8 kwietnia| Artykuły

Co jest ważne?

Kiedyś napisałem takie zdanie: prawdopodobnie to co nas najbardziej absorbuje, jest najmniej tego warte. Prawdopodobnie miałem rację. Dzisiaj Biskup Janocha […]

Kiedyś napisałem takie zdanie: prawdopodobnie to co nas najbardziej absorbuje, jest najmniej tego warte. Prawdopodobnie miałem rację. Dzisiaj Biskup Janocha mówi: dziś wiele rzeczy, które wydawały się ważne przestaje mieć znaczenie.

Uczucia jakie dzisiaj się we mnie kotłują są ambiwalentne. Czyli miszmasz. Z jednej strony niepokoję się bardzo. Z drugiej strony jest jakaś radość. I nadzieja. Może to kogoś gorszy, bo jak tu się cieszyć kiedy świat pogrążony jest w dramacie i chaosie. No, ale tak mam. I wiem, że nie jestem w tym odosobniony. To jest nadzieja, że to uderzenie wytrąci nas z tego cywilizacyjnego letargu, w którym tkwimy jak muchy w smole. Już dzisiaj wiadomo, że da się żyć bez tych wszystkich rzeczy, które jeszcze wczoraj były treścią naszej codzienności. Da się żyć bez masowych pielgrzymek do centrów handlowych. Można odpuścić towarzyskie spotkania w różnych lokalach użyteczności publicznej. Nie umiera się od niepojechania na ekskluzywne wakacje do Włoch. Imprezy rozrywkowe też nie są konieczne do życia. Można żyć bez przebywania godzinami w pracy, gdzie stajemy się niewolnikami zysku. I jak pies uganiamy się za króliczkiem, który i tak zawsze będzie o kilka metrów przed nami. I wreszcie – można żyć w poczuciu kruchości. Bez tego zuchwałego przekonania, że to co mamy nam się należy i że zawsze będzie dostępne. Ktoś powie: hola, hola, Panie Szefcu z kościelnej ławy. Dzisiaj okazuje się, że i bez Boga da się żyć. Da się żyć bez pielgrzymek do Częstochowy, bez chodzenia na Msze do kościoła i spotkań w tych waszych wspólnotach. Ok, wy macie Msze przed telewizorem i różańce w internecie. Ale sfera profanum też ma swoje substytuty: są internetowe markety, a na Skypie można się spotkać z ekipą znajomych.

I co tu powiedzieć?

Tu nie chodzi o walkę z ciałem jako takim. Jako darem Ojca. Jako rzeczywistością, w którą wcielił się Syn. Jako świątynią Ducha. Kościół nigdy nie był wrogiem potrzeb ciała. Choć tak bywa postrzegany. Choć niektórzy pasterze chcąc – nie chcąc dają realne powody do takiego postrzegania. Chodzi o walkę z ciałem, które walczy z duchem. Duch na tym świecie jest w gorszej sytuacji. Łatwiej go zagłuszyć i z nim wygrać. Nie ma wątpliwości, że proporcje pomiędzy potrzebami ducha, a ciała są dziś zaburzone ekstremalnie. I gdyby próbować na upartego wskazywać, kto/co najbardziej zyskuje w obecnej sytuacji, to chyba trzeba by wskazać na ducha. Choć z duchowego punktu widzenia mamy do czynienia z sytuacją niebywałą: większość katolików (w Polsce przynajmniej) jest odcięta od najważniejszego duchowego pokarmu – Ciała i Krwi Pańskiej. Z innymi sakramentami jest podobnie. Krążył kilka dni temu po sieci fake na temat możliwości spowiedzi online. Kościół ucina wszelkie spekulacje – nie ma opcji sakramentów w przestrzeni wirtualnej. Makaron albo mleko można sobie załatwić przez internet. Rozgrzeszenia albo Komunii już nie. Więc to jest podstawowa różnica pomiędzy tym jak obecna rzeczywistość wpływa na sferę sacrum, a jak na profanum.

A jednak duch

Lecz mimo tego duchowego głodu, którego przez internet nie da się zaspokoić, to właśnie życie duchowe przeżywa jakby mały renesans. To co do tej pory było mało ważne, albo w ogóle nie ważne, teraz ma swoją szansę. Mniej rywalizacji, a więcej solidarności. Mniej bezwzględności, a więcej współczucia. Mniej asekuranctwa, a więcej odwagi. Mniej wyrachowania, a więcej poświęcenia. Czy kiedy ten koszmar się skończy, coś z tych dobrych owoców zostanie? Jestem realistą. Myślę, że niewiele. Człowiek ma taką naturę, że ciągnie go w dół. Pamiętacie jak umierał Jan Paweł II? Takiego poruszenia serc i sumień nie pamiętam. To było jak wielkie rekolekcje, gdzie Duch Święty nie pominął nikogo. No, może prawie nikogo. I w sumie co z tego zostało? No niewiele. Tak będzie pewnie i tym razem. Ale nawet to niewiele to zawsze coś.

Nie ma tego złego

To, że pandemia się skończy jest raczej oczywiste. Nie wiadomo kiedy i jak. I nie wiadomo, co będzie potem. Choć wiadomo, że inaczej. Kryzys, kolejna pandemia, wojna – to najczęściej typowane odpowiedzi. Brzmi groźnie. Ale koronawirus w jakimś sensie uodparnia nas i przygotowuje na kolejne wyzwania. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Hierarchia ważności trochę nam się zmieniła. Ciut inaczej patrzymy na życie. Już wiemy, że niczego nie możemy być pewni. I że jak jest nam za dobrze, stajemy się nieznośni. Pesymista może to widzieć jako karę z grzechy. Optymista jako Bożą pomoc by żyć tak jak On tego chce. Brać krzyż na swoje ramiona, nie brać na drogę trzosa ani sandałów, jedni drugich brzemiona nosić i szukać skarbu tam, gdzie jest nasze serce. I wypłynąć na głębię. Teraz mamy wyjątkową okazję, by ten program zastosować w praktyce.