8 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 14. A ja chodzę i niestraszna mi wichura ni ulewa

Plusk wody, świst peleryn i gwizd kijków – to dźwięki poniedziałku, który jest dla nas pewnym wyzwaniem.

O 5:30 budzi nas porywająca historia Janka o wysiadaniu z jadącego samochodu. Z nieco mniejszą ekscytacją zbieramy się z salki, kończąc serię noclegów pod dachem. Nastawiamy się na spanie w dziczy i zdobywanie szczytów.

Przed nami kilka kilometrów asfaltu. Oczywiście od pewnego momentu towarzyszy nam deszcz. Ogarnianie przeciwdeszczowych ubrań idzie nam coraz sprawniej. Pierwsza sucha przerwa trwa dłużej, ale w sumie nie wiadomo ile, bo o jej długości decyduje ojciec. Kornelia pyta, gdzie dyscyplina marokańska, czyli osiem minut na przerwę. Ojciec odpowiada, że w Maroku.

Potem rzucam, że między komendą „plecaki na plecy” a ruszeniem powinna być chociaż minuta. Włożenie plecaka z dwudniowym zapasem jedzenia ma kilka etapów, to nie taka szybka sprawa! Ale Rafał mówi, żebym nie marudziła. Króciutko z dyskutującymi.

Chwilę później zaczyna się przygoda. Przed nami nieco strome podejście. Do wyboru mamy błotnistą i śliską ścieżkę lub przedzieranie się przez wysokie trawy. Łączymy obie opcje, wdrapując się w butach trekkingowych, sandałach, klapkach i na bosaka. Czytamy, nie oceniamy.

Towarzyszy nam wiatr, a mgła dawkuje widoki. Gdy ojciec dociera na górę, rzuca kilka miłych słów prowadzącemu Rafałowi. Dobór drogi uznaje za wynik „poniedziałku agresji”. Czekamy na kolejne akty.

Potem jest jeszcze więcej mgły, wiatru i mokradeł. W nieuchwytnym schemacie zwiększa się liczba przemoczonych butów. Często po pytaniu „Masz suche buty?” wchodzi się w największą wodę.

Szlak prowadzi po równym terenie lub stopniowo idzie w górę. Wiatr bierze nas w obroty do melodii wydobywających się z kijków z dziurkami do regulacji długości. Choć próbujemy mu się przeciwstawić, pogrywa z nami, jak chce.

Wtóruje mu szczególnie moja peleryna, która lata na wszystkie strony, często zasłaniając mi pole widzenia. Wtedy z pomocą przychodzi Adam, pożyczając mi smuklejsze poncho.

Spodziewaliśmy się, że doświadczymy pogody dla koneserów, jednak warunki atmosferyczne okazują się naprawdę trudne. Po wyjściu na blisko 800 metrów rezygnujemy ze zdobycia tysięcznika. Prowadzi do niego wąska grań, więc jej przejście z plecakami w tym mleku byłoby niebezpieczne.

Artur zauważa, że jak powie w Polsce, że zawrócił z 800 metrów, to ktoś weźmie go za frajera. Irlandzkie góry pokazują jednak, że głupotą jest ich bagatelizowanie.

West Coast Ireland, dzień 14 [ZDJĘCIA]

W strugach deszczu i wszystkiego, co odbiera człowiekowi ciepło, sprawnie schodzimy 10 km do wsi. Po drodze zdarzają się telemarki, jak również radosne przyśpiewki. Ci ludzie są nie do zdarcia.

W miejscowości chowamy się w kościele. Cóż za ulga, że jest otwarty. Tam wstępnie się suszymy i w ciszy oddajemy to, co za nami i przed nami. Następnie grupy ruszają na poszukiwanie noclegu.

Marzeniem ojca, którym podzielił się w ciągu dnia, jest hotel. I trzeba przyznać, że Pan Bóg nie pozostawia niezaspokojonych potrzeb. Noc spędzamy w trzypiętrowym domku na wynajem. Płacąc kilka euro od osoby, cieszymy się dachem i ciepłem. I możliwością siedzenia razem w jednym miejscu.

Resztę dnia spędzamy na ogarnianiu się, gotowaniu i chillowaniu. Wieczorem przeżywamy Eucharystię. W homilii słyszymy zachętę do powierzania Jezusowi naszych „uschłych rąk” – wszelkich bezradności, utrapień i braków.

Na dobrą noc idziemy do pobliskiego pubu. Zwiadowcy już wcześniej przekonali się, że jest w nim potencjał na granie i śpiewanie. Po chwili przy piwach i herbatach przenosimy się do małego pokoju z pianinem, gitarami, bębnem i innymi instrumentami.

Śpiewamy niniwowe hity, jakaś szycha włącza głośnik na głównej sali i daje nam mikrofon. My jednak nie dla rozgłosu, a dla własnej, czystej przyjemności cieszymy się wspólnymi dźwiękami.

W trakcie zbierania się do domku dostajemy alert RCB: „Ojciec śpi w przedpokoju. Uważajcie, jak przechodzicie”.

Widzieliśmy dużo skaczących owiec, więc pasterz może spać spokojnie.

Justyna Zygmunt

Bilans dnia:

  • start: Dingle
  • nocleg: An Clochán
  • dystans: 21 km
  • 750 m w górę
  • 754 m w dół

Bilans strat i zysków piechurów:

  • – Zuzia
  • + Asia
  • + Olek
  • + Maciek
  • + Mateusz

Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: