11 lutego| Artykuły

Wybrawszy raz, wciąż wybierać muszę

Czasy przyspieszyły jak bolid po starcie. I chociaż chrześcijaństwo to wciąż największy religijny potentat globu i chociaż ponad 30% populacji na imię Jezus generalnie mówi TAK, to nikt i nic nie jest dzisiaj bardziej deptane niż Ewangelia.

Co kilka minut gdzieś na świecie ginie za wiarę jeden uczeń Chrystusa. Jego nauka jest wypłukiwana z prawa, kultury i obyczajów naszej cywilizacji jak piasek z sita poszukiwaczy złota. Josh MacDowell alarmuje – nadchodzące pokolenia Biblię oddadzą do antykwariatów albo na makulaturę. Jakaś polska zakonnica powiedziała, że odbiera dziennie po dziesięć telefonów od amatorów apostazji w swojej parafii. Obraz udręczonej Oblubienicy dramatycznie dopełniają wypływające co chwile masakrujące ją od środka skandale. Jest tak źle, że lepiej być nie może.

Ktoś to przewidział

Nikt nie mówił, że będzie łatwo. To prawda, że jak Bóg coś obiecuje to i słowa dotrzymuje. Ale obiecywał nie tylko Niebo i rajskie luksusy. Obiecywał też krzyże, prześladowania, zamęty, katastrofy naturalne, wojny i choroby. Obiecywał fałszywych proroków, złych pasterzy i Antychrysta. Obiecywał próby, które będą palić jak najgorętszy ogień. Próby, które boleśnie przesieją Jego Kościół by oddzielić ziarna od plew. I obiecał w końcu, że ten kto wytrwa do końca będzie zbawiony. Logiczna i życiowa to obietnica.

Maratończykowi nikt nie zaliczy biegu, jeśli ten nie dotrze na metę. Kto przebiegł choćby jeden maraton wie czym to się je. Można zwątpić, zrezygnować, próbować oszukać wybierając drogę na skróty albo odpuścić i wstąpić do knajpy. Można i paść ze zmęczenia. Droga do zbawienia to maraton, gdzie wszyscy padamy. Bez wyjątku. Ktoś nas musi wtedy wziąć na plecy i zanieść na metę. Życie to jedyny maraton gdzie jest to dopuszczalne. Ba – konieczne by go ukończyć. Wytrwać do końca znaczy wskoczyć na Jezusa i choćby nie wiem co się działo, nie dać się zrzucić.

Im lepiej tym gorzej

To prawda – Kościół cierpi i kompromituje się coraz bardziej. Kiedyś deklaracja przynależności do Niego była trendy. Przynajmniej w naszej szerokości geograficznej. Dzisiaj to coraz bardziej obciach i przyznanie się do kulturowego skansenu. Są miejsca, gdzie takie przyznanie się oznacza spadek w hierarchii, nikłe szanse na awans czy po prostu utratę pracy. Są miejsca, gdzie takie przyznanie się oznacza więzienie i tortury. W końcu śmierć.

Z wielkim szacunkiem i kompleksami patrzę na chrześcijan żyjących w Korei Północnej czy Somalii. Oni tam wszyscy są święci. Tam już samo noszenie krzyżyka czy udział we Mszy ma znamiona heroizmu. U mnie działa taki mechanizm – im bardziej się z czymś walczy i im bardziej próbuje mi się coś ośmieszyć, tym bardziej do tego mnie ciągnie. Krótko mówiąc, jeszcze nigdy nie kręciło mnie chrześcijaństwo tak jak dzisiaj. Za czasów JPII to były grupowe wjazdy kolejką linową na Kasprowy Wierch. Dzisiaj to indywidualne ataki na K2 zimą.

Wybrawszy raz, wciąż wybierać muszę

Chrzest to wybór, którego dokonali w naszym imieniu rodzice. Przynajmniej u Katolików tak to działa. Ktoś może protestować, że nie dajemy dzieciom wyboru, że narzucamy, indoktrynujemy itd. No to zaprotestujmy też przeciwko temu, że rodzice decydują o miejscu urodzin, imieniu, przedszkolu, pampersach, ciuszkach, rodzaju kaszek, towarzystwie, zabawkach, umeblowaniu pokoju itd. Od czegoś ci rodzice są. Mają dziecku zapewnić to, co najlepsze. Skoro uważają, że Jezus jest czymś najlepszym dla niego, to niech chrzczą! Jak dorośnie zawsze może zmienić zdanie i wybrać to na co ma ochotę.

Do Kościoła naprawdę nie trzeba chodzić. Można się nawet z niego wypisać i potem z nim wojować. Imię też można zmienić. Podobno nawet płeć! Więc luz. Pierwsza komunia święta to też jeszcze dokonany w imieniu dziecka wybór rodziców wynikający z ich religijnego wychowywania. W przypadku bierzmowania ten rodzicielski wpływ drastycznie maleje. Znam masę przypadków, kiedy młodzi przed (ewentualnie po) dokonują wyboru i mówią kościołowi PA! Święty Augustyn powiedział kiedyś: Wybrawszy raz, wciąż wybierać muszę. Miał chłop rację.

Wierność

Bo to nie jest tak, że raz podjęta decyzja jedzie z impetem przez całe życie. To nie jest tak. Bycie wiernym (komukolwiek lub czemukolwiek) oznacza codzienne wybieranie trwania w tej wierności. Czasami to wybieranie sporo kosztuje. A nawet nas przerasta. Ludzka słabość pisze przedziwne, pokrzywione historie, a Bóg i tak potrafi pisać po nich swoimi prostymi liniami. Życie żadnego człowieka nie jest linią prostą. Jest ciągiem podnoszenia się z upadków. Wyciągania wniosków z popełnionych błędów. Nieustannym wybieraniem właściwej drogi. Źle wybrana nie przekreśla człowieka i jego wierności. Może być Bożym dopustem zaistniałym po to, by człowiek coś zrozumiał. By w końcu dobrze wybrał. Zły wybór to też wybór. Zarówno popełniony nieświadomie jak i ze słabości może nas czegoś nauczyć. Pod warunkiem, że w to wszystko wpuścimy Boga.

Dużo wyborów

Myślę, że na większość z moich pytań nie mam gotowej odpowiedzi. Gotowego wyboru. Nie wiem czy się szczepić czy nie szczepić. Który odłam ma rację. Na kogo głosować. Komu wierzyć, komu nie wierzyć. Ta dezorientacja jest znamienna. Jest tak mocna, że wygląda na zaplanowaną. Jakby komuś bardzo zależało byśmy nie wiedzieli co wybrać. By ostatecznie wybrać źle. W takim razie jak wybierać, skoro nie wiadomo jak? Po pierwsze… wybierajmy. Po prostu. Nawet jeśli ryzykujemy, że wybierzemy źle. Usłyszałem kiedyś od spowiednika – Działaj. Najgorsze co możesz teraz zrobić to nic nie robić. I wybrałem. To była moja najlepsza decyzja w życiu. Wybór zawsze wiąże się z jego owocami. Dobry wybór daje dobre owoce i potwierdza jego słuszność. Zły daje owoce złe i pomaga w przyszłości wybierać inaczej.

Ważne wybory

Są wybory ważne i ważniejsze. Do tych drugich należy z pewnością wybór życiowej drogi/powołania. Są wybory, których dokonanie domaga się szczególnie mocnego rozeznania. Bo jeśli tutaj wybierzemy źle, to konsekwencje mogą być zbyt bolesne. Powiadają, że serce jest naszym najlepszym doradcą. Niektórzy, że sumienie. Prawdopodobnie chodzi o to samo. Brzmi dobrze, ale jak usłyszeć ten głos? Jak mieć pewność, że to co słyszymy to głos naszego sumienia, a nie kogoś kto się za nie podszywa? Jesteśmy tak przyzwyczajeni do hałasu świata, że przestał nam przeszkadzać. Przestaliśmy go zauważać. Słyszymy wszystko, tylko nie bicie własnego serca. Bo jest zagłuszone jak śpiew słowika na koncercie Rammstein. Łomot cywilizacji to coś, co z pewnością nie pomaga podejmować dobrych wyborów. Ciszy nam trzeba. W każdym tego słowa znaczeniu.

Bóg też musi wybierać

Wybór Boga jest jeden – kocham człowieka. Dokonał go przed założeniem świata. I codziennie potwierdza go swoją miłującą obecnością. Usłyszałem kiedyś, że Jezus z miłości do człowieka byłby gotowy umierać za każdego z nas indywidualnie. Codziennie. Aż do skończenia świata. To doskonałe wypełnienie augustynowskiej maksymy – Wybrawszy raz, wciąż wybierać muszę. Wierność Bogu i Jego Kościołowi to dzisiaj wyzwanie dla twardzieli. Jeśli jesteś gotowy codziennie wybierać Jezusa, to znaczy, że nie oczekujesz łatwego i przyjemnego życia. Nawet jeśli o takim marzysz i takie ci się momentami przytrafia. Bo jak to powiedział dyrektor Cyrku Motyli: IM TRUDNIEJSZA WALKA, TYM PIĘKNIEJSZE ZWYCIĘSTWO.