Photo by Patrick Selin on Unsplash
22 marca| Wiadomości

„Ja ciebie nie potępiam”. Rozmowa o aborcji

Niedaleko Poznania, w dniach 6-8 marca odbyły się rekolekcje „Winnica Racheli” dla osób, które bezpośrednio bądź pośrednio uczestniczyły w aborcji […]

Niedaleko Poznania, w dniach 6-8 marca odbyły się rekolekcje „Winnica Racheli” dla osób, które bezpośrednio bądź pośrednio uczestniczyły w aborcji i są dotknięte jej bolesnymi skutkami. To dobry pretekst by porozmawiać z jedną z organizatorek wydarzenia, Agnieszką Lewandowską i przybliżyć ten trudny temat. Czym są tegoroczne rekolekcje „Winnica Racheli”, przybliża misyjne.pl.

Są to rekolekcje, a nie warsztaty, choć zawierają elementy pracy indywidualnej i grupowej. Uczestnicy mają szansę opowiedzieć swoją historię, niektórzy po raz pierwszy w życiu. Jest to możliwe, bo znajdują się w gronie, w którym nie czują się odrzuceni. Całe rekolekcje oparte są na pracy z Pismem Świętym. Rozpoczynają się sceną, w której Jezus mówi do kobiety cudzołożnej: „Ja ciebie nie potępiam”. I to jest moment, w którym każdy z uczestników mówi jeden do drugiego: „ja ciebie nie potępiam”.

To jest ogromnie ważne, niesamowite błogosławieństwo, ponieważ każdy przyjeżdża z ogromem nie tylko poczucia wstydu, ale także poczucia niegodności. To ogromna blokada w sercu, emocjach i w psychice. Pracując na kolejnych scenach biblijnych, łagodnie dochodzimy do momentu, w którym uznajemy dzieci nienarodzone i uznajemy, że są w niebie. Czasami to nie jest jedno dziecko, czasami okazuje się, że nie narodziło się ich nawet kilkoro.

Jakie są najczęstsze powody, dla których kobiety decydują się na zabieg aborcji?  

Gdy jest już gotowość mówienia o swoich dzieciach, dowiadujemy się o sobie nawzajem, jak do tej decyzji doszło. Okazuje się, że wszystkie te historie są niezwykle tragiczne. Decyzja o aborcji nigdy nie jest decyzją jednej osoby i, co ciekawe, nie jest to decyzja impulsywna. Często są podejmowane pod presją i na ogół ze względu na brak wsparcia bądź poczucie zagrożenia, jak np. utrata miejsca zamieszkania, prestiżu czy w ogóle bycia częścią rodziny. Znamienne jest to, że poczucie winy towarzyszy w zasadzie przez cały czas.

Czasami przychodzi tuż przed samym zabiegiem lub połknięciem tabletki. Jednak to moment, w którym kobieta nie może już sobie pomóc, nie czuje się na siłach, by temu zapobiec. Trudno to nazwać, ale to tak jakby ta kobieta już nie decydowała za siebie. W prawie każdej historii powtarza się, fakt, że w tym trudnym momencie nie ma przy nich osoby, która by udzieliła wsparcia, była blisko lub choćby powiedziała „poczekaj, zastanów się, nie musisz wcale tego robić, pomogę ci”.

Co oprócz uznania dziecka i świadomości, że jest w niebie, pomaga w procesie uzdrowienia? 

Na pewno obecność innych osób w podobnej sytuacji. To jest przełomowe, uczestnicy nie czują się osamotnieni. Grupa nie jest nigdy duża, to maksymalnie 12-13 osób, z którymi pracujemy. Pozwala to mieć czas dla każdej osoby, w pełni zainteresować się każda historią. Nikt nie czuje się w żaden sposób pominięty. Staramy się, aby każdy poczuł się bezpiecznie i dobrze. Uczestnicy w ciągu zaledwie kilku dni poznają się i czują bliskość wspólnoty, która wspiera. Jedną z przemian, która się dokonuje, jest sposób wypowiadania się o swoim nienarodzonym dziecku. Zazwyczaj na początku kobiety mówią „byłam w ciąży”, a wyjeżdżają, mówiąc o swoich dzieciach „moja kochana Marysia, kochany Krzysiu”.

Trzeba zaznaczyć, że na rekolekcje przyjeżdżają nie tylko kobiety, ale i ojcowie tych dzieci, a nierzadko także rodzeństwo, jako osoby, które syndrom poaborcyjny dotknął pośrednio. Kobiety i mężczyźni przeżywają nieco inaczej i ta perspektywa, którą przedstawiają mężczyźni, bardzo pomaga kobietom im wybaczyć. Gdy kobieta słyszy, że mężczyzna też to ciężko przeżył: na przykład to sfinansował i też czuje się z tym okropnie, też cierpi na depresję, też przeżywa latami. Bywa, że nie jest w stanie obdarzyć miłością swojej żony czy być troskliwym dla narodzonych dzieci.

Photo by Jen Theodore on Unsplash