1 września| NINIWA Team

West Coast Ireland, dzień 7. Co se wyschnę, to mnie zmoczy

„Jak ja kocham życie” – mówi z uśmiechem Marta, wchodząc po kostki w błoto. Z wodą w butach rozpoczynamy drugi tydzień wyprawy!

5:40, czyli trochę klasyczek. Ale sposób budzenia już taki nie jest. Nasi budzikowi są coraz bardziej oryginalni. Przekupują nas, byśmy wyszli z naszych kokonów o czasie. Tym razem Michał oferuje Oreo za wstanie, podejście do niego i zrobienie jaskółki. Razem z piątką śmiałków wykonuję poranną gimnastykę.

Po ogarnięciu siebie i salek zbieramy się pod kościołem. Dziś swój debiut w prowadzeniu ma Zuza. Zaczynamy od podjechania autobusem miejskim, by skrócić nieco drogę przez mękę… tzn. przez asfalt.

Pogoda, o dziwo, od rana nas rozpieszcza. Wieje, ale słońce również się wychyla i oświetla nam pola oraz szczyty. Jak dobrze widzieć te góry! Nie to, żebyśmy nie widzieli ich przez ostatni tydzień. Ale te bardziej przypominają nasze. Po prostu majestatyczne.

Te irlandzkie wyróżnia jednak to, że jest tu dużo owczych bobków i torfowisk. Ani w jedne, ani w drugie nie chcesz wdepnąć, ale te pierwsze coraz mniej nas ruszają. Mokradła za to wciągają bez pytania. Marta dziarsko przemierza szlak i nagle wpada po samo kolano. Warto dodać, że włączyła tryb Hobbita, więc żaden but przy tym nie ucierpiał.

Mimo tego, że jedyne suche buty, jakie mamy, to te w plecakach, zachwycamy się widokami. Wokół nas góry, jeziorka i lasy. Adam podrywa do lotu dron, a ja nie mogę odłożyć aparatu. Jeden z tych sprzętów ląduje potem w krzakach. Zgadnijcie który.

Następnie wychodzimy na przełęcz, z której rozpościerają się jeszcze ładniejsze panoramy. Na zejściu niezmiennie chlupie nam w butach i jest strasznie ślisko. Z tego powodu robię półszpagat, a chwilę później wchodzimy w największe mokradło, co Marta podsumowuje szczerym zdaniem: „Jak ja kocham życie!”. Potrzeba nam takich ludzi.

Później czeka nas to, co piesze misie lubią najbardziej, czyli asfalt, przewyższenia i deszcz. Do dzisiejszego bingo dorzucamy również wiatr. Peleryny czasami odmawiają współpracy.

West Coast Ireland, dzień 7 [ZDJĘCIA]

Końcówka naszej dzisiejszej wędrówki to 8 km asfaltem. Ojciec proponuje łapanie stopa i szukanie we wsi noclegu oraz lokalnego bohatera, który mógłby zgarnąć nam plecaki z trasy. Udaje się jedno i drugie! Julia jedzie z panem, który zatrzymuje się na drodze, byśmy mogli wpakować plecaki na przyczepkę. Bez nich można wręcz latać.

Skrzydła oczywiście podcina nam deszcz. W momencie największego oberwania chmury wyskakujemy spod drzew i łapiemy samochód, w którym jadą już nasi. Kierowca bierze jeszcze cztery osoby.

Punktem zbiórki jest „przed-barze”. Ktoś stoi na polu przy stoliku z rozłożonym wielkim parasolem, inni grzeją się w barze. To pierwsze miejsce, w którym trafiamy na palący się kominek. Podnosi on trochę morale, gdy okazuje się, że plecaki z przyczepki zmoczył deszcz. Adam zdążył przykryć je folią po pierwszej fali opadów. A tu jest ich kilka.

Finalnie rozbijamy się przy domu pracowniczym, w którym mieszkają Polacy. To kolejny miły akcent. Trzeba przyznać, że możemy tu liczyć na rodaków. Udostępniają nam toalety i łazienki. Można też skorzystać z kuchni, wyprać i wysuszyć ubrania oraz posiedzieć chwilę w cieple. To bardzo kusząca propozycja, bo w namiotach czekają na nas pająki.

Pięknym elementem wieczoru jest też Msza Święta sprawowana w kościele. Pan Bóg kolejny raz odpowiada na nasze braki podwójnym i potrójnym dobrem.

Justyna Zygmunt


Bilans dnia:

  • dystans: 30 km
  • w górę: 516 m
  • w dół: 578 m

Start: Westport-Liscarney

Nocleg: Leenaun