13 września| NINIWA Team

Górskie Bałkany, dzień 9-11. Im trudniej, tym piękniej

Kiełbasa w restauracji Moskwa, truskawki zamiast min i próba oddania się do adopcji uczestnika wyprawy, czyli ciąg dalszy wędrówki piechurów NINIWA Team.

Dzień 9. Posmak burzy

3:00. Szum wiatru, krople deszczu, błysk, grzmot. Zastanawiam się, czy warto wstać i pozbierać rozwieszone na drzewie pranie. Za późno. Jak wyjdę będę mokra i ja, i pranie.

5:15. Nadal pada. To druga pobudka, pierwsza była pół godziny temu. Słyszę tylko, że ojciec odkłada porę pobudki na czas nieokreślony, więc mogę iść spać dalej.

7:25. Przestaje padać i może nas już nie zmoczy. Zbieramy się żwawo znad rzeki, w końcu mieliśmy wyruszyć ponad dwie godziny temu.

7:57. Nawiedza nas tubylec, który żywo gestykulując zaczyna kłótnię z ojcem. Chodzi o zapłatę za nocleg nad rzeką. Ojciec załatwia nam jeszcze pół godziny spokoju na dokończenie pakowania, zjedzenie śniadania i zwinięcie się do wyjścia.

8:30. Wyruszamy na parking przed hotelem, a ojciec z męską delegacją udaje się za tubylcem.

8:55. Nadal czekamy na rozwój sytuacji. Wszystkie zęby umyte. Wyścig po podpłomyki odbyty. Martyna zerwała już chyba wszystkie jabłka z drzewa. Rodzą się młode kościoły, które są niestabilne finansowo i ogólnie.

9:03. Na horyzoncie pojawiają się nasi wygrani. Nie zapłaciliśmy za nocleg nad rzeką, a tylko za wejście do parku narodowego. Czas na ruszenie w lekko zmienioną drogę.

10:15. Na katolickiej wyprawie rodzi się pewien niepokojący wniosek – trzeba więcej kraść. Oczywiście jabłek z drzewa. Po drodze mijamy jabłonie pełne soczystych owoców, które po naszym przejściu zmniejszają masę o kilogram albo dwa.

W czasie postoju ustalamy, że wśród nas grasuje kukułka. Zagubiony palnik ojca odnajduje się w rzeczach Krzyśka, ale altacetu ani widu, ani słychu. Tak samo bluza Chrapka. Może znajdzie się u kogoś przez przypadek? Ojciec obiecał, że jak znajdzie się na parafii jako wikary, to kupi sobie rower i będzie ojcem Mateuszem osiedlowych domków. Piotrka nadal nie ma z nami, ale ruszamy dalej.

Mokry las + słońce = sauna na dworze albo tropiki. Ciepły pot leje się strugami. Monotonna asfaltowa droga strasznie się dłuży. Z oddali dochodzi pomruk burzy. Zaczyna kropić. Zaczynamy różańcowanie. Kropi mocniej. Przyspieszamy tempa. Pada już całkiem srogo. Leje. Dobijamy do wiaty niedaleko jeziora i kończymy modlitwę.

Jest zimno. Damian z Janosikiem rozpalają ognisko w wiacie. Może nic ani nikt się nie zjara. Jemy resztki na obiad i siadamy do Mszy Świętej. Jeszcze przed Mszą zawiązuje się kościół wzajemnego ogrzewania. Ojciec mówi, że to jedyny dobry kościół na tle tych, co już powstały między nami.

Kazanie jest super. Szkoda t