West Coast Ireland, dzień 2. Historia o tym, jak święty Kevin nie wrzucił naszych pań w pokrzywy
Chciałabym napisać, że obudziły nas delikatne krople - resztki wczorajszego deszczu spływające po ścianach naszych namiotów. Prawda jednak jest zupełnie inna.
Otoczyli nas bowiem budzikowi – bezwzględni wędrowcy, będący częścią naszej wyprawy, głodni naszych godzin snu, tak bardzo cennych.
Wybiła 5:30, a my, ledwo otwierając oczy, walczymy ze śpiworami, namiotami i niemałym zmęczeniem. Wygrywając ten jakże nierówny pojedynek, punkt siódma zmuszamy się do żwawego marszu. Ze zmęczenia pozostaje już tylko motywacja do drogi.
Jeszcze wtedy wierzymy, że Irlandia nas oszczędzi. Będąc pozytywnej myśli, patrzymy w niebo i stwierdzamy, że słońce co prawda nie świeci, ale przecież też nie pada. Nasza radość nie trwa jednak długo. Po pięciu minutach marszu zamieniamy się w orszak mnichów w długich płaszczach i trójkątnych kapturach, zmierzających w kierunku Laragh.
Z nieba się leje, a pod naszymi nogami powstają coraz to nowe potoczki. Najpierw schodzimy z ich nurtem, by chwilę później znów wspinać się pod górę.
Choć pogoda jest, jaka jest, nie brakuje nam gapiów. Stada owiec patrzą na nas niewinnym wzrokiem. A takie to cwane bestie, że zgotowały nam pod nogami niemałe pole minowe. Nie wiem, co sobie myślą, ale ocierając z twarzy kolejne krople wody, wyobrażam sobie, że jestem jedną z nich i udaję, że wcale mi to nie przeszkadza. W głowie kręci mi się tylko jedna myśl: „Deszczówka jest dobra na włosy”.
Z powodu pogody nasza przerwa śniadaniowa staje pod znakiem zapytania. Pozostają nam więc szybkie przekąski lub zebrane z pobliskich krzaczków leśne skarby.
Po siedmiu kilometrach porannej trasy słyszę już, jak kiszki marsza grają, gdy na horyzoncie majaczy czerwony napis Café. Nasza nagroda, nasz cel upragniony, nasz ciepły zakątek, a przede wszystkim – nasza suszarnia.
Kawiarnia wygląda niepozornie, dopóki nie zagłębiamy się w jej mięciutki, świeżo upieczony asortyment. A tam: croissanty, ciepłe cynamonki i hit sezonu – bułeczka z masełkiem, dżemem i nie za słodką białą śmietaną.
To tutaj padają słowa: „Jeszcze nic tak dobrego w Irlandii nie jadłem”.
Ukontentowani tym wybornym śniadaniem jesteśmy gotowi na poszukiwanie noclegu. Planujemy zakupy i wybieramy delegatów, którzy jako nasi przedstawiciele zaprezentują nas u progów irlandzkich domów.
Ekspedycja zostaje zakończona sukcesem!
Rozkładamy namioty na pięknym polu, zaraz obok naszych wełnianych, trzystu sąsiadów, którzy ponownie wlepiają w nas swoje urocze ślepia. Za suszarnię służy nam stodoła, a za prysznic – pobliska rzeka.
Zanim jednak nastanie ta upragniona chwila… Pełna mobilizacja!
Pozostawiamy plecaki i pewnym krokiem, punkt 12:30, ruszamy w kierunku Glendalough, by odwiedzić świętego Kevina, który w naszym teamie słynie już chyba tylko z faktu, że żywił wielką niechęć do kobiet. Cóż… nasze panie się nie boją. Pełni ciekawości brniemy przed siebie na dwunastokilometrową trasę „Dwóch Jezior”.
Jeziora kojarzyły mi się dotąd z dwoma określeniami: płaski i woda. Tymczasem widzę góry, a od wody się oddalam.
Nie potrzeba jednak wiele czasu. Z każdym krokiem horyzont rośnie w oczach, a nasze zmaganie nabiera sensu. Spoglądam w dół i widzę podłużną kotlinę mieszczącą aż dwa jeziora – wysokie i niskie. Ich tafla jest zaskakująco spokojna i przesiąknięta przenikliwą czernią.
Irlandzka nazwa miejsca – Gleann Dá Loch – od razu kojarzy mi się z legendą o potworze z Loch Ness. Stwierdzam więc, że może tutaj również mieszka podobny stwór. Kto wie, co kryje się pod tą czarną taflą?
Zamiast jednak domyślać się różnych stworzeń, robimy przerwę i spotykamy zbyt pewne siebie sarenki. Podchodzą coraz bliżej, spoglądając niewinnym wzrokiem i licząc na nasze drobne smakołyki. Nie wiedzą jednak, że na próżno ich starania – sami potrzebujemy już każdej kalorii.
Pierwsze oznaki głodu dają się we znaki, więc ruszamy w dół. Schodzimy, rozmawiając i podziwiając oddalające się szczyty.
Zmotywowani docieramy w końcu do naszej bazy namiotowej. Jedni wybierają szybką kąpiel w rzece, inni odpalają kuchenki gazowe, by ugotować nasz ostatni posiłek.
W tym momencie został nam jeszcze jeden filar do zapełnienia. Punkt 20:00 – Eucharystia.
Na niebie wschodzi księżyc w pełni, a ci, którzy energii mają wciąż za dużo lub są wystarczająco zmarznięci, ruszają w kierunku pubu.
Mnie tam nie było. Tak więc… co tam się działo?
Pozostaje tajemnicą.
Klara Baron








