West Coast Ireland, dzień 4. Dzień na stopa
Budzę się o 3:15. Nie dlatego, że budzik dzwoni, nie dlatego, że ktoś chrapie obok. Budzi mnie deszcz, który z potężną siłą stuka w namiot. „Znowu ten deszcz…” – myślę, próbując jeszcze na chwilę zasnąć. Niestety, sen nie przychodzi już tak łatwo. Zaczynam z niepokojem myśleć o nadchodzącym dniu.
Przed nami autostop z Hollywood do Westport. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jeden drobny szczegół – od kilku godzin leje jak z cebra. W głowie pojawia się więc dość logiczna myśl: kto będzie chciał wpuścić do samochodu kilka przemoczonych kurczaków z ogromnymi plecakami?
O 5:45 mamy oficjalną pobudkę. Wychodzę z namiotu i… nie pada! To już jest dobry znak. Patrzę przed siebie i widzę ogromny napis HOLLYWOOD. No cóż, nie codziennie budzę się w Hollywood. Co prawda to irlandzkie Hollywood, a nie to z Kalifornii, ale i tak brzmi wystarczająco filmowo.
Zbieramy się na stacji benzynowej. Przed nami ważna chwila – poranna odprawa i błogosławieństwo na drogę.
Wcześniej dobieramy się w pary, bo oprócz samego dotarcia do Westport mamy jeszcze zawody. Wygrywa para, która jako pierwsza dotrze do mety. Moim kompanem zostaje Rysio. Ustalamy więc plan działania i jesteśmy gotowi ruszać.
Oczywiście nie możemy zapomnieć o paliwie na początek dnia – ciepłej kawusi. Kawa wypita, błogosławieństwo otrzymane, kartony przygotowane. Możemy zaczynać.
Wszystkie pary ruszają ze stacji z kartonami, na których widnieją nazwy naszych destynacji. Wyglądamy trochę jak grupa ludzi, która postanowiła spontanicznie zorganizować największy autostopowy eksperyment w Irlandii.
Na początku jest jednak ciężko. Jest nas po prostu za dużo i kierowcy chyba nie bardzo wiedzą, co zrobić z taką liczbą pielgrzymów z plecakami.
Mija kilkanaście dobrych minut i w końcu zatrzymuje się malutki samochód. Prowadzi go przemiła pani, która decyduje się nas zabrać do Blessington.
I teraz najlepsze: do tego małego auta pakujemy się we czwórkę – ja, Rysio, Zuzia i Damian – z naszymi wielkimi plecakami. Nie mam pojęcia, jak to się udaje, ale jakoś się mieścimy. Irlandzka gościnność po raz pierwszy tego dnia ratuje nam skórę.
Kolejnego stopa łapiemy w stronę Kildare. Tym razem idzie już zdecydowanie łatwiej. Zatrzymuje się pan, który od początku jest bardzo ciekawy naszej wyprawy. Zadaje mnóstwo pytań i z każdym kolejnym chyba coraz bardziej nie dowierza, że naprawdę bierzemy udział w czymś tak szalonym.
Rozmawiamy o naszej podróży, a on opowiada nam również sporo o sobie i okolicy. Dowiadujemy się między innymi, że niedaleko odbywa się Electric Picnic – jeden z największych festiwali muzycznych w Irlandii.
Jedziemy z nim aż 30 minut. Jak na autostopowe realia jest to już całkiem konkretny odcinek.
Wysiadamy, wystawiamy karton i po około 10 minutach zatrzymuje się czerwony samochód.
Patrzę na Rysia. – Czerwony. Będzie szybki.
I rzeczywiście – nie zawodzi nas. Kierowca szybko przewozi nas kolejne 10 kilometrów. Może faktycznie kolor samochodu ma znaczenie?
Zaczynamy chyba mieć naprawdę „Lucky day”.
Kolejny samochód, który zatrzymuje się przy nas, okazuje się prawdziwym autostopowym jackpotem. Kierowca zabiera nas aż na 1,5 godziny jazdy w stronę Limerick.
Siedzę z Rysiem w samochodzie i coraz częściej spoglądamy na siebie z tym samym pytaniem w oczach:
Czy my właśnie jedziemy po zwycięstwo?
Im bliżej celu, tym bardziej czujemy powiew wygranej. Kolejne kilometry znikają, a Westport jest coraz bliżej. Zaczynamy już kalkulować, które pary mogą być przed nami i czy jest szansa, żebyśmy to właśnie my zameldowali się na mecie jako pierwsi.
Po drodze mamy jeszcze przyjemność podróżować z przemiłym nauczycielem geografii, a później trafiamy na panią, która słucha muzyki country. Każdy kierowca to właściwie kolejna mała historia i kolejna niespodziewana rozmowa.
W Galway zatrzymuje się pani, która postanawia zrobić dla nas coś naprawdę wielkiego – zabiera nas prosto do Westport.
Po drodze rozmawiamy o Irlandii, a pani opowiada nam również legendę związaną z drużyną futbolową hrabstwa Mayo. Według legendy drużyna z Mayo została przeklęta po tym, jak po pogrzebie jednego z członków drużyny zawodnicy przejechali obok konduktu pogrzebowego, nie okazując należytego szacunku. Miał wtedy zostać rzucony na nich urok, według którego Mayo nie zdobędzie mistrzostwa All-Ireland, dopóki wszyscy członkowie drużyny, którzy byli świadkami tego wydarzenia, nie umrą.
Klątwa stała się częścią lokalnego folkloru i od lat towarzyszy drużynie. A my słuchamy tej historii, przemierzając kolejne kilometry w kierunku naszego celu.
W końcu jesteśmy w Westport. Do mety docieramy ostatecznie na 3. miejscu.
Na końcu dnia czeka na nas coś, o czym marzymy – miejsce do spania pod dachem.
Po całych dniach w wilgotnych ubraniach wreszcie możemy wszystko porozwieszać i porządnie dosuszyć nasze rzeczy. To jeden z tych momentów, kiedy zwykły grzejnik zaczyna wyglądać jak największy luksus świata.
Kończymy dzień Mszą Świętą. Po całym dniu przypadkowych spotkań, setek machnięć ręką i kolejnych zatrzymujących się samochodów jest wreszcie chwila ciszy i wdzięczności.
A skoro już wiem, że inne pary też miały swoje autostopowe przygody, to o tym, co wydarzyło się u nich, będziecie musieli dowiedzieć się sami… Najlepiej wybierając się z nami na następną wyprawę.
Renata Mroczek








