West Coast Ireland, dzień 8. Poezja wyprawy
Piechurzy podejmują wyzwanie rzucone przez rowerzystów: oto relacja z ósmego dnia wyprawy pisana wierszem.
Budzimy się rano – świeżutcy jak pąki
(ironii w tym nie ma ni cienia),
a nasze namioty oblazły pająki
i dzień cały czeka chodzenia.
To jeszcze jest tropik czy las tropikalny
i jak funkcjonować w ogóle,
gdy wokół paprotki ogromne jak palmy,
tu krzyżak, a tu tarantule?
Zbieramy się szybko, ruszamy wnet w drogę,
dziś wielu przewyższeń nie będzie,
a pomimo tego zrozumieć nie mogę
(wiem mało – mieć trzeba na względzie)
skąd taki karpacki majestat tych wzniesień
i owiec wśród nich w owczym pędzie?
Dziś niebo nad nami zawisło skłębione,
raz siecze ulewa, raz mżawka
zdarzają się jednak i te bezdeszczowe
momenty – tu mała poprawka.
Choć trasę już przejść się udało (w większości!)
to nagle czujemy – są nerwy,
bo znów udręczone nam trzeba wlec kości
bez przerwy, bez werwy rezerwy:
chcąc zdążyć na busa musimy już pędzić,
więc przemy przed siebie wytrwale,
nie ważne, że boli, nie ważne, że swędzi,
tych w bucie czy tego w sandale.
Zmęczona wyścigiem – ach, czasie surowy,
któż ciebie ubłagać jest w stanie? –
do Galway wnet zmierzam (i problem mam z głowy)
z dziewczyną i pieskiem w jej vanie.
W miasteczku się tłumek przelewa ulicą,
a gawiedź popija Guinnessa,
wieżyczki katedry ku niebu się szczycą
więc bać nie musimy się biesa.
I tak w barwnych pubów niewielkich witrynach,
wciąż toczy się irlandzkie życie,
wśród grajków ulicznych zapomnisz o spleenach,
a zjeść można też przyzwoicie.
Jesteśmy zmęczeni, lecz biegu nie koniec
(po śmierci wyśpimy się może),
następnym etapem: szukanie jak goniec
noclegu – dopomóż nam, Boże!
Dzielimy się w grupy, pytamy w kościołach,
i w szkołach, klasztorach, na stacji,
lecz ciągła odmowa przy takich mozołach
na skraj już nas pcha rezygnacji.
O szóstej na Mszę się zbieramy w katedrze,
a proboszcz płomienną ma mowę,
lecz myśl tylko jedna powraca, jak w febrze:
czy złożyć nam przyjdzie gdzieś głowę?
Minęła już siódma, noc na nas nie czeka,
dzień chyli się ku zachodowi
czy nikt na parkingu nie ujrzy człowieka
w tej grupie, nie spyta, czy zdrowi?
Siedzimy na ziemi, plecaki pod murem,
a z nieba wciąż kapie i kapie,
i każdy spytany by rzekł zgodnym chórem,
że wołałby być na kanapie.
A może znajomy mojego kolegi?
Zna kogoś, kto mógłby nam pomóc.
Klaryski? Jehowi? Czynimy wybiegi,
dzwonimy, szukając nam domu.
Jest nawet wesoło i wyznać chcę szczerze,
że ciut ta pozycja nas śmieszy,
a tu nagle Marta – aż oczom nie wierzę! –
z kimś pisze i z czegoś się cieszy.
Wyjaśnia za chwilę, że jadąc na stopie
poznała życzliwych rodaków,
co w Galway mieszkają i tutaj, w Europie,
prowadzą swój Dom dla Polaków.
Już są za minutę, by wziąć nam plecaki!
My: miasto, ostatnie zakupy.
To szczęście ogromne, dzień nie byle jaki:
na salce nie zmokną nam ****!
Julia Kupiak
Bilans dnia:
- dystans: 25,5 km
- 170 m w górę
- 175 m w dół
Trasa: Lemnaheltia–Sraith Salach, autostop do Galway
* Ojciec Dominik wyznaczył nam strefę
dla niechrapiących, w niej siebie
wnet usadowił i minę zrobił:
niby o niczym nic nie wie.

