11 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 17. Śmiech, płacz, życie

Jeśli dziś jest czwartek, to jesteśmy w Glencar. Wygrzebujemy się z mokrych namiotów, przed nami 15 km drogi, damy radę. Ojciec jak zwykle udaje, że nie chrapał – nowego znaczenia nabiera w jego przypadku stwierdzenie „wam się oczy otworzą, jak mnie się zamkną”.

Jemy śniadanie, ruszamy dalej w drogę, gdy nagle w przerwie dowiadujemy się, że prognoza na najbliższe dni uległa od wczoraj drastycznej zmianie – jednak nie w sobotę, w czasie planowanego zdobywania Carrantuohill, ale jutro ma przypaść słoneczne okienko pogodowe. To sprawia, że już dziś musimy dotrzeć do podnóża góry, a trasa wydłuża się do 34 km!

Zamiana nie zostaje przyjęta z entuzjazmem, a w ustach niektórych same układają się psalmy złorzeczące i deklaracje o wierności zasadzie ograniczonego zaufania względem prowadzących grupę. Zgodnie z zapowiedzią brodzimy w błocie i przedzieramy się przez bezsens, co chwilę zakładamy i zdejmujemy peleryny, mija się z celem unikanie kałuż, wszystko chlupie, przelewa się i zapada, stając jednolitą masą (pogoda jest dla bogaczy, dla niebogaczy są prognozy złe!). Gdy zbliżamy się do zapowiadanej liczby przewyższeń i kolejnej otaczającej nas zewsząd ściany zielonych i stromych gór, zastanawiam się, gdzie niby są ukryte te drzwi, którymi mielibyśmy przejść na drugą stronę? Drzwi nie ma, jest ostre podchodzenie, a ja idę z tyłu, utykając i choć widok jest piękny, woda i zwierzęce odchody wysysają z nas soki witalne, zamieniając nasze ciała w nędzny zewłok. Ten dzień to moja prywatna droga krzyżowa albo pretendent do Drugiego Najgorszego Dnia w Życiu. Jak twierdzi Kasia, „strefa komfortu”, porzucona i zapomniana, została na lotnisku w Katowicach.

Z powodu nogi nie mogę nadążyć za grupą, daleko w tyle zostaje ze mną Adam, zrywa się milionowy dziś deszcz. Zaciskam kaptur peleryny tak, że widzę przed sobą tylko dwa najbliższe kamienie, rozmawiamy o tym, co chcielibyśmy zjeść, nie mam już siły iść, droga dłuży się niemiłosiernie. Po pewnym czasie odbieram telefon:

– Gdzie jesteście?

Okazuje się, że źle skręciliśmy i nie poszliśmy szlakiem. Adam mówi, że do miejscowości Beaufort zostało nam jeszcze 17 km. Wraz z tą informacją rzeczywistość przestaje na chwilę istnieć, rozdziera się zasłona mojego przybytku i postanawiam umrzeć, pozwalając deszczowi, żebym spłynęła wraz z nim i wsiąknęła w ziemię. Gdy po chwili na sekundę wychodzi słońce (tak podobno się mówi na to rzadkie zjawisko), postanawiam się obrazić i za karę ostentacyjnie nie spojrzeć na tęczę.

Doczołguję się do najbliższego (i jedynego!) domu w całej okolicy, po czym, śmierdząca, na higieniczno-moralno-gastronomiczno-fizycznym dnie, zanoszę rozpaczliwe błaganie o podwózkę w stronę Beaufort. Pani uśmiecha się, a rzut oka na nasz stan od stóp do głów sprawia, że zgadza się podwieźć nas do miejsca, gdzie droga spotyka się ze szlakiem, czym zyskujemy 5 km. Tam znów udaje nam się w ostatniej chwili uciec przed kolejnym deszczem i zatrzymać francuskich turystów, którzy zabierają nas do samej miejscowości.

West Coast Ireland, dzień 17 [ZDJĘCIA]

Tego dnia Artur i Marta nie poszli z nami w góry, cały dzień spędzili na poszukiwaniu dla nas noclegu (i paru skokach z wodospadu), wraz z nowo poznanym kolegą objeździli i obdzwonili wszystkie miejsca, bezskutecznie. Przyjmuję bez emocji brak perspektyw noclegowych, bo jestem wycieńczona i tak już nic nie czuję, a poza tym moim priorytetem jest odzyskać szczątki godności i wziąć prysznic.

Wchodzimy do malutkiego pubu, gdzie przy barze zasiada ośmiu mieszkańców Beaufort w średnim wieku. Na początku czuję się przytłoczona, po czym zbieram się na odwagę, bo zdaję sobie sprawę, że właśnie to grono może nam bardzo pomóc.

– Przepraszam, czy ktoś z panów ma prysznic?

– A co, śmierdzimy? – śmieją się.

Ach, źle zadałam pytanie, myślę.

– Nie, to ja śmierdzę!

Po krótkiej burzy mózgów radzą nam udać się na boisko i skorzystać ze sportowych pryszniców, powołując się na Dużego Johna Kerry’ego – mamy powiedzieć, że to nasz kuzyn. John Kerry to funkcjonujący jako żart gruby bramkarz lokalnej drużyny.

Na boisku akurat odbywa się trening, nie znajdujemy żadnego szefa obiektu, któraś z obserwujących mecz matek radzi: „po prostu się wykąpcie”. Ukradkiem bierzemy więc zbawienny prysznic, po czym wracamy do pubu podziękować za radę.

– Udało się, kochani, zrobiliśmy to, dziękuję wam wszystkim!

Lokalna społeczność radośnie stawia nam po Guinnessie, po czym snuje opowieść rodem z Monty Pythona. Mężczyźni twierdzą, że są braćmi, jednego z nich wskazują jako ojca, matka nieznana. Jest ich łącznie 27, sami chłopcy, ale w domu mieszka tylko 17 – o reszcie nic nie wiadomo. Żyją skromnie, codziennie jedzą owsiankę i śpią w kartonie, ale ich tata jest hojny, więc co roku na święta zabijają koguta, a z jego piór robią płaszcz. Ponieważ płaszcz jest tylko jeden, każdy wychodzi