Wolontariat w Lourdes, czyli misja: poznać sanktuarium od środka
W listopadzie ubiegłego roku zdecydowałem się na dołączenie do Wolontariatu Misyjnego NINIWY. Nie miałem na początku żadnych specjalnych oczekiwań, chciałem po prostu wybadać teren, spróbować czegoś nowego, podzielić się swoim czasem. Dzięki temu pragnieniu udało mi się przeżyć wakacje inne niż wszystkie inne.
Wybór Lourdes jako kierunku wyjazdu był dla mnie od samego początku oczywisty ze względów językowych, kulturowych i mojego małego prywatnego zamiłowania do liturgii. Gdy więc nadeszła upragniona wiadomość o akceptacji mojego zgłoszenia, czym prędzej kupiłem bilety, a ponieważ zawsze chciałem skorzystać z usług TGV, do Lourdes trafiłem objazdem przez Pragę i Paryż. Co było dość odważnym zagraniem, ponieważ nawet z polskimi kolejami nie mam zbyt dobrej relacji, i gdy na dworcu Gare Montparnasse dowiedziałem się, że zepsuła się lokomotywa i czekamy na podstawienie innego składu, poczułem się jak w domu.
Gdy w końcu ruszyliśmy, podróż mijała szybko i wygodnie… do czasu przyjazdu w góry i nagłej ulewy, która zalała tory przed nami, tak że pociąg nie mógł przejechać. Na szczęście miły pan konduktor uspokoił wszystkich pasażerów, tłumacząc, że to tylko „petit catastrophe” (mała katastrofa), i zaproponował nam darmowe krakersy. W tym momencie nie marzyłem o niczym innym, wiedząc, że zamiast przyjechać do sanktuarium wieczór wcześniej, przyjadę na 5 godzin przed rozpoczęciem szkolenia.
W trakcie swojego pobytu w Lourdes każdego dnia byłem wraz z innymi wolontariuszami przydzielany na dwie trzygodzinne „zmiany” w różnych miejscach sanktuarium. Do naszych zadań należało między innymi: udzielanie informacji, pilnowanie ciszy w kaplicy spowiedzi (zwłaszcza w hiszpańskiej części), zbieranie ofiary, asystowanie przy międzynarodowych Mszach czy moderowanie kolejki do groty Massabielle. Najczęściej byliśmy dobierani w pary lub trójki pod kątem językowym, tak aby w jednym miejscu można było porozumieć się z jak największą liczbą ludzi. Była to też okazja do interakcji, wymiany swoich doświadczeń, poznania ludzi z całego świata oraz ich historii, problemów i świadectw wiary.
Czy to rzeczywiście sanktuarium maryjne?
Lourdes jako sanktuarium wydaje się na pierwszy rzut oka miejscem kultu maryjnego, miejscem wspominania objawień w grocie Massabielle, gdzie Maryja ukazywała się Bernadetcie. Ja też na początku tak myślałem, ale jest w tym coś więcej… Mój pobyt na wolontariacie, doświadczenia, które mogłem stąd wynieść, oraz pomoc świadczona ciężko chorym i niepełnosprawnym przez ogrom świeckich ochotników i sanitariuszy z różnych krajów zmieniły mój tok myślenia i dzisiaj jestem przekonany, że gdy Matka Boża wybierała sobie to miejsce, zależało Jej, abyśmy stworzyli przestrzeń, gdzie stale będzie wypełniane przykazanie miłości bliźniego.
W trakcie rozmowy z amerykańskim księdzem z Los Angeles, posługującym na stałe w Lourdes, z którym spotykałem się dość często, opowiadał mi historię ze swojej posługi tutaj na miejscu:
„To był zwykły słoneczny, letni dzień, jak codziennie do groty zmierzała grupa na wózkach inwalidzkich, ale jeden z nich przykuł moją szczególną uwagę. Był to człowiek po amputacji obu rąk i nóg. Co mnie najbardziej zdziwiło, wydawał się najszczęśliwszy z całej grupy. Cały czas się uśmiechał i był niezwykle radosny. Postanowiłem do niego podejść i zapytać, co go tak ucieszyło. Odpowiedział mi, że jest wdzięczny Bogu i ludziom, dzięki którym może tu być i oglądać tak wspaniałe miejsce. Dodał, że przybył tu pielgrzymować w intencji tego, który jedzie za nim, bo jest ślepy i nie może zobaczyć tego, co on, i mu współczuje, ponieważ jemu Bóg dał ręce i nogi w postaci wolontariuszy, a za kolegę nikt nie spojrzy”.
Italiano
Gdy pewnego pięknego dnia stałem przy wejściu do groty w Lourdes i wraz z innymi moderowałem kolejkę do wejścia, podszedł do mnie pewien starszy gość z drogim aparatem i bardzo charakterystycznym białym kapeluszem. Kiedy się do mnie odezwał, okazało się, że jest on Włochem. Przez sekundę poczułem atak mikropaniki, ponieważ włoski nie jest moim językiem i absolutnie nie rozumiałem, co do mnie mówi, poza „Italiano”. Chętny jednak sprostać wyzwaniu rzuconemu przez nieznajomego, uruchomiłem translator Google, włączyłem nagrywanie i powiedziałem mu: „Si, Italiano!”.
Po nie lada przebojach udało nam się ustalić, że ten pan zgubił swoją żonę, a jego telefon miał problem z roamingiem i nie mógł do niej zadzwonić. Zmierzyliśmy się więc jeszcze raz – ja i mój telefon kontra nieznajomy Włoch w tej nierównej językowej batalii – i ustaliliśmy, że zadzwonimy do niej z mojego telefonu. Oczywiście ona nie odebrała.
Co jeszcze?
W Lourdes za każdy spędzony tydzień na wolontariacie można wybrać jeden dzień wolny, który przeznaczymy na własne potrzeby. Ja postanowiłem zarezerwować dzień, w którym przez miasto przejeżdżał Tour de France. Później udałem się wyciągiem kolejkowym na szczyt Pic du Jer, z którego można było zobaczyć przepiękną panoramę Pirenejów i miasta.
A teraz pozostały wspomnienia i odliczanie do pierwszego zjazdu wolontariatu – edycja 2027.
Wiktor Libera
Jesteś zainteresowany/-a wyjazdem na wolontariat misyjny? Sprawdź warunki TUTAJ i przyjedź na pierwszy zjazd formacyjno-przygotowawczy do Kokotka od 20 do 22 listopada!









