3 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 9. Jak przeżyć podróż irlandzkim autobusem?

Noc w domu Polaka nad majestatycznym sklepem Polonez wzbogaciła nas o solidny ładunek polskiego przypału. Polskość objawiła się natomiast nie tylko w skarpetach i sandałach czy polskich kabanosach z naszego uuuulubionego sklepu – Lidla.

Niczym papież Polak Jan Paweł II, miłosierny prowadzący Jaś zaproponował nam, abyśmy z powodu pogody podjechali busem do docelowego miejsca, a po znalezieniu noclegu poszli „na lekko” na wędrówkę.

Pomysł spotkał się z niemałym entuzjazmem, a po przeżyciu tego dnia muszę zgiąć się w pół w akcie wdzięczności za ten wspaniały pomysł, bo nie wiem, o czym bym pisała, gdyby nie ta pamiętna podróż busem.

Bus to nie taksówka. Trzeba do niego podejść, kupić bilet, wsiąść i jechać. Cztery proste etapy.

No właśnie… proste? Cóż, nasza wycieczka na każdym z nich musiała odstawić tak zwaną „manianę”.

Etap pierwszy: dotrzeć do busa

Miejscowa dżungla w środku miasta? Czemu nie.

Tylko z nami w centrum Galway przejdziesz przez dzikie pnącza, zwalone pnie drzew i torfiaste podłoże. Tak więc „centrum” okazało się bardziej nieokiełznane, niż mogliśmy sądzić.

Nie wiem, czy Galway miało problem z chodnikami, za to my na pewno mieliśmy problem z GPS-em.

Etap drugi: zakup biletu

Zakup biletu to gra niczym rosyjska ruletka.

Poziom digitalizacji w irlandzkiej komunikacji miejskiej sprawia, że cieszymy się, że korzystają tutaj już z koła i znają ogień. Optymalizujemy, zbieramy i obstawiamy, jaką cenę tym razem zarzuci nam pan kierowca i czy wyjątkowo w tej sytuacji możemy zapłacić kartą.

Etap trzeci: wsiąść

Zabarykadowani w autobusie siedzimy jak w czołgu, a w powietrzu zaczynają unosić się zapachy prawdziwego polskiego śniadania. Z prawej zawiewa jajem, a z lewej kabanosem.

Cóż, nie przeszkadza mi to, bo nieszczelna szyba obok mnie bardzo sprawnie wietrzy cały autobus. Polska kuchnia spotyka irlandzką wentylację.

Etap czwarty: przeżyć podróż

Wąskie drogi wydają się coraz ciaśniejsze, a jak się później okazuje, nie tylko się wydają.

Ocean rozpościera się po mojej prawej stronie, wiatr się wzmaga, z nieba leci tak zwany kapuśniaczek, a czasem większy kapuścioch.

I kiedy już zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że chyba nic więcej nie może pójść nie tak, z naprzeciwka nadjeżdża autokar.

Spotkanie czoło w czoło – my kontra on. Droga bez pobocza, po bokach pola i kamienne murki. Emocje niczym na grzybach sięgają zenitu.

I pomimo niedużej odległości od punktu docelowego niewyobrażalne wydaje nam się opuścić ten spektakl. W końcu po coś ten bilet kupowaliśmy.

Póki główne role grają dwaj panowie kierowcy, jesteśmy spokojni, wierząc w ich kompetencje.

Jednak każdy dobry scenarzysta zatroszczy się o czarny charakter, który trochę zaostrzy sytuację. Pojawia się paru buntowników, dla których rosnący korek jest winą dwóch nieudolnych kierowców.

Tak z ciekawością obserwujemy małą awanturę, mając oczywiście na uwadze moment, kiedy miarka się przeleje.

Zapytacie, jak to się skończyło? Cóż… Właściwie niczego genialnego nie wymyślili. Po prostu „jakoś” wycofali i „jakoś” odjechali.

Parę centymetrów lusterka od naszej szyby było niczym spacer nad przepaścią, ale bądźmy szczerzy – chyba nie przytrafiło im się to pierwszy raz?

My natomiast dostaliśmy darmowy spektakl i trochę odpoczynku dla nóg, więc nie ma co narzekać.

West Coast Ireland, dzień 9 [ZDJĘCIA]

W końcu wysiadam z autobusu w miejscowości Lisdoonvarna. Ładne, urocze domki, kolorowe uliczki, a na niebie szare barany wylewające wodospady łez. Czyli standardowo – Irlandia przywitała nas deszczem.

Od razu staję się częścią grupy poszukującej zakwaterowania. Dobrze, że zawsze chodzimy grupami, bo miasteczko mogłoby wkręcić nas w niemałe sanatorium miłości.

Nic nieświadomi krążymy, stając się na chwilę uczestnikami Lisdoonvarna Matchmaking Festival. Tłumacząc na nasze: lisdoonvarskiego festiwalu swatania.

Wchodzimy więc do miasteczka, szukając noclegu, a wychodzimy z perspektywą znalezienia współmałżonka. Plan dnia zaczyna się robić naprawdę ambitny.

W naszej ekipie chyba nikt nie znalazł miłości, ale znaleźliśmy przynajmniej szkołę, czyli nasz wymarzony nocleg. I bardzo dobrze. Miłość może poczekać.

Mamy już plan i „na lekko” ruszamy na przechadzkę. Określenie „na lekko” jest złudne i nie należy się nim kierować, bo nie oznacza nic poza tym, że po prostu pójdziemy bez plecaków. A skoro ciężar z pleców ściągnięty, możemy przecież przecinać deszczową mgłę z większą prędkością i zwinnością.

Nasza trasa wynosi 17 km i prowadzi nas w kierunku jaskini w Doolin, w której rzekomo znajduje się największy stalaktyt Europy. Być może tak sądzą przynajmniej reklamy, a ojciec twierdzi, że nawet będąc nad jaskinią „czuł jego energetyczną obecność”.

My jednak oszczędzamy sobie grotołażenia i ruszamy w drogę powrotną na obiad.

Wielu poległo na polu tej walki. Zmęczeni wsunęli bezwładne ciała do śpiworów i koczują, czekając na swoją kolejkę pod prysznic.

Nasz blok wieczorny, rozpoczęty Eucharystią, zostaje wzbogacony o słodki dodatek upieczony przez nasze wyprawowiczki w szkolnej kuchni. Zuzi i Marcie bardzo dziękujemy!

A patrząc na ten cały dzień, muszę stwierdzić, że największą atrakcją dnia nie był ani stalaktyt, ani ocean, ani nawet festiwal swatania.

Był nią po prostu autobus.

Klara Baron


Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: