7 lutego| Artykuły

Czego chcesz od życia?

Nie chciałbym tym tekstem zapraszać was na jakąkolwiek kozetkę. Moją tym bardziej. Ani nie jestem psychoterapeutą, ani tapicerem. Chciałbym tylko sobie (i przy okazji wam) zadać kilka ważnych pytań. I niezobowiązująco spróbować na nie odpowiedzieć. Nic więcej.

Zanim zastanowimy się nad tym, czego chcemy od życia, musimy odkryć jedną ultra ważną rzecz – to czego chcemy niekoniecznie musi być tym, czego potrzebujemy. Problem polega na tym, że jedno z drugim zlewa nam się w jedną całość.

Często wcale nie potrzebujemy tego czego pragniemy. I wcale nie musimy pragnąć tego, czego potrzebujemy. Wniosek? Nazbyt często żyjemy kłamstwem, którym sami siebie karmimy.

Pragnienia vs potrzeby

Stefan na codzień pracował w pewnym wydawnictwie. W wolnym czasie pisał książki. Miał w sobie wielkie pragnienie, by zostać uznanym literatem. Z dużym zainteresowaniem przyglądał się karierom słynnych pisarzy. Powiedzmy szczerze – to zainteresowanie było konkretnie podszyte zazdrością. Sam był otoczony ludźmi, którzy w literackiej branży osiągnęli sukces. Czasem dosyć spory. On też tak chciał.

Pisaniu poświęcał każdą wolną chwilę. Zarywał sen. Nieregularnie i byle jak jadał. Zaniedbywał ważne relacje. Stał się aspołeczny i niespokojny. Pragnął sukcesu. Coraz bardziej. Nie zorientował się, że początkowe pragnienie przejęło zupełną kontrolę nad jego sercem i stało się silną potrzebą. W końcu obsesją. Jednak upragniony sukces nie nadchodził. I nic nie wskazywało na to, że nadejdzie. Stefan nie zrobił nic by rozbroić tykającą w sobie bombę, więc możemy z dużym prawdopodobieństwem założyć, że stał się skrajnie sfrustrowany i nieszczęśliwy. Być może nawet popadł w depresję. I być może w końcu strzelił sobie w łeb.

Umysł na detoksie

Rafael Santandreu to hiszpański psycholog, który napisał książkę o tytule takim jak tytuł tego akapitu. Dokładnie: Twój umysł na detoksie. Pisze w niej, że na jego kozetce często lądują takie właśnie Stefany, którym życiowe pragnienia mylą się z pilnymi życiowymi potrzebami. Niewinne marzenia przeradzają się w uzależniającą obsesję. Kiedy tak się dzieje, sytuacja wymyka się spod kontroli i stajemy się zakładnikami swoich własnych projekcji.

Tutaj nie ma dobrych rozwiązań. Bo z jednej strony kiedy nasze toksyczne marzenia (mimo desperackich prób) jednak się nie spełniają, stajemy się kupą chodzącego nieszczęścia. Z drugiej strony, kiedy się spełniają, wciąż jesteśmy życiowo spięci. Obawa przed utratą tych naszych spełnionych marzeń może być gorsza niż samo czekanie na nie. Poza tym jedno spełnienie nie rozwiązuje problemu. Chciwość to bestia, która zawsze będzie domagała się więcej. Santandreu nie ma wątpliwości – umysły współczesnych ludzi potrzebują detoksu.

Poza światem

Dlaczego dzisiaj ludzkie nad-pragnienia stały się globalną epidemią? Bo nigdy jeszcze świat nie dysponował tak skutecznymi narzędziami do ich generowania. I to na masową skalę. W futurystycznej książce Quo vadis. Trzecie tysiąclecie Martin Abram roztacza wizję świata, w którym konsumpcja staje się religią globalną. Jeden światowy rząd i trzepiące tym światem korporacje (skąd ja to znam?) mają podstawowy cel – generowanie w ludziach coraz to nowych potrzeb i pragnień. By potem zaoferować tym ludziom produkt mający te pragnienia zaspokoić.

Zastanawiam się tylko, czy wydana po raz pierwszy 20 lat temu książka Martina Abrama wciąż jeszcze jest futurystyczna? Nie chcę tutaj siać anarchistycznych wizji i promować aspołecznych postaw. Ale jedno muszę powiedzieć – przed światem trzeba się bronić. Bo jeżeli bezkrytycznie przyjmiemy cały ten chłam, który nam proponuje, będzie po nas.

Kłamstwo

Internetowa sieć oplotła glob. Wszyscy mogą wszystko zobaczyć. Prawie. Ale i tak na tyle dużo, by miało to miażdżący wpływ na nasze życie. Możemy siedząc w piżamie zobaczyć jak żyją najbogatsi ludzie świata, możemy być non stop w onlineowym kontakcie z dowolnym celebrytą, możemy uczestniczyć w najbardziej spektakularnych wydarzeniach artystycznych, sportowych i naukowych i przez 24 godziny na dobę karmić swoje serce cudzym szczęściem i sukcesem. Jak uzależniającym pokarmem.

Wizja bycia gwiazdą rocka, milionerem albo bijącym rekordy wejść youtuberem tak bardzo wypełnia nasze serca, że w końcu rozmywa nam się granica pomiędzy rzeczywistością, a życzeniową projekcją. I zaczynamy żyć kłamstwem. Pragnieniem, które stało się naszą główną, ssącą potrzebą. Uwierzyliśmy, że musimy być tacy, jak sobie zapragnęliśmy. Mam dobrą wiadomość – nie musimy. Jednymi, którzy tego od nas bezlitośnie wymagają jesteśmy my sami. Nie musimy być tym, kim bycia od siebie żądamy. Możemy być tym, kim jesteśmy. To rewolucyjne odkrycie. I chyba to miał na myśli Jezus mówiąc: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. J 8, 32

Czego chcesz od życia?

Jak już wiemy (mniej więcej) jakie pułapki czyhają na nas w gąszczu pragnień, możemy zacząć pragnąć! Mieć pragnienia – piękna i dobra rzecz. Chodzi tylko o to, byśmy to my je mieli, a nie one nas. Na postawione powyżej pytanie zazwyczaj odpowiadamy – zdrowia, pieniędzy, udanej rodziny, spełnienia zawodowego itd. Niby ok. Ale nie do końca.

Mądry rodzic myśląc perspektywicznie o przyszłości swojego dziecka pragnie przede wszystkim jednego – by jego dziecko było szczęśliwe. Nie ma dla niego znaczenia, czy będzie lekarzem, sportowcem czy księdzem. Ma być szczęśliwe. Żyjące w zgodzie z sobą i swoim powołaniem. To jest treść życia. Funkcja jaką będzie pełniło w świecie, ilość posiadanych pieniędzy, status społeczny to tylko forma.

Zatem prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi – CHCĘ BYĆ SZCZĘŚLIWY. I żyć w prawdzie, by móc dobrze ocenić gdzie to szczęście jest. I mądrości, by dobrze zarządzać swoimi pragnieniami. Nie unikniemy ich. Całe szczęście. Są nam potrzebne jak impulsy, drogowskazy i motywatory w działaniu. Ale nie możemy sobie pozwolić, by były czymkolwiek więcej. Serce człowieka jest jak dzieciak wpuszczony do Toy Are Us. Jest w stanie zapragnąć wszystkiego co zobaczy. Ale nie jest w stanie wszystkiego co zobaczy mieć. Ot i cała mądrość.

A jak nie ma pragnień?

To znaczy, że jesteś chory. Najprawdopodobniej cierpisz na depresję. Życie bez pragnień to wegetacja. Mechanizm zazwyczaj jest taki – pragnienia rodzą się w sercu. Takie naturalne, dobre, piękne. Ale nasze wewnętrzne nieuporządkowanie, egoizm i (nazwijmy rzecz po imieniu) grzeszna natura sprawiają, że pragnienia stają się obsesją. Poświęcamy nasze życie, by je zrealizować. A kiedy nam się to nie udaje, życie traci dla nas sens. I przestajemy pragnąć czegokolwiek z obawy przed ponownym dramatem niespełnienia.

Równowaga to błogosławiony stan. Życie w istocie jest jak spacer po linie. Jak wędrówka po wąskiej ścieżce. Świat naszych pragnień, to przestrzeń w której tą równowagę bardzo łatwo stracić. Ktoś komu na tym zależy uderza albo z jednej, albo z drugiej strony. Bez znaczenia czy polecimy w jedną czy w drugą stronę. Czy będzie czegoś za mało, albo za dużo. Mamy spaść w dół. Nie jest sztuką nie mieć pragnień. Sztuką jest je mieć i być gotowym na ich niespełnienie. Tak utrzymuje się życiową równowagę. To jest wolność.

Wyjątek

Pisząc te słowa nagle przyszło mi do głowy pytanie – a co z miłością? Warto z miłości dla drugiej osoby poświęcić życie? Czy miłość może być pragnieniem, w którym nie ma miejsca na kalkulację i szukanie równowagi? Czy miłość wymaga postawienia wszystkiego na jednej szali, bez zachowawczych kompromisów? Chyba tak. Miłość to wyjątek potwierdzający regułę. Tak, w życiu chcę być szczęśliwy. Ale bez tej wyjątkowej miłości nie będzie to możliwe.