West Coast Ireland, dzień 19. Koniec męki i udręki
Wędrówki nastał kres! Oraz o domu pełnym obfitości…
Pobudka na polu namiotowym nie jest najłaskawsza – choć pospaliśmy dziś dłużej, to zbieramy się w ulewie. Noc sama w sobie była pełna wrażeń – do późna byliśmy razem w jadalni, a sam dźwięk wiatru dookoła skutecznie zniechęcał nas do jej opuszczenia. Co jakiś czas tylko ktoś wystawiał głowę, aby sprawdzić, czy namioty na pewno jeszcze stoją.
Nie wszystkim udało się tę noc przespać. Jedni walczyli z dręczącym wiatrem, inni z pojawiającymi się przeciekami i kałużami. Po północy głos Ojca przypomniał, że jeśli ktoś się lęka, może spać w jadalni – ale my to jednak dzielni wojownicy, z mojej wiedzy nikt nie wybrał tej opcji. Muszę też przyznać, że dla części z nas ta noc była przyjemna i ekscytująca – niecodziennie przecież ma się szansę słuchać tak pięknych i przejmujących szelestów liści i gałęzi, kropli wody odbijających się od trawy…
Gdybym miała opisać dzisiejszy wymarsz i dalszą drogę, powiedziałabym, że była to droga leniwa, ociągająca się, przeciągająca i celowo opóźniana. Trochę czekaliśmy, aż przestanie padać, trochę aż wszyscy zjedzą śniadanie. Trochę aż morale wzrosną na tyle, aby iść. A iść można, bo to ostatni dzień tego wędrowania! Z wizją obiecanego domu (po którym nie mieliśmy się za wiele luksusów spodziewać, jak zostaliśmy ostrzeżeni przez Ojca Dominika) to i można nawet moknąć!
Kiedy wyruszamy, leje. Ustalamy wspólnie po tym naszym trzytygodniowym doświadczeniu, że najlepszą ochroną przeciwdeszczową jest jej brak, a więc idziemy w klapkach, a co poniektórzy nawet w kąpielówkach. Zatrzymujemy się często, przedłużamy przerwy. Nawet ponawiamy nasz piknik parafialny! Ciekawe, czy miła ekspedientka była gotowa na nasz powtórny nalot…
Po drodze następuje również bardzo ważny aspekt naszej wędrówki – pojednanie. Nie chcemy już żyć w sporach i waśniach, wyjaśniamy sprawę trudną i beznadziejną, przebaczenie pojawia się w miejscu dla niego niemożliwym. Hrabstwo Kerry jedna się z Mayo, Ojciec Dominik przekazuje znalezioną flagę Joachimowi!
Ten dzień jest również dniem najbardziej obfitym w przekąski – zatrzymujemy się przy sklepach, gdzie kupujemy losowe słodycze, tak aby każdy mógł skosztować każdego. Dlatego właśnie chwilę później popychamy żelki słonymi chipsami.
Nie spodziewając się za wiele (jak zostaliśmy uprzedzeni), idziemy na umówioną godzinę pod obrany adres. Jaka to wygoda nie musieć się martwić, dokąd się udać i gdzie głowę swoją położyć! Cztery ściany i dach, to by nam wystarczyło. Jednak darczyńcom mało tego – doświadczamy obfitości w pełni.
Przyjaciel Ojca Dominika prowadzi naszą karawanę do obiecanego przybytku. A w środku czeka na nas pełnia darów – nie dość, że miejsce do spania, nie dość, że przestrzeń dla każdego, że wygodne wykładziny, że także parę łóżek, że w pełni wyposażona kuchnia, z czajnikiem, mikrofalą i piecem, nie dość, że prysznic z ciepłą wodą dla każdego, nie dość, że pralka i suszarka do naszej dyspozycji, to obdarowano nas również miodami, kawami, herbatami, płatkami, jajkami, pizzą, jak i pełną lodówką wina i mleka…
Wchodząc, wpadamy w zachwyt nad wielkością serc goszczących nas ludzi. Słowa z Listu do Filipian dziś same pchają nam się na usta, stając się naszą wyprawową rzeczywistością: umiemy cierpieć biedę, umiemy i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jesteśmy zaprawieni: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku…
Następuje pewne rozprężenie. Z wdzięcznością wypisaną na twarzach zaczynamy krzątać się po naszym domu, ciesząc się z darów, wstawiając pierwsze pranie, zmywając z siebie piechurowy brud… Jesteśmy niczym jedna wielka rodzina, funkcjonująca w chaosie, a jednak wspólnie. Jak miło patrzeć na ludzi szczęśliwych i nasyconych! Cieszymy się miejscem, jak i byciem w nim razem.
Za parę godzin będziemy ruszać do katedry, aby uroczyście zakończyć nasze wędrowanie. To dla nas ważny dzień! Jednak zanim, trzeba najpierw się tam dostać… Jak to na nas przystało, pozostając w charakterze naszej drogi, większość decyduje się łapać stopa. Niektórzy z łatwością, inni z większą trudnością docierają na miejsce zbiórki.
Tam wspólnie możemy oddać nasze trudy, chwile piękne, widoki gór, jak i błoto w butach, po prostu każde nasze ludzkie doświadczenie tej drogi. Pełni wdzięczności za Jego obecność w nas i między nami oficjalnie kończymy tegoroczną wędrówkę.
Potem czas na oficjalne zdjęcie, pierwsze pożegnania (paru z nas wraca dziś do kraju) oraz powitania osób, które przyleciały specjalnie, aby świętować z nami ostatnią wyprawę Ojca Dominika. Świętowanie więc czas rozpocząć!
Zmierzamy do miasta nacieszyć się jego urokami – jedni przymierzają kaszkiety czy przeglądają biżuterię, inni przemierzają urokliwe uliczki, jeszcze inni decydują się pozostać w katedrze na irlandzkiej Mszy Świętej. Pewne jest jedno – spotkamy się wszyscy w naszym domu. Jak dobrze jest być razem! Siedzimy do późna przy wspólnym stole, gdzie dla każdego znajdzie się miejsce.
Kornelia Rzepczak
Bilans dnia:

