West Coast Ireland, dzień 16. Wi-Fi, gniazdka i Jezus
„Nie, nie, nie budźcie mnie, śni mi się tak ciekawie, jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie” (Kabaret Starszych Panów).
Asia śni, że spada z roweru w kłujące krzaki i nie ma ubezpieczenia, a ja, że wracam do Polski Ryanairem za 35 euro. We śnie jednak bardzo tego żałuję, a wtedy budzę się w namiocie ukrytym wśród porośniętych srebrzystą trawą wydm. Uff, jeszcze tu jestem. Przyjmuję to z ulgą, choć dopiero co przekroczona została granica rozpaczy, a poniedziałkowe wejście na Brandona okrzyknęłam najgorszym dniem w swoim życiu.
Wciąż czeka nas wędrówka i zmaganie z żywiołem, który ma nas za nic i staje się główną determinantą wyprawy. Ojciec przyspiesza zwijanie namiotów i zachęca do opuszczania „luksusowego krateru”, o którym Kuba twierdzi, że został dla nas stworzony już przed założeniem świata.
A mimo to Bóg ewidentnie już dawno temu zdecydował się opuścić Inch Beach, ponieważ przez pierwsze dwie i pół godziny naszego autostopowania nie zatrzymuje się zupełnie nikt. Nadciąga niebezpieczna ciemna chmura, mijają nas niemal puste samochody, choć napisano wyraźnie: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam”.
Machamy, idziemy, słuchamy muzyki, wplatamy kwiaty we włosy, jemy żelki, śmiejemy się, przeżywamy wzloty i upadki, na przemian wywieszając białą flagę poddania. Zatrzymujemy nawet jadących w przeciwną stronę rowerzystów czy śmieciarkę, do której w stanie obecnym pasujemy doskonale.
Po długim czasie zostajemy wybawieni przez surfera z psem, który dostawczakiem podrzuca nas na stację parę kilometrów dalej. Tam, w akcie desperacji, udaje nam się namówić niewinnego księdza, by zawrócił ze swej drogi, porzucił dawne nawyki i zawiózł nas w przeciwnym kierunku.
W drodze ojciec Dominik przekazuje nam dwie ważne lekcje: żeby „myśleć, myśleć, myśleć” i „łączyć kropki”. Może kiedyś się uda.
Następnie wiezie nas reżyser telewizyjny, który popełnia wielomilionowy błąd, gdy po namyśle odrzuca naszą propozycję dołączenia do wyprawy w celu wyemitowania programu o naszym ataku na Carrantuohill.
W Milltown robimy zakupy, po czym przedostajemy się na miejsce zbiórki przy kościele w Glenbeigh, gdzie, jak informuje Asia, są „Wi-Fi, gniazdka i Jezus”.
Choć niektórzy liczyli, że na dziś już koniec, spod kościoła ruszamy w drogę – 12 km. Po pokonaniu niewielkiej przełęczy wyłania się przed nami przepiękna panorama. Irlandia traktuje nas dzisiaj jak swoich ulubionych pieszczoszków – jest pochmurno i nie pada!
Wczoraj stwierdziliśmy, że powiedzieć komuś „kocham Cię jak Irlandię”, to po prostu ciekawy sposób na eufemistyczny kamuflaż dla trudnych emocji.
Przed nami trzy noce w buszu. Mimo wcześniejszej passy dachowej, po której chcieliśmy już wyrzucać lub palić niepotrzebne namioty, dziś rozbijamy je przy polu nad rzeką. Są przy nas jedyne wierne towarzyszki – owce, które dzięki coraz wymyślniejszemu znakowaniu posiadły wełnę upstrzoną jak sweter.
Większość z nas decyduje się na kąpiel w głębokiej rzece, co przy początkowej immersji opatrywane bywa niecenzuralnym komentarzem. Wkrótce jednak wszyscy śmieją się i dokazują w najlepsze. Trochę gęsia skórka, trochę hipotermia, a trochę muł – „wakacje 2026”.
Joachim obnosi się ze zdobycznym szalikiem w barwach hrabstwa Mayo i nieśmiało, acz z dumą i uporem godnym lepszej sprawy, skanduje, że hrabstwo „Kerry to frajery”.
Sądząc po pogodzie, wystarczyłoby etatów dla wszystkich ratowników wodnych świata. Znamienne, że parę dni temu Marta dostała od Irlandki basenowy czepek, jakże adekwatny.
Ponieważ zabrakło nam komunikantów, przed wieczorną Mszą Kornelia upiekła dla nas podpłomyki z wody i mąki. Później znów zaczyna kropić. Niektórzy, niezrażeni, rozpalają ognisko, śpiewają poezję, a ja wkładam ogrzewacze do skarpet i kładę się spać w gnijącym śpiworze.
Niektórzy śmierdzą stęchlizną rzeczną, inni naniebną, inni powszednią. Jutro kolejny dzień błota przelewającego się przez palce, brodzenia po łydki, nadstawiania karku i przedzierania się przez bezsens.
Póki co żyjemy. Chcę zjeść naleśniki.
Julia Kupiak
Bilans dnia:
- start: Glenbeigh
- meta: dzicz w okolicach Glencar
- dystans: 12 km
- 360 m w górę
- 326 m w dół
Partnerzy wyprawy:


