23 kwietnia| NINIWA Team

Wyprawy przygotowawcze za nimi. Jak poszło rowerzystom i piechurom NINIWA Team?

W weekend zakończyły się wyprawy przygotowawcze przed tegorocznymi wyprawami NINIWA Team – rowerową do Azerbejdżanu i pieszą po górach Maroka.

Na zimnym Baku

Rowerzyści NINIWA Team spotkali się w Kokotku już w czwartek wieczorem, żeby poznać styl jazdy i omówić kwestie związane z bezpieczeństwem. Na pierwszą wyprawę przygotowawczą przed tegoroczną wyprawą do Azerbejdżanu mieli wyruszyć nazajutrz zaraz po Mszy Świętej o 5 rano… ale tak szybko nie wyruszyli, bo – ku zaskoczeniu wszystkich – w kaplicy nie pojawił się o czasie ojciec Tomasz, który zamiast na rower, trafił na kilkudniowy okres przymusowej rekonwalescencji, bowiem jego stan zdrowia absolutnie wykluczał go z udziału w wyprawie.

Ostatecznie prowadzenie wyprawy spadło w ręce tych bardziej doświadczonych wyprawowiczów, a poza tym mankamentem jazda była generalnie przyjemna i bez incydentów. Jak to techniczni mówili: „nie ma awarii, rowery się nie sypią”.

W drugiej połowie dnia zaczął nam mocno dokuczać wiatr w twarz, ale nie przeszkodziło nam to w wykręceniu 150 kilometrów, które ostatecznie zakończyliśmy w Borku Strzelińskim. Tu brak o. Tomka pośród nas był mocno widoczny, bo poszukiwanie noclegu i próby przekonania gospodarzy do wpuszczenia nas na swoją posesję zajęły nam dużo więcej czasu niż zwykle.

W końcu udało nam się rozbić na ogrodzie farskim przy lokalnym kościele. Tam też dołączył do nas o. Patryk wraz z Jędrkiem (któremu już na pierwszych kilometrach rozsypała się piasta) i mogliśmy przy ognisku razem dokończyć dzień.

I rowerowa wyprawa przygotowawcza NINIWA Team 2024 [ZDJĘCIA]

Sobotni poranek również zaczęliśmy od Eucharystii odprawionej w kościele przez o. Patryka. Warunki na początku jazdy nam bardziej sprzyjały, bo o poranku temperatura szybciej zrobiła się komfortowa (co niekoniecznie oznaczało ciepło, a jedynie bardziej akceptowalną reakcję organizmu na chłód w tych ubraniach, które mieliśmy), a przez zmianę kierunku jazdy zaczęło nam wiać w plecy. Krajobraz był już nieco bardziej pagórkowaty, przez co musieliśmy się zmierzyć z paroma podjazdami i zjazdami, ale za to mogliśmy podziwiać piękne widoki, jak np. widoczną w oddali górę Ślęża.

Podczas obiadowego postoju w Nysie zaczęło niestety padać, co sprawiło, że trochę odwlekaliśmy wyruszenie w dalszą drogę. Gdy w końcu przytrafiło się okno pogodowe, wskoczyliśmy na nasze dwukołowe rumaki i obraliśmy za cel granicę polsko-czeską. Deszcz niestety powrócił, w dodatku trwał długo i dostawał