26 sierpnia| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 1. No to w drogę!

Gdyby wspomnienie bólu nie ulegało z czasem przekształceniu w cud niepamięci, kobiety rodziłyby tylko jedno dziecko, Edmund Hillary i Tenzing Norgay nigdy nie zdobyliby Czomolungmy, a ja pewnie nie pojechałabym na kolejną wyprawę. Na podejściach i w deszczu pluję sobie w brodę!

Przed 6:00 pierwszego dnia wędrówki, z dobroci serca i całkiem samozwańczo, grupie budzących pomaga ojciec Dominik, wydając z siebie pięć donośnych kichnięć. Gdy otrząśnięci już wyruszamy z Dublina do Enniskerry (czemu akurat pięć?), zajmujemy całe górne piętro autobusu i choć nie śmierdzimy jeszcze, wydobywamy z dosiadających Irlandczyków westchnienia natury bogobojnej („Jesus!”). Chcą tylko dojechać do pracy, a tu oknami niemal przesypuje się NINIWA Team. Po 1,5 godziny i dotarciu na miejsce, jeszcze przed rozpoczęciem szlaku, mamy do pokonania 5 km – wraz z Kornelią i Janosikiem udaje nam się wyjątkowo dojechać do punktu zbiórki z pewnym pasterzem.

Niebo wygląda posępnie, ale nie pada. Dzisiejsza trasa jest całkiem różnorodna – przedzieramy się gęsiego przez morze paprotek i ostrokrzewów, idziemy szutrem, torfem, mijamy surowe i porośnięte zielonym mchem lasy, a wkrótce naszym oczom ukazuje się i bezkresne, wypełniające szczelnie nawet czubek najbliższej góry wrzosowisko, oaza takich włóczęgów i niespokojnych duchów jak my, gdzie naprawdę można zapomnieć wszystko. Część z tych bardziej obłąkanych, pchniętych niezrozumiałym impulsem, decyduje się na atak szczytowy (bez tlenu!), podczas gdy reszta spokojnie leży we wrzosie i deliberuje. Pary z ust nie puszczę, w której byłam grupie.

W trakcie wędrówki znienacka wyłania się przed nami parking, a na nim mała budka, w obecnej sytuacji i przy ograniczonym zapasie wody zbawienna. Ojciec porusza jeszcze kilka kwestii organizacyjnych, podczas gdy pan z budki wybałusza oczy.

– Announcements – wyjaśniam.

– Rozumiem – odpowiada.

Miły pan Polak sprzedaje nam colę w promocyjnej cenie.

Po kolejnym odcinku trasy przerwa obiadowa upływa nam bezobjawowo, ponieważ plany krzyżuje deszcz – dziś od razu kolacja!

West Coast Ireland, dzień 1 [ZDJĘCIA]

W Oldbridge, naszej miejscowości docelowej, położonej 8 km od słynnego Glendalough – w którym według legendy św. Kewin wepchnął kobietę w pokrzywy! – przeżywamy Mszę, po czym rozglądamy się za kawałkiem ziemi na nocleg. Już nie tylko cień, ale i ziemia. Początkowo doświadczamy niepowodzenia, mimo że zagadujemy mieszkańców w duchu filozofii Kuby („tak, to Państwa wybraliśmy na nocleg, It’s your lucky day!”).

Wkrótce jednak niezrażone, wraz z Justyną i Kasią odnajdujemy swego rodzaju Leśną Wróżkę (Panią Driadę?), mieszkającą w domku o wielkich oknach, która z niezwykłą życzliwością dzieli się z naszą grupą lasem, krystaliczną wodą ze studni i miejscem na ognisko. Wspomina, że jesteśmy na ziemi tylko na chwilę i nic nie jest prawdziwie nasze. Rozbijamy namioty, tniemy poprzewracane gałęzie, grzejemy się przy ogniu, kąpiemy się w rzece.

I chociaż przed wyruszeniem autostop stanowczo nam odradzano, a w Oldbridge usłyszeliśmy, że nikt nie wpuści nas na podwórko, wiemy na szczęście, że w takich razach należy podziękować i iść dalej, do następnego domu. I że rzeczy nie takie stają się możliwe. Z niejednego pieca się chleb jadło, nie pod taką rynną się stało na deszczu.

À propos, w międzyczasie sytuacja do tej pory bezdeszczowa ulega zmianie. „No, jeśli nawet trochę pada, to niech pada” – pisał Gałczyński. Nie, proszę Pana. Spod mokrej kurtki, z namiotu raczej klaustrofobicznego, z nadzieją, że nie odpłynę wraz z nurtem we śnie, apeluję do niebios – zawrzyjmy pakt o nieagresji!

Julia Kupiak


Bilans dnia:

  • dystans: 25 km
  • 660 m w górę
  • 513 m w dół

Nocleg: Oldbridge

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: