12 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 18. Carrantuohill. Prawdziwa wspinaczka

Noc spędzamy w Beaufort u księdza, który pozwala nam rozbić namioty na swoim podwórku. Historia jest trochę jak z filmu – o 21.00 w nocy ksiądz widzi nas wędrujących przez skrzyżowanie i chyba stwierdza, że skoro o tej porze włóczy się grupa ludzi z plecakami, to zdecydowanie trzeba im pomóc. Joachim od razu porównuje go do Anioła Stróża z filmu „To wspaniałe życie”. I coś w tym jest, bo trudno o lepszą miejscówkę na nocleg znalezioną tak późno.

O 7.00 rano wychodzę z namiotu. Pogoda – bajka. Słońce świeci, a obok naszego obozowiska pasą się kucyki. Czy można sobie wymarzyć lepszy początek dnia? No, może gdyby śniadanie samo się zrobiło, ale nie można mieć wszystkiego.

Ruszamy w stronę najbliższego sklepu. Do pokonania mamy 5 kilometrów. Docieramy i… znikamy tam na prawie godzinę. Zakupy, śniadanie, odpoczynek, a przede wszystkim – fryzury. Na wyprawie obowiązuje jeden podstawowy trend: dwa warkoczyki. Nie wiem, kto pierwszy zaczął, ale teraz już praktycznie wszystkie dziewczyny wyglądają tak samo.

Obok sklepu jest trawnik z ławkami, więc rozsiadamy się i robimy sobie mały piknik parafialny. Jest jedzenie, odpoczynek, rozmowy i oczywiście dużo śmiechu. Jak na prawdziwy piknik przystało, nigdzie nam się nie spieszy.

Po tej bardzo potrzebnej „przerwie technicznej” ruszamy dalej. Kolejne 5 kilometrów i docieramy na pole namiotowe. Tutaj mamy nocleg za darmo, a prysznic kosztuje całe 1 euro za minutę. Po trzech tygodniach wyprawy prysznic za euro brzmi jak oferta all inclusive.

Rozbijamy namioty i od razu zaczyna się mała walka o lokalizację. Każdy stara się rozbić jak najdalej od ojca Dominika. Powód jest wszystkim doskonale znany – ojciec Dominik chrapie. Oczywiście on, jak zawsze, stanowczo zaprzecza i próbuje nas przekonać, że problem z jego chrapaniem jest mocno przesadzony. W końcu stwierdza, że kiedy jemu się zamkną oczy, nam dopiero się otworzą. I chyba właśnie dlatego każdy wybiera namiot w bezpiecznej odległości.

West Coast Ireland, dzień 18 [ZDJĘCIA]

Do naszej dzisiejszej ekipy dołącza Irlandczyk, który mieszka w tej miejscowości. Poznajemy go dzięki Marcie i Arturowi – to właśnie oni wczoraj, szukając dla nas noclegu, spotkali go i poprosili o pomoc.

Z miejsca noclegowego od razu wchodzimy na szlak na Carrantuohill. Zaczyna się prawdziwa wspinaczka. Idziemy coraz wyżej, a podejście robi się coraz ciekawsze. Jest trochę wysiłku, ale naprawdę widoki wszystko rekompensują.

W końcu docieramy na szczyt!

Tam robimy kilka zdjęć na górze, a potem zaczynamy śpiewać „Lilie Polne” – piosenkę, której Zuzia uczy nas przez całą wyprawę. Wreszcie nadszedł moment, kiedy możemy udowodnić, że nauka nie poszła w las. Dosłownie.

Schodzimy łagodniejszym szlakiem, robiąc pętelkę. Po całej wspinaczce zejście wydaje się już zdecydowanie przyjemniejsze. I właśnie kiedy jesteśmy już prawie z powrotem, czeka na nas kolejna niespodzianka – wita nas Krzysztof, który właśnie dojechał na wyprawę!

Dzień kończy się Mszą Świętą. Po całym dniu jestem naprawdę zmęczona i marzę tylko o odpoczynku. Wracam do namiotu i próbuję zasnąć.

Próbuję.

Bo wiatr tej nocy najwyraźniej również postanawia dołączyć do wyprawy. Leżę w namiocie, słucham szeleszczącego materiału i zastanawiam się, czy tej nocy w ogóle uda mi się zasnąć.

Renata Mroczek


Partnerzy wyprawy:

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: