3 maja| Artykuły

Strach się nie bać

Czy Bóg straszy? Wpędzanie w poczucie lęku i zagrożenia od zawsze było najskuteczniejszym sposobem by ludźmi rządzić. Przynajmniej w początkowej fazie działa to znakomicie.

Ale dzieje ludzkości od zarania pokazują i to, że zmuszanie ludzi do czegokolwiek posługując się zastraszaniem i siłą ma krótkie nogi. Każda dyktatura i tyrania wcześniej czy później upada. Bo człowiek kocha wolność i jest do niej stworzony. Tego nie da się oszukać. Ani obejść.

Wracam do pytania startowego: czy Bóg straszy? Wygląda na to, że… tak.

Pragroźba

Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania, ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz. Rdz 2, 16-17

Są strachy? No są. I jak się okazało wcale nie na lachy. Nie trzeba się za bardzo wysilać, by na kartach Starego Testamentu znaleźć przykłady zastraszania, grożenia i krwawego karania. Czasem czytając starotestamentalne teksty jestem przerażony. Bo czuję, że bliżej im do bezdusznej sprawiedliwości Koranu niż do wylewającego się z kart Ewangelii miłosierdzia totalnego.

Duch epoki

Że co? Że ludzie w czasach Mojżesza to był zupełnie inny mental? Że wtedy człowiek jeszcze nie dorósł do takiej koncepcji miłosierdzia jaką sprzedał nam Chrystus? Że Stary Testament jakby bardziej akcentuje sprawiedliwość (co nie znaczy, że miłosierdzie nie, bo tak), a Nowy miłosierdzie (co nie znaczy, że sprawiedliwość nie, bo tak)???

Ostatecznie Bóg nigdy nie przestał być ani sprawiedliwy, ani miłosierny. A w swoim Synu pokazał jak w sposób zintegrowany doskonale można być jednocześnie i jednym i drugim. Może tak być. Nie znajdujemy w Starym Testamencie ducha miłosierdzia o takim natężeniu jakie mamy w Ewangelii, bo to jeszcze nie był ten czas. Śledząc historię wybranego narodu widać czarno na białym, że Bóg małymi kroczkami przygotowuje człowieka do kolejnych wyzwań. Odsłania kolejne tajemnice swojego planu. I nie mówmy, że Nowy Testament jest mniej krwawy i brutalny niż Stary. Poziom masakry jest co najmniej porównywalny. Tylko, że w Nowym jej większość spadła na jedną Osobę.

Będzie groźnie

Bóg Starego Testamentu mówi:

Dlatego dam ich żony innym, ich pola zdobywcom. Albowiem od najmniejszego do największego wszyscy są chciwi zysku. Od proroka do kapłana – wszyscy hołdują kłamstwu. Podleczają rany córki mojego narodu pobieżnie, mówiąc: Pokój, pokój, a tymczasem nie ma pokoju. Wstydzić się powinni, że popełniali obrzydliwość; odrzucili jednak wszelki wstyd i nie potrafią się rumienić. Dlatego upadną wśród tych, którzy padać będą, runą w czasie, gdy ich nawiedzę – mówi Pan. Chciałem zebrać u nich żniwo – wyrocznia Pana; nie ma winogron w winnicy ani fig na drzewie figowym i liście zwiędły. Jer 8, 10 -13

To przestrogi spisane tysiące lat temu. Ale brzmią niepokojąco aktualnie. Zawsze ten sam schemat: Bóg daje prawo, człowiek prawo zlewa i jest ból. Gdyby Bóg nie mówił o konsekwencjach odrzucenia swojego prawa, byłby nieuczciwy. Skoro wymyślił i stworzył grę pod tytułem ŻYCIE, to On też powinien nauczyć jej zasad. No i uczy. Można to nazwać straszeniem. Albo po prostu uczciwym i jasnym postawieniem sprawy. Więc sprawa jest postawiona jasno – zdepczesz moje prawo – zaboli. Znacie jakiś przypadek kiedy za łamanie prawa była nagroda?

Święty gniew

Ostatnio zapytałem dzieciaki na Eucharystii: jak myślicie, czy jest coś takiego jak ŚWIĘTY GNIEW? (byliśmy tuż po wysłuchaniu Ewangelii o wypędzeniu kupców ze świątyni). Kiedy gniewanie się jest święte? Dobre? Uzasadnione? Przecież gniew jest jednym z siedmiu grzechów głównych. Czy grzech może być święty? Paradoks. Ale nie dziwmy się. Ewangelia jest księgą paradoksów. Oto Wszechmocny staje się bezsilny, Najświętszy staje się grzechem, a celnicy i nierządnice wyprzedzają uczonych w Piśmie w drodze do raju. Jest coś takiego jak ŚWIĘTY GNIEW. Kiedy gniewamy się z miłości. Kiedy wkurza nas i boli to, że ktoś kogo kochamy robi sobie krzywdę. Taki gniew jest święty, by wypływa z pragnienia dobra drugiego człowieka.

Oczy moje wylewają łzy dzień i noc bez przerwy, bo wielki upadek dotknie Dziewicę, Córę mego ludu. Jer 14, 17

Tu jest klucz. Bóg się wkurza, bo widzi co robią jego ukochane dzieci i wie, jak to się skończy. Z takiego gniewu rodzą się groźby. Groźby i przestrogi, które mają być ostrzeżeniem. Ratunkiem. Opamiętaniem. Bóg się gniewa z miłości.

Groźby Jezusa

Nie da się ukryć – Syn Boży też straszył. I to konkretnie. Straszył piekłem, w którym będzie płacz i zgrzytanie zębów. Straszył okropnymi wojnami, głodem i trzęsieniami ziemi. Straszył torturami, mordami i uwikłaniem w sidła grzechu.  Straszył fałszywymi prorokami, oziębłością serc i ohydą spustoszenia. Straszył kobiety brzemienne i karmiące przepowiadając czasy, w których będzie gorzej niż kiedykolwiek w dziejach świata. Straszył samozwańczymi mesjaszami i wizjonerami, którzy będą zwodzić ludzi i doprowadzać ich do zguby. Straszył zaćmieniem słońca, pozbawionym blasku księżycem i spadającymi gwiazdami. By ostatecznie uspokoić mówiąc: A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie. Łk 21, 28. Mateusz pociesza jaszcze bardziej: Ale ci, którzy wytrwają do końca i nie zaprą się Mnie, zostaną uratowani!  Mt 24, 13. Jezus straszył. Ale robił to z miłości.

Siewcy paniki

Czasy w których żyjemy są szczególne. Co prawda ktoś obliczył, że od dnia zakończenia II Wojny Światowej nie było na świecie ani jednego dnia wolnego od jakiegoś konfliktu zbrojnego, ale w wymiarze globalnym mieliśmy kilkadziesiąt lat względnego spokoju. Ten czas najwyraźniej się skończył. Wszystko wskazuje na to, że weszliśmy w nowy okres. Okres jakiejś nowej wojny czy kryzysu. Sytuacja jest rozwojowa i szczerze mówiąc, nie wygląda to za dobrze. To idealne środowisko dla rozkwitu pandemii strachu. Clickbaity siejące niepokój stały się plagą nie tylko internetu. Mamy do czynienia z nad-urodzajem internetowych specjalistów od wpędzania w poczucie zagrożenia. Takich proroków i wizjonerów apokalipsy. Czarnowizjonerów. Siewców teorii, od których włosy jeżą się na głowie, a serce kołacze jak szalone. To już koniec, Czeka nas głód, Będzie już tylko gorzej, Nadchodzi najgorsze, Plugastwo wychodzi z ukrycia, Oni chcą nas zabić, Wielki Reset, NWO, Plandemia Szatana. Itd. Już dawno przestałem w to klikać. Efekty natychmiastowe.

Słowo życia

Nie chcę się bać. Bo to nic nie daje. Chcę żyć i karmić się codziennie pokrzepiającym Słowem Boga. Słowem, które daje nadzieję i moc nawet wtedy, kiedy idziesz przez sam środek ognistego pieca. Nie chodzi o to, by w przerażeniu uciekać przed zagrożeniem. Chodzi o to, by w zaufaniu przylgnąć do Tego, przy Którym naprawdę można czuć się bezpiecznie. Nie po to Jezus dał nam Ducha byśmy się pozamykali w swoich domach i z drżeniem czekali na najgorsze. Nie po to! A ogień Ducha nie został rzucony na ziemię by wypalić jej zagrożenia. To nie tak. Ogień Ducha ma wypalić nasz lęk przed tymi zagrożeniami. I dać odwagę do tego, by wytrwać do końca. Być może wielu z tych internetowych apokaliptycznych proroków ma rację. Być może. Ale dopóki moim owocem ich słuchania będzie lęk i dezorientacja, nie będę tego klikał. Każdy dzień zaczynam od kawy i Słowa. Będę szczery – dużo trudnych słów wlał mi Bóg do serca ostatnimi czasy. Ale zupełnie nie zniechęca mnie to do tego, by dalej się nim karmić. Bo Bóg nawet gdy straszy, robi to z miłości i chęci nawracania mnie. Nie boję się Boga, który straszy. Człowieka, który straszy omijam szerokim łukiem.