkolenia SEAL. Wystarczy tylko zadzwonić dzwonem trzy razy i wypadasz. Nie musisz z nikim rozmawiać, ani robić. Dzwonisz tylko dzwonem, ściągasz hełm i tyle. Uświadamiasz sobie, że w trudnych chwilach zawsze jest sposób na wyjście z sytuacji. Tym sposobem jest rezygnacja. Decydujesz, że nie będziesz mierzyć się z tym problemem albo sytuacją i pozwalasz, żeby ona wygrała. 

Często pyta się mnie, jak przetrwać szkolenie SEAL. Miałem jednego adepta, który był fenomenalnym atletą. Jadłem z nim lunch i on spytał mnie:

- Czy muszę jeszcze więcej biegać?

- Odpowiedziałem, że nie, nie sądzę. 

- "Czy muszę więcej podnosić (ciężarów)? itd. Jaki jest klucz do przejścia przez szkolenie SEAL?

- Odpowiedziałem: "To proste. Po prostu się nie poddawaj."

Wiedzę i doświadczenie swojego życia komandos przekazuje w konferencjach i książkach. I dla nas płynie stąd wartościowa lekcja, żeby nie stawiać sobie na raz za dużych oczekiwań i rozwiązywać problemy jeden po drugim. Z kolei w determinacji i motywacji pomaga nam świadomość, że czuwa nad nami najlepszy możliwy Dowódca.

Źródło: Redakcja NINIWA / youtube.com Business Insider