Najbardziej ikoniczne postacie w historii muzyki, czyli co sądzę o rankingach

100 najgorzej ubranych waltornistów wszech czasów, którzy nigdy nie jeździli na hulajnodze? Przeraża mnie, jak absurdalne potrafią być rankingi, które zalewają sieć. Postanowiłem zatem zrobić swój prywatny ranking ikon muzyki z nadzieją, że będzie absurdalny tylko trochę.

Kto to jest postać ikoniczna?

Jest powszechnie znana i uznawana za symbol, uosobienie określonej rzeczywistości, stylu czy epoki. Ikona to wzór, znak firmowy, twarz. I tak np. Walt Disney jest postacią ikoniczną dla filmu animowanego. Albert Einstein to ikona nauki i fizyki. Pele jest ikoną piłki nożnej. I tak dalej.

Aby być uznanym za postać ikoniczną, nie wystarczy zatem sam potencjał czy nawet realny wpływ na historię jakiejś dziedziny. Są ludzie, którzy dokonywali rewolucyjnych odkryć, zmieniali bieg historii, dostawali Noble i inne takie puchary, ale mimo to nie zdobyli globalnej rozpoznawalności. O takich (z całym szacunkiem dla nich) nie można powiedzieć, że są ikoniczni. Na przykład Niels Bohr. Ktoś, coś?

Ikony muzyki

Wybór jest subiektywno-obiektywny. Po pierwsze kierowałem się swoim prywatnym spojrzeniem na temat ikonologii, po drugie brałem po uwagę rzeczywisty, potwierdzony historycznymi badaniami stan faktyczny. Zaczynam od dawnej muzyki klasycznej, kończę na współczesnej rozrywkowej. Biorę pod uwagę potencjał, globalną rozpoznawalność i rzeczywisty wpływ na bieg historii muzyki. Start.

Jan Sebastian Bach. Ikona klasyki

Geniusz. Jeden z najbardziej wpływowych kompozytorów w dziejach muzyki. Autor ponad 1000 dzieł. Niedościgniony mistrz kontrapunktu, czyli wielogłosowości. Doskonałość i bogactwo melodyczno-harmoniczne jego kompozycji wciąż oszołamia.

Najciekawsze w tej historii jest to, że za życia był kompletnie niedoceniony. Po śmierci zignorowano jego dorobek, nazywając go przestarzałym, niemelodyjnym i pozbawionym wdzięku. Nawet jego synowie zignorowali geniusz ojca, nazywając go starą peruką, w twórczości którego za dużo jest matematyki.

Co zatem się stało, że dzisiaj Bach jest tym, kim jest? Stoi za tym inny wielki kompozytor, Feliks Mendelssohn Bartholdy. To on w 1829 dokopał się do starych nut Bacha i wykonał publicznie jego Pasję wg św. Mateusza. Świat oszalał, bo zrozumiał, że odkrył prawdziwą, muzyczną żyłę złota.

Nicollo Paganini. Ikona wirtuozerii

W XIX wieku jego nazwisko wywoływało dreszcze. Nie tylko z powodu jego genialnych zdolności instrumentalnych. Również z powodu tajemniczej aury, jaka go otaczała. Ten wirtuoz, hazardzista i owiany mroczną legendą muzyk przez wielu był posądzany o konszachty z diabłem.

Jego koncerty były magicznymi spektaklami. Kiedy wychodził na scenę, publiczność zamierała. Mówiono, że jego gra jest nie z tego świata. Technika wydawała się niemożliwa do opanowania przez normalnego śmiertelnika. Wydobywał dźwięki, których nikt wcześniej nie słyszał: flażolety czy grane lewą ręką pizzicato.

Kiedy podczas gry pękały mu struny, grał dalej. Był w stanie dokończyć utwór grając nawet na jednej! Ludzie wpadali w ekstazę. A nawet przerażenie. Paganini do dzisiaj jest największą ikoną wirtuozerii, a jego twórczość to obowiązkowa lektura dla skrzypków (i nie tylko), których pociąga droga wirtuoza.

Enrico Caruso. Ikona wokalistyki operowej

Największy tenor wszech czasów. Był nie tylko genialnym śpiewakiem obdarzonym powalającą charyzmą. Był także wizjonerem. Był pierwszą ważną gwiazdą przemysłu fonograficznego. Dzięki temu romansowi z początkującą wtedy technologią utrwalania dźwięku, dzisiaj kolejne pokolenia mogą słuchać z zapartym tchem popisów genialnego Włocha w streamingach.

Nie sposób sobie wyobrazić, by nagrania Carusa znikły z katalogów. Są one bowiem, jak sam Enrico, integralnym elementem światowej kultury. Posłuchajmy zatem Enrico Caruso we własnej osobie.

BB King. Ikona bluesa

Już sam pseudonim artystyczny mówi swoje. KRÓL BLUESA. Zmarł stosunkowo niedawno, bo w 2015 r. w Las Vegas. Miał 89 lat. Był ostatnim z żyjących wielkich bluesmanów obok takich nazwisk jak John Lee Hooker czy Muddy Waters. Był esencją i kodem genetycznym bluesa.

Jego charakterystyczny styl gry, oszczędny, acz niezwykle sugestywny stał się odnośnikiem dla wszystkich bluesmanów jacy po nim się rodzili. Z Hendrixem i Claptonem włącznie. Zresztą śpiewał równie znakomicie. Tytuł ikony należy mu się jak psu buda.

Miles Davis. Ikona jazzu

Pozwólcie, że zacytuję samego siebie:

Na jednym z elitarnych przyjęć jakaś elegancka niunia zauważa dość ekscentrycznie wyglądającego czarnego jak smoła faceta. Zaintrygowana podchodzi do niego i pyta: przepraszam, kim pan jest? Czarny z nonszalanckim spojrzeniem odpala: nazywam się Miles Davis. W swoim życiu kilkukrotnie zmieniałem bieg historii muzyki.

Niewiele grał, niewiele gadał, ale jego wpływ na muzykę XX wieku jest przepotężny. Wielkie, ikoniczne postacie muzyki to niekoniecznie sprawni jak maszyny i aptekarsko doskonali w odtwarzaniu tego, co ktoś już wymyślił muzycy. To wizjonerzy. Ci, którzy wyznaczają nowe kierunki, sprawiają, że muzyka nie pozostaje zgraną, odtwarzaną w kółko tą samą płytą, ale dynamiczną, ewoluującą rzeczywistością.

Davis był kimś takim właśnie. Pokazywał nowy kierunek po czym pozwalał młodszym, piekielnie zdolnym kolegom nim podążać. Miał niebywały dar do odkrywania nowych talentów. Przez jego zespoły przewinęła się cała plejada gwiazd muzyki.

Zaczynał od bebopu. Potem stał się prekursorem cool jazzu, hard bopu, jazzu modalnego i fusion. Zanim zmarł w 1991, zdążył też otrzeć się o pop, włączając do swojego repertuaru np. Human Nature Michaela Jacksona, a ostatnią swoją płytę nagrał z topowymi raperami.

Jimi Hendrix. Ikona gitary elektrycznej

Inna ikona, Miles Davis, miał o Hendrixie powiedzieć te słowa:

Był pierwszym człowiekiem, który wiedział, co zrobić z gitarą elektryczną.

Bez zawahania mówi się o nim, że był jednym z najważniejszych muzyków XX wieku. I to, że jest najwybitniejszym i najbardziej wpływowym gitarzystą elektrycznym, jaki kiedykolwiek chodził po tej planecie. Na czym zatem polegał jego fenomen i ponadczasowa rola?

Na pewno nie na błyskotliwej, nienagannej technice. Jego gra miała wiele ograniczeń i trudno było ją nazwać wirtuozerską w klasycznym tego słowa znaczeniu. Używał tych samych skal i akordów co wszyscy gitarzyści przed nim.

Więc co było istotą jego ikoniczności? Duch, jaki tchnął w ten instrument. To Jimi Hendrix odkorkował butelkę z charyzmatyczną ekspresją, którą po nim starają się osiągać z mniejszym lub większym skutkiem wszyscy gitarzyści rockowi. To Hendrix sprawił, że gitarzysta stał się wojownikiem sceny, a gitara jego porażającą bronią. To Hendrix stworzył obowiązującą do dzisiaj figurę gitarzysty rockowego i jak dotąd nikt nie zaproponował czegoś lepszego.

Bob Dylan. Ikona rockowej poezji

Człowiek legenda. Choć nie jest wybitnym wokalistą, a tym bardziej wybitnym gitarzystą, zapisał się w historii jako jeden z najważniejszych artystów. Jego siłą były teksty i nieprawdopodobnie silny przekaz, jaki niosły jego proste piosenki.

Był bardzo wyrazistym głosem swojego pokolenia. Sumieniem epoki. Za swoje poetyckie dokonania został uhonorowany Nagrodą Nobla w dziedzinie literatury. Szwedzka Akademia tak to uzasadniła:

Nagroda została przyznana za tworzenie nowych form poetyckiej ekspresji w ramach wielkiej tradycji amerykańskiej pieśni.

Elvis Presley. Ikona rock’n’rolla

Pierwszy na taką skalę i w klasycznym tego słowa znaczeniu idol. Presley stworzył figurę charyzmatycznego, nieziemsko przystojnego i utalentowanego artysty rozrywkowego. Śpiewającego frontmana, na widok którego faceci dostawali gotowy wzór do naśladowania, a kobiety spazmatycznie piszcząc potrafiły w sytuacjach granicznych rzucać na scenę majtki, a nawet tracić przytomność. Do tego znakomite, przebojowe piosenki i na prawdę kawał głosu.

Jego sława i bogactwo są dzisiaj legendarne. On sam jest bezsprzecznie ikoną muzyki, królem rock’n’rolla. Ale też pierwszą, głośną ofiarą wielkiego sukcesu w show businessie.

The Beatles. Ikona boysbandu

O Beatlesach napisano już wszystko. Wydawało się, że po Presleyu już bardziej się nie da. A jednak. Ich było czterech. Pierwszy boysband w historii, który doprowadzał swoich fanów do szaleństwa. To szaleństwo doprowadziło nawet do uknucia encyklopedycznego terminu Beatlemania:

Termin powstały w latach 60. XX wieku do opisania ogromnej popularności zespołu The Beatles, szczególnie charakteryzującej się histerycznymi reakcjami nastolatek. Beatlemania miała swój początek w Europie, do USA dotarła jeszcze przed zespołem, a to za sprawą piosenki „I Want to Hold Your Hand”.

Choć Beatlesi najbardziej namieszali w muzyce, mieli również spory wpływ na styl ubierania, przemiany społeczne i kulturę jako taką. Ale muzycznie byli tworem, którego dorobek i wpływ na historię muzyki do dzisiaj jest niepobity przez nikogo.

Nikt nie napisał tak wielu i tak wielkich ponadczasowych piosenek. Jako pierwsi muzycy popowi zaczęli na taką skalę eksperymentować z harmonią, melodyką, brzmieniami, instrumentami. To oni dokonali intronizacji piosenki rozrywkowej.

Przed Beatlesami była podział: prawdziwa sztuka i lekkie pioseneczki. Po nich piosenkę rozrywkową zaczęto traktować jak prawdziwą sztukę. Zwłaszcza po pierwszym koncept albumie w historii jakim był Sgt pepper’s lonely hearts club band.

Michael Jackson. Ikona popu

Król Popu po prostu. Genialny wokalista. Genialny tancerz. Kompozytor. Wizjoner. Jego album Thriller jest najlepiej sprzedającym się albumem w historii. W ogóle ma najwięcej sprzedanych płyt w historii fonografii – ponad 210 milionów. Rekordów, tytułów i innych trofeów ma tyle, że miejsca nie starczy na ich wyliczanie.

Co jednak sprawiło, że jest Królem Popu? Michael Jackson wyniósł pop na zupełnie inny poziom. Koncerty stały się potężnymi taneczno-multimedialnymi widowiskami. Opowieściami. Rodzajem pop opery z użyciem najnowszych osiągnięć techniki, choreografii, aktorstwa i wszystkiego, co tylko było pod ręką.

No i w środku tego wszystkiego on, król. O ile Presley był idolem, o tyle Jackson był ultra turbo idolem. Był bożyszczem. W świadomości wielu bezgranicznie oddanych fanów był nadczłowiekiem. Jackson zrobił wszystko, by wykreować taki właśnie wizerunek. Kogoś, kto jest nie z tego świata. Kogoś, kto jest bardziej fikcyjnym bohaterem popkultury (jak Superman czy Myszka Miki) niż zwykłym, z krwi i kości facetem.

Niestety i on okazał się być ofiarą własnego sukcesu. Po raz kolejny pojawia się pytanie, czy ślepe i bezwzględne pchanie się na szczyty nie jest zbyt ryzykowne?

Rankingi

Są takie kanały, które z rankingów żyją. Tytuły tych ich odcinków zwykle kończą się słowami OFF ALL TIME. Na przykład Top 100 Greatest Songs of All Time:

No i słuchasz, co oni tam powrzucali, szukasz swoich ulubionych kawałków i już na początku wiesz, co będzie w pierwszej trójce. I dochodzisz do końca, a tu zdziwko. Nie ma tego, na co liczyłeś. Co za kretyn to wymyślił? – mówisz do siebie. Zresztą, w komentarzach podobnie – a co z tym numerem? a gdzie ta piosenka? to jakieś nieporozumienie!

Już wiem. Przecież to tylko kanał na YouTube. O wyświetlenie chodzi, o lajki i suby. Róbmy swoje rankingi. Każdy będzie inny, bo każdy z nas jest inny. Zresztą powyższy ranking ikon też jest tylko mój. Ciekawe jaki byłby Wasz i gdzie byłby zbieżny z moim?

Adam Szewczyk

Gitarzysta, kompozytor, aranżer, felietonista. Człowiek o wielkiej ciekawości świata patrzący na rzeczy racjonalnie i przez pryzmat wiary. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Wieloletni jej wykładowca.

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: