Cancel culture, czyli jak kogoś skasować
…i dlaczego nie tędy droga.
Istnieje wiele definicji pojęcia „cancel culture” – na Wikipedii zamieszczono cały rozdział poświęcony samym definicjom określonym przez różnych autorów. Sens każdej z nich można podsumować w ten sposób: jest to grupowy bojkot najczęściej publicznych postaci, jako jedyna możliwa forma oporu ze strony przeciętnego człowieka; odbywa się najczęściej w przestrzeni mediów społecznościowych jako odpowiedź na zachowanie, które dana część społeczeństwa uważa za nieprawidłowe.
W praktyce jest to na przykład odobserwowanie jakiegoś influencera lub zaprzestanie słuchania muzyki kontrowersyjnego artysty. Cancelowanie początkowo miało być narzędziem rozliczania osób publicznych za rzeczywiste przewinienia (na przykład jako sprzeciw wobec molestowania lub rasistowskim komentarzom), ale – tak jak większość rzeczy w rękach internetowej społeczności – w końcu przerodziło się w skrajnych przypadkach w narzędzie hejtu, któremu towarzyszy brak chęci do dialogu lub jakiejkolwiek refleksji. Stało się też slangiem używanym do określenia czegoś, co zostało zapomniane lub znienawidzone przez opinię publiczną.
Memy – współczesne hieroglify. Spłycanie rzeczywistości czy środek literacki?
Z każdej strony to zjawisko wygląda inaczej – może być pozytywne lub negatywne, ważne albo niepotrzebne. O ile w teorii dobrze brzmi wymierzanie sprawiedliwości osobom, które na to zasługują, a posiadają środki (np. finansowe), żeby się od tej odpowiedzialności wymigać, o tyle praktycznie takie rozwiązanie jest niewykonalne. Dlaczego? Może z powodu wcześniej wspomnianej ilości definicji, niejasności w tym, co można scancelować i dlaczego.
Rozróżnienie między tym, co jest złe, a co dobre, bardzo często okazuje się subiektywne – zwłaszcza w internecie, gdzie cały osąd sytuacji zależy tak naprawdę tylko od konkretnego odbiorcy siedzącego akurat przed ekranem. Sławne osoby o wyrazistych poglądach mogą dla jednych być wzorem, a dla innych kontrowersją. Przez to czasem mniejsze błędy spotykają się z większym oburzeniem i „kasowaniem”, a poważniejsze przewinienia mogą przejść niezauważalnie. Czasami zależy to od ilości fanów czy popularności w miejscach, w których jakieś zachowania są bardziej lub mniej społecznie akceptowalne.
Najbardziej ironicznym błędem „cancel culture” jest duże prawdopodobieństwo kompletnego mijania się z celem. Często zdarza się, że nagłaśniając chęć scancelowania kogoś, tylko nabijamy mu zasięgi i zwiększamy jego popularność, co wychodzi tej osobie na dobre. To idealny przykład tego, że nie ważne, jak o Tobie mówią – byle mówili.
Gdyby każde „kasowanie” kogoś zamienić na rozmowę albo uświadamianie innych o konsekwencjach różnego zachowania, bylibyśmy w stanie dojść do lepszych rozwiązań niż chwilowe zaprzestanie śledzenia plotek o danej osobie publicznej czy lajkowania jej postów. Do tego dochodzi fakt, że celebryci – ze strachu przed opinią publiczną mogącą zniszczyć ich karierę – przestają poruszać ważne kwestie, które potencjalnie mogłyby wydać się kontrowersyjne i komuś się nie spodobać.
Lęk przed mówieniem o swoich przemyśleniach zamyka nas na inne punkty widzenia i nawet na chęć dyskusji, a zarazem zmusza wszystkich do myślenia jednakowo i podążania za rzeczami czy wartościami, za które nie zostaną scancelowani – nie tylko w środowiskach publicznych, ale też naszych prywatnych kręgach.
Hanna Zielińska
Uczennica Liceum w Chmurze. Wolny czas spędza na rysowaniu, graniu na gitarze i pianinie oraz śpiewaniu albo spotykaniu się ze znajomymi.










