Spoko Maroko, dni 14–16. W tę i z powrotem
Ostatnie dni wędrowania – dalej w planach już tylko przejazdy i zwiedzanie!
Dzień 14. Skwar, asfalt i przewyższenia, czyli to, co piechurzy lubią najbardziej
Trzeci piątek wyprawy jest dla nas wymagający. Mocno ćwiczymy postawę zaufania oraz pokory względem Pana Boga i drugiego człowieka.
Niemożliwe, a jednak! Dziś wstajemy dopiero o 6:00. Choć nie jest tak, jak zakładałam, bo budzę się przed czasem, ale… wstaję już po nim. Potrzeba snu wydaje się ciągle spora.
Dobieramy wodę z różnych kraników (jedna smakuje podobnie jak nasza Muszynianka), pijemy jogurty, które tak przypadły nam do gustu i powoli zbieramy się do drogi. Po krótkim odcinku zatrzymujemy się w sklepie i piekarni, żeby uzupełnić zapasy. Dostępny chleb jest prosto z pieca. Co za pychota!
Po tym zastrzyku energii ruszamy jedną z gorszych tras. Słońce i asfalt. Podejmujemy próbę przejścia ścieżką powyżej drogi. Kończy się ona tym, że musimy się wrócić, bo przegapiamy wejście. A po kilku minutach wracamy na stare tory, ponieważ opcja ta to tylko bardzo krótkie obejście.
Przypieka nas z każdej strony. Krajobraz staje się trochę bardziej surowy, ale uczucie to przełamują napotkani mieszkańcy, którzy się do nas uśmiechają. W trakcie marszu Andzia mówi, że śniło jej się, że od tych wszystkich słodyczy i słodkich napojów powypadały jej zęby. W jej przypadku to jeszcze nie taka tragedia, bo za kilka miesięcy zostanie protetykiem. Fakt, cola oraz tutejsze jabłkowe i hawajskie picia są marzeniem średnio kilka razy na dzień.
Miłym akcentem tego dnia jest przerwa śniadaniowa w gaiku oliwnym. Oprócz wspomnianych słodkości jemy też tosty z chleba, który nie kusi już tak bardzo jak ten poranny. I tą piękną chwilą żegnamy się z cieniem na dłuższy czas.
Wytyrani docieramy do miejsca noclegu załatwionego przez czwórkę wspaniałych i trochę chorych, którzy przemieszczali się autostopem. Niestety nie zmieścimy się w tym jednym pomieszczeniu. Na ponowne poszukiwania wyrusza o. Dominik wraz z Maćkiem. Reszta w tym czasie przechodzi w tryb oszczędzania energii.
Okazuje się, że lokalne władze przydzielają nam konkretny dom. Jest w trakcie budowy, ale są już płytki w salonie, toaleta, kuchnia i oczywiście duży, wygodny dach. Hakim, gospodarz, wita nas bardzo, bardzo życzliwie.
W czasie Eucharystii ojciec propoponuje, by pomyśleć o tym, jak przeżywamy takie sytuacje, z którymi dziś się mierzymy – ciężka trasa, mało satysfakcjonujące noclegi. Co te momenty o nas mówią, na ile szukamy w nich pomocy Pana Boga, a na ile zatrzymujemy się tylko na sobie.
Później dzielimy się na różne grupy zadaniowe: szukających misek do prania i piorących, szukających prysznica i kąpiących się, jedzących i robiących zakupy. Część z nas łączy te aktywności. Idziemy do knajpy, w której zamawiamy jedzenie i myjemy się w oczekiwaniu na nie. Pachnący i zadowoleni siadamy do uczty. I tu można zakończyć tę historię, ponieważ właściciel robi nas w bambuko i wychodzimy nieco… zniesmaczeni.
W domu dalej trwa akcja ogarniania się. Nie ma to jak wspólne pranie i kolacja na dachu w świetle gwiazd.
Justyna Zygmunt
- start: Zawyat Sid Ahmed Al Wafi
- dystans: 22 km
- przewyższenia: 850 m
- nocleg: Zerkten
Dzień 15. Noc albo oczekiwanie na śniadanie
Niebo gwiaździste nad nami, a entuzj

