18 marca| Artykuły

Paradoks dawania. Kto daje, ten otrzymuje

"Zaprawdę, powiadam wam: Nikt nie opuszcza domu, braci, sióstr, matki, ojca, dzieci i pól z powodu Mnie i z powodu Ewangelii, żeby nie otrzymał stokroć więcej teraz, w tym czasie, domów, braci, sióstr, matek, dzieci i pól, wśród prześladowań, a życia wiecznego w czasie przyszłym." Mk 10, 29-30

Jest w tej Jezusowej obietnicy pewna pułapka. Pułapka chciwości. Wpadamy w nią, kiedy naszą motywację do dawania generuje nie miłość i pragnienie wolności, ale wyrachowana kalkulacja zysku. Sto domów za jeden? Dobry deal! – myślimy i wchodzimy w transakcję. A potem jest bolesne rozczarowanie, bo okazuje się, że Bóg to najgorszy Partner do robienia interesów.

Chciwe serce

Będę szczery. Nie raz, nie dwa, kiedy coś komuś dawałem czaiła się na dnie mojego serca zwykła wyrachowana chciwość. Święcie wierząc w skuteczność biblijnej zasady, która mówi, że im więcej dajesz tym więcej otrzymujesz, dawałem śmiało. I najlepsze w tym wszystkim było to, że życie zwykle potwierdzało tej zasady skuteczność. Czasem w sposób niewiarygodny wręcz. Dokładnie tak jak mówi o tym Ewangelia.

Wiadomo, przelicznik 1:100 jest raczej symboliczny, ale doświadczenie hojności nieba, jako wynagrodzenie hojności Szefca, bywało bardzo konkretne. Oczywiście kwestią mojej wiary jest to, że za każdy hojny feedback w moim życiu odpowiedzialnym czyniłem akurat niebo. Ktoś inny mógłby uczynić nim przypadkowe zrządzenie losu. Pobujałem się trochę z tym doświadczeniem. Po to, by w końcu zacząć odkrywać drugie dno dawania.

Chleb powszedni

Pieniądze nie są złe. Same w sobie to jeden z wymiarów naszej egzystencji. Sposób na funkcjonowanie społeczeństw. Nie od zawsze były. Za wynalazców pieniądza uważa się Fenicjan żyjących 3 tysiące lat przed naszą erą. Wcześniej była wymiana towarowa. Płaciło się skórami wiewiórek, muszlami albo workami zboża. W końcu do akcji wkroczyły metale szlachetne.

Handel się rozwijał, a metoda wymiany towarowej stawała się coraz bardziej upierdliwa. Zaczęto kombinować. Na przykład sztabki złota dzielono na mniejsze kawałki. Z czasem te kawałki przybrały formę małych kulek. Kulki z czasem się spłaszczały, aż w końcu całkiem się spłaszczyły i tak urodziła się moneta. Bez względu na to czy mamy do czynienia z wymianą towarową czy płaceniem pieniędzmi, widmo mamony zawsze jest tak samo groźne. Mamona to nie pieniądz czy towar. To nasze przywiązanie do nich.

Boży milioner

Krzysztof Jędrzejewski od lat jest jednym z najbogatszych Polaków. Plasuje się gdzieś w okolicach pierwszej dwudziestki. Multimilioner ma swoją życiową dewizę: Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko inne będzie na swoim miejscu. Gdzieś to już słyszałem. 🙂

Zatrudnia ponad 6000 ludzi na całym świecie. Dysponuje majątkiem wartym około 700 milionów złotych. I jednocześnie wyznaje, że pieniądze i pozycje w rankingach mają dla niego znaczenie drugoplanowe. Bez obciachu przyznaje się do Chrystusa i życia według Jego prawa. W samym epicentrum krwiożerczego biznesu.

Zaczynał od firmy z kwiatkami. Zupełnie nie pykło. Ale nie obrażał się na Boga. Wierzył w Jego plan. W końcu na horyzoncie pojawił się biznes górniczy. Tym razem pykło. I to konkretnie. Krzysztof przejęcie górniczej firmy zaczął od wprowadzania zasad Ewangelii. Płacił na czas, postawił na uczciwość i założył stowarzyszenie Chcemy Pomagać. Jednak o kwotach, które rozdał, nie puszcza pary z ust. Bo wie, że ręka lewa nie powinna wiedzieć tego co czyni prawa. Pieniądze nie są złe. A Bóg wie, że są nam potrzebne. I daje każdemu tyle ile potrzebuje. I ile jest w stanie udźwignąć.

Drugie dno

Człowiek potrzebuje pieniędzy. Błogosławieństwo finansowe jest jednym z owoców przylgnięcia do Boga. Ale powierzenie Bogu swoich finansów nie jest giełdową inwestycją. W tej drugiej nie ma miejsca na dziecięcą ufność. Na giełdzie wszystko musi być przekalkulowane i wyrachowane. Twarde reguły. Bez sentymentów. Inwestycja w Bożą opatrzność to inna bajka. Bogu nie stawia się warunków. Można Go prosić o wszystko. Ale niczego nie można żądać. Bóg nie wchodzi w takie układy.

Jest wielką tajemnicą dlaczego czasem Bóg odpowiada na człowiecze błagania tak jak człowiek chce. A czasem zupełnie inaczej. Zaskakująco. Często boleśnie i niezrozumiale. W takich chwilach zawsze przypominam sobie tą zasadę: nie próbuj Boga zrozumieć, ale Mu zaufać. Kiedy Jezus mówi o stukrotnym zysku z dawania, to co konkretnie ma na myśli? Możemy tutaj mówić o drugim dnie? Myślę, że tak.

Pieniądze to nie wszystko

W Ewangelii, którą zacytowałem na początku jest obietnica feedbacku natychmiastowego. Czytam o otrzymaniu stukrotnie więcej już tu i TERAZ, a nie kiedyś tam po śmierci. Opuścić dom rozumiem jako wyrzeczenie się nieuporządkowanego przywiązania do swoich materialnych zabezpieczeń i gadżetów.

Ale co to znaczy opuścić bliskich? Chyba wiem. Też chodzi o nieuporządkowane przywiązanie. O toksyczne relacje. O afekty zatruwające nasze zdrowe więzi z bliskimi. Przywiązanie do pieniądza może mieć wymiar afektu. Afekt = nieprawidłowa ekspresja uczuć i emocji. Ale czy korzyści z pójścia za wezwaniem Jezusa sprowadzają się tylko do materialnych profitów? Zdrowia? Zawodowego spełnienia? Myślę, że największym stukrotnym zyskiem z wierności Bożemu słowu jest co innego. Realizacja postulatu miłości i wolność.

Dając kochamy

Kiedy dajesz jałmużnę, największym obdarowanym jesteś… ty sam! Bo ktoś dał ci szansę na bezcenny gest miłości. Żebrak, na którego wszyscy patrzą z politowaniem jest tak naprawdę dysponentem wielkich skarbów. To uliczny rozdawca darmowych szans na pokochanie. Tak, to pierwszy z dwóch najważniejszych wymiarów owego stukrotnego zysku. Nie pieniądze czy nawet zdrowie, ale miłość.

Może gdzieś rozpędzonemu dzisiaj za zyskiem i spełnieniem człowiekowi umknęła ta prawda. A brzmi ona tak – powołaniem człowieka jest kochać. Człowiek, tylko kiedy kocha, może być w pełni człowiekiem szczęśliwym. Kocha, czyli rezygnuje z siebie dla drugiego. Im mnie mniej, tym więcej.

Dając uwalniamy się

Drugi wymiar stukrotnego zysku to wolność. Nasza wewnętrzna. Taka, której poza nami nikt nie jest w stanie nam odebrać. Bogaty młodzieniec odszedł smutny, bo zrozumiał, że siedzi w więzieniu, które sam sobie zbudował i w którym sam się zamknął. Więzieniu własnych pieniędzy. Rozdaj wszystko ubogim – mówi Jezus. Po to, by samemu stać się najbogatszym człowiekiem świata. Bo najwolniejszym.

Wolność to największe bogactwo. Są w Kościele miejsca, w których zachęca się do realizowania tego wezwania 1:1. Serio. Powiem więcej – znam takich, którzy zrobili to. Wcale nie oczekując za to domu stukrotnie droższego. Oczekiwali czegoś, co jest stukrotnie cenniejsze niż stukrotnie cenniejszy dom. I otrzymali. Wolność. Wolność od pieniądza i zniewalającego przywiązania do materii. Nawet jeśli wciąż w jakimś stopniu są tego pieniądza niewolnikiem, to jednak poziom wolności jakiego już doświadczyli pozwolił im doświadczyć czegoś absolutnie niezwykłego.

Sens dawania nie jest jedynie jakąś religijną teorią czy paradoksem. To rzeczywistość, która funkcjonuje i jest prawdą. Ale nie odkryjesz tego, dopóki sam nie zaczniesz dawać. Z miłości i pragnienia wolności. Z dawaniem jest jak z wyrzucaniem balastowych worków, które ściągają balon ku ziemi. Im więcej wyrzucasz, tym bliżej nieba jesteś.