22 stycznia| Artykuły

Po co wchodzić na K2 zimą? Prawda o człowieku

Choć za dach ziemi uważa się Czomolungmę, to K2 jest szczytem, który budzi największe emocje. Jest celebrytą wśród wszystkich ośmiotysięczników. Najwyższy szczyt Karakorum na pojedynek wzywa największych śmiałków tej planety. Wielu z nich uśmiercając. Gdybym pisał ten tekst tydzień temu, przeczytalibyście, że K2 to ostatni niezdobyty zimą bastion najwyższych gór świata. Dzisiaj to już nieaktualne. Na pewno?

K2 to nie tylko magiczna góra i związane z nią ekstremalne sportowe emocje. To rzeczywistość, która odsłania najgłębsze prawdy o każdym z nas.

8611 m n.p.m.

Dokładnie tyle metrów liczy ten kolos. Najwyższy szczyt pasma Karakorum. To łańcuch górski leżący na pograniczu Pakistanu, Chin i Indii. Najbardziej zlodowaciały obszar globu. W zestawieniu z pozostałymi szczytami świata K2 plasuje się na drugiej pozycji ustępując jedynie Everestowi. To szczyt samotnik. I to bez imienia. K2 to jedynie numer zapisany w katalogu.

Kiedy T.G. Montgomerie w 1856 roku dokonywał urzędowego pomiaru wszystkich szczytów Karakorum, nasz bohater był (ze względu na usytuowanie, a nie wysokość) drugi na liście. Proste. Karakorum, pozycja druga. Czyli K2. Polityka Indyjskiego Urzędu Mierniczego przyznawała szczytom nazwy zgodnie z tym, jak nazywali je lokalsi. K2 był jedynym szczytem, którego lokalsi nie nazywali, bo o nim praktycznie nie wiedzieli! K2 nie jest widoczny z najbliższej wioski ani na północ, ani na południe. Widać go dopiero z lodowca Baltoro, ale tam zapuszczają się tylko szaleńcy. I tak K2 to po prostu K2.

Pakistański czy Chiński?

K2 oficjalnie podlega administracji pakistańskiej i wchodzi w skład regionu Gilgit-Baltistan. Jednocześnie przylega bezpośrednio do granicy z Chinami. Więc Chiny też się poczuwają. Jak to Chiny. No i kłócą się od lat Chiny z Pakistanem o to, czyj on. To nie wszystko. Jest i trzeci chętny na K2. Indie. Oni mają apetyt na cały Kaszmir. A więc i na lodowiec Baltoro z K2 włącznie. I tak kłócą się między sobą. Kłócą i kłócą i pogodzić nie mogą. A wiadomo, że gdzie trzech się bije tam czwarty korzysta. Czwarty, czyli himalaiści. A jak znam Michaela Jacksona, gdyby żył odciął by sobie wierzchołek K2 i helikopterem przetransportował do swojego Neverlandu. Żartuję.

Droga

Zdobycie K2 to jedno. Już samo dotarcie do jego podnóża może zabić. Ale i uzależnić od miażdżącego piękna gór. Najpierw musimy dolecieć do Islamabadu, stolicy Pakistanu. Potem pół doby drogi słynną Karakorum Highway z Islamabadu do Chilas. Potem 8 godzin drogi do Skardu. Ze Skardu mamy dzień szalonego offroadu jeepami do bramy Karakorum, Askoli. To ostatnia zamieszkała osada na drodze do K2. Wznosi się na wysokości 3040 m n.p.m. Tutaj kończą się wszystkie cywilizacyjne przywileje. Nie ma dróg, samochodów, moteli, prądu i gazu. Przed nami 12 dni trekkingu do bazy pod K2. Ci, którzy przeszli tą drogą powiadają, że to najbardziej magiczne miejsce na Ziemi.

Góra

Taka trudna i niebezpieczna, bo po pierwsze technicznie najtrudniejsze odcinki znajdują się w jej najwyższych partiach. Gdzieś około 8000 metrów. Po drugie uformowanie góry nie zachęca do spacerów. Szczyt w każdą ze stron opada w dół 3 kilometrowymi ścianami. I po trzecie wreszcie – pogoda. K2 to najbardziej wysunięty na północ ośmiotysięcznik. Zimą może być tam naprawdę zimno. W porywach do minus 50 stopni Celsjusza. A wiatr łeb urywa. Przy 200 km/h jest to możliwe. Pierwszym człowiekiem, który postawił swoją stopę (rzecz jasna w obuwiu) na jego wierzchołku był Włoch Ardito Desio. Zrobił to 31 lipca 1954 roku.

Ale w jakimś sensie to polska góra. Stanęło na niej 14 biało czerwonych. W tym Jerzy Kukuczka, Krzysztof Wielicki, Adam Bielecki i Janusz Gołąb. Pierwszą kobietą, która ją zdobyła była Wanda Rutkiewicz. Ale to co zrobił Andrzej Bargiel jest najgenialniejszym zilustrowaniem powiedzenia o tym, że Polak potrafi. Nie dość, że wszedł na szczyt, to jeszcze zjechał z niego na nartach (sic!). A jednak Góra gór to wielki cmentarz. Spoczywa na nim przynajmniej 80 osób.

Zimą

Ostatnio znów zrobiło się głośno o K2. Bo oto to, co dotychczas było jedynie ambicjonalnym marzeniem stało się faktem. K2 zimą wpuściła wreszcie człowieka na swój szczyt. Od 16 stycznia 2021 roku K2 przestała być niezdobytą zimą górą. Kto tego dokonał? Żaden wielki himalaizmu. Żaden wspinaczkowy celebryta. Nikt z tych, który sadził się na ten wyczyn od lat. Dokonała tego grupa Nepalczyków. Szerpów. Tych, którzy zawsze są w cieniu wielkich nazwisk. Było ich dziesięciu. Dowodził im niejaki Mingma Gyalje. Trudno wymówić. Nie wspomnę o zapamiętaniu. Gratulacje.

Niektórzy ze środowiska próbowali umniejszać wartość wyczynu. Bo większość ze zdobywców miała aparaty tlenowe. W gronie najtwardszych zawodowców tlen traktowany jest jak doping. Tam liczy się tylko wejście bez butli. Okazało się to biciem piany nad-ambitnych, którym ktoś niespodziewanie sprzątnął sprzed nosa upragnione trofeum. Jednym z tych dziesięciu był Nirmal Purja. On wszedł bez tlenu. Game over.

K2 i ja

Co nam mówi cała ta awantura o K2? Ta szalona walka o to, by stanąć na szczycie, by być pierwszym i najlepszym? By być bohaterem. Wiele. Łyknąłem kiedyś dokumentalny film o himalaizmie. Wypowiadał się w nim osobisty psycholog wielu największych wspinaczy. Powiedział zastanawiającą rzecz. Jego zdaniem motywatorem, który zaciąga małego człowieka w wielkie góry często są poupychane w najgłębszych zakamarkach serca kompleksy. Silna potrzeba dokonania czegoś spektakularnego, by zasłużyć sobie na uzależniający podziw świata. Neurotyczne marzenia o wielkości.

W gruncie rzeczy himalaizm to szaleństwo. Jakiś głos, wewnętrzna potężna siła każe człowiekowi dla wejścia na jakąś górę ryzykować majątek, zdrowie, życie i osierocenie swojej rodziny. Kto zna historię Tomka Mackiewicza wie o czym piszę. Nie twierdzę, że nie istnieje coś takiego jak zdrowa pasja. Istnieje. Twierdzę tylko, że pasja ma dwa oblicza. Jasne i ciemne. Już wiem, dlaczego fascynują mnie historie himalaistów. Bo odnajduję w nich siebie.

Równowaga

Pasja do gór, jak każda inna, może uczynić z życia fascynującą przygodę. Ale może też doprowadzić do obłędu czyniąc z niego koszmar. Być na szczycie to pragnienie każdego człowieka. Dla każdego ten szczyt coś innego oznacza. Pokonywać swoje ograniczenia. Przekraczać siebie. Spełniać marzenia. Zachłystywać się pięknem świata. To wszystko jest dla nas. Ale pamiętajmy, że nawet najcudowniejsza pasja ma swoje granice. Mam przyjaciela, który był kierowcą rajdowym. To naprawdę była jego wielka pasja. Ale kiedy założył rodzinę i zajrzał do Biblii odpuścił. Coś zrozumiał. Coś do niego dotarło. Kto wie, być może to Psalm 131 był tym, który pomógł mu zmienić swoje życie? Zapytam go o to. A nam wszystkim, którzy marzymy o zdobywaniu szczytów dedykuję właśnie ten, 131 Psalm.

Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza

Ps 131