Królowie muzyki. Miles Davis
Na jednym z elitarnych przyjęć jakaś elegancka niunia zauważa dość ekscentrycznie wyglądającego czarnego jak smoła faceta.
Zaintrygowana podchodzi do niego i pyta: przepraszam, kim Pan jest? Czarny z nonszalanckim spojrzeniem odpala: nazywam się Miles Davis. W swoim życiu kilkukrotnie zmieniałem bieg historii muzyki.
Jedna z najbardziej wpływowych postaci muzyki XX wieku. Równie genialna co kontrowersyjna. Namacalny dowód na to, że wizjonerstwo i charyzma są w sztuce ważniejsze niż wirtuozeria.
Biograficznie
Miles Dewey Davis III urodził się w Alton w stanie Illinois 25 maja 1926 roku. Generalnie jego rodzina była dobrze sytuowana. Tata był… dentystą! Muzycznego bakcyla erbnął młody Dawis raczej dzięki swojej babce – organistce. A przede wszystkim dzięki mamie, która grała na skrzypcach i fortepianie. Ponoć była zdolną pianistką bluesową. Jednak ukrywała przed synem swoje bluesowe frazy, uważając muzykę czarnych za nieelegancką. Gdyby wiedziała wtedy, na kogo wyrośnie jej syn! Mama chciała by Davis uczył się grać na skrzypcach. Jednak w wieku 9 lat dostał pierwszą trąbkę. W wieku 13 lat zaczął profesjonalną edukację pod okiem Elwooda Buchanana i to wtedy tata kupił mu nową trąbkę. Taką już naprawdę profi. Pozamiatane. Skrzypcowe plany mamy poszły się paść, a Miles od tej chwili aż do końca był A man with the horn.
Początki wielkich rzeczy
W 1944 roku Miles Davis przybywa do Nowego Jorku i rozpoczyna studia w Julliard School of Music. Tak wspomina te czasy: Od pierwszego momentu nie podobało mi się to, co działo się w Julliard. To, o czym mówili, było dla mnie zbyt białe. Tak, Davis był rasistą przekonanym o wyższości czarnej kultury nad białą. Przynajmniej wtedy. Późniejsze lata jego działalności pokazują, że docenił w końcu białą muzykę. Nie pouczył się za długo Davis w Julliard School of Music. Davis spotyka Parkera.
To jedno z najbardziej brzemiennych w skutki spotkań w historii jazzu. Młody Davis zafascynowany be-bopem wbija się w zespół Charlie Parkera i rzuca studia. To był początek marszu Davisa na muzyczny panteon. Był najmłodszym w historii muzykiem współpracującym z legendarnym zespołem Parkera. Potencjał Davisa zauważono momentalnie. Ale nie potencjał wirtuoza. Davis nigdy nim nie był. Potencjał muzyka, który patrzy w przyszłość i widzi więcej niż inni.
Wielki Kwintet nr 1
Po Charlie Parkerze przyszła era pierwszego wielkiego zespołu Davisa. Nazywany Wielkim Kwintetem Davisa. To jeden z tych składów, z którymi Davis przestawiał zwrotnicę na torach jazzu. To był rok 1955. W Wielkim Kwintecie występowali wtedy: Miles Davis (trąbka), John Coltrane (saksofon tenorowy), Red Garland (fortepian), Paul Chambers (kontrabas) i Philly Joe Jones (perkusja). Davis pomału żegna się z gęstym i dzikim be-bopem. Pojawia się przestrzeń, długie nuty legato i odkrywanie muzyki modalnej. W tym składzie Davis nagrywa m.in Round About Midnight.
W 1958 do Kwintetu dołącza saksofonista altowy Cannonbal Aderley i z Wielkiego Kwintetu robi się Wielki Sekstet. Potem Davis zastępuje Garlanda i Jonesa Billem Evansem i Jimmym Cobbem. W tym składzie nagrywają album, który przez świat został uznany za najważniejszą płytę jazzową wszech czasów.
Kind of Blue
W 1959 roku Davis zwołał wszystkich muzyków do studia. Jak to zwykle bywało, muzycy nie mieli pojęcia co będą grać. Davis miał zaledwie kilka akordów i pomysłów na melodie. Rozstawiono instrumenty, lider dał muzykom wskazówki dotyczące każdego z utworów i zaczęto nagrywać. W takich mniej więcej warunkach powstała najwybitniejsza płyta jazzu. Kind of Blue. Pogrzeb be-popu. Początek nowej ery cool jazzu i jazzu modalnego.
Wielki Kwintet nr 2
W 1965 roku powstaje drugi Wielki Kwintet Davisa. Oto jego skład: Miles Davis (trąbka), Wayne Shorter (saksofon), Herbie Hancock (fortepian), Ron Carter (kontrabas) i Tony Williams (perkusja). To ostatni zespół akustyczny Milesa. Pod koniec jego działalności na płytach Miles in the Sky i Filles de Kilimanjaro lider nieśmiało zaczyna wprowadzać takie instrumenty jak gitara basowa, gitara elektryczna i fortepian elektryczny. To już ewidentnie zdradza kierunek, w jakim Davis niebawem podąży.
Electric Miles
Gdy Davis czuł, że traci kontakt z odbiorcą, radykalnie zmieniał styl. Powiadał: starzy muzycy stają się jak muzealne eksponaty pod szkłem, bezpieczni, zrozumiani, grają w kółko te same, wymęczone nuty. Słuchają krytyków, którzy każą im pozostać tam, gdzie są. Wielu jazzmanów zarzucało Milesowi zdradę. Tak jak Bruce’owi Lee zarzucano, że dla hollywodzkiej kariery porzucił odwieczne ideały wschodnich sztuk walk. Davis po prostu robił to co chciał. Jego pozycja pozwalała mu na wszystko. Mógł nawet pierdzieć w trąbkę – ludzie i tak by to kupili. Muzyka się zmienia. Davis nie chciał i nie umiał pozostać wobec tego prawa obojętny. Chciał iść z duchem czasu. W jego składach zaczęły grać syntezatory, głośne gitary basowe i przesterowane gitary. Jego jazz-rockowy okres działalności otwiera album Bitches Brew.
Prywatnie
Prywatnie Miles był strasznym bufonem i arogantem. Wiemy to z zeznań świadków. Włoski krytyk Arrigo Polillo pisał:
Był człowiekiem nieprzyjemnym, zdecydowanie antypatycznym. Ktoś, kto miał z nim do czynienia, nigdy nie zapomni jego zamierzonej, prawie sadystycznej nieuprzejmości, arogancji.
Sam Miles o sobie pisze tak:
Zbuntowany i czarny, nonkonformista, zimny i ze szpanem, zły, wyrafinowany i ultraelegancki, nazywajcie to jak chcecie – byłem taki i jeszcze lepszy.
Uzależniony od heroiny. Raz wygrał walkę z nałogiem zamykając się na tydzień w pokoju swojego domu. W autobiografii wspomina, że z bólu chodził wtedy po ścianach. Ale udało się. Żony, kochanki, przyjaciółki, znajome – spora kolekcja. Był jazzmanem żyjącym jak rockandrollowiec. Jego niespełnionym artystycznym marzeniem było zagrać z Jimim Hendrixem, o którym rzekł:
był pierwszym człowiekiem, który wiedział co zrobić z gitarą elektryczną.
Miles Davis żył do końca, do skraju, do śmierci. Zmarł na udar mózgu 28 września 1991 roku w Santa Monica.
Nie był wirtuozem. Był wizjonerem, który wychował zastępy wirtuozów. Nie będę wymieniał listy muzyków, których namaściła współpraca z nim. Jest naprawdę imponująca. Jedno jest pewne – bez Milesa Davisa świat muzyki na pewno nie byłby taki sam.
Miles Davis nie żyje. Michael Jackson też nie żyje. Co ich łączy? Jeden grał drugiego:

Adam Szewczyk
Gitarzysta, kompozytor, aranżer, felietonista. Człowiek o wielkiej ciekawości świata patrzący na rzeczy racjonalnie i przez pryzmat wiary. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Wieloletni jej wykładowca.