28 marca| Artykuły

Dokąd idziesz?

Mógłbym snuć apokaliptyczne wizje. Mógłbym dołować i przewidywać najbardziej czarne scenariusze. Mógłbym wypełnić ten tekst po brzegi zwałem zatrważających teorii spiskowych. Mógłbym dołączyć się do globalnego chóru katastrofistów. Mógłbym. Ale po co?

Quo vadis to pytanie, które Piotr miał zadać Jezusowi dwa razy. Raz podczas ostatniej wieczerzy. Drugi raz kiedy uciekając z Rzymu przed prześladowaniami natknął się na Zmartwychwstałego. Za każdym razem pada ta sama odpowiedź: idę na krzyż.

Stara bajka

Zerkam wstecz. Zawsze było źle. Od kiedy człowiek dostał nakaz eksmisji z raju. Zgadza się, próby stworzenia idealnego świata bywały spektakularne i czasem zalatywały sukcesem. Czasem przystrojone w szaty wzniosłych ideologii. Czasem zamknięte w ramach jakiegoś systemu. Ustroju. Religii.

Czasem były prywatnymi wizjami albo marzeniami niepoprawnych idealistów. Ale wszystkie je łączy jedno – nieuchronność porażki. Najprościej jak się da: człowiek jest niezdolny do doskonałości. W wymiarze osobistym, rodzinnym, społecznym, globalnym. To dlatego Bóg musiał się nim stać by pokazać jak to zrobić.

Z fejsa

Taki oto wpis z rana zaatakował oczy moje:

Okropne czasy. Nie martwcie się. Będzie tylko gorzej. Byleby dotrwać do końca.

Jakoś to będzie. Jesteśmy niewolnikami, o czym wiadomo już od dawna. Żadne protesty, rewolucje, bunty tego nie zmienią. Lepiej się przygotowywać w sposób świadomy na najgorsze, aniżeli debilnie wierzyć, że jeszcze będzie dobrze, jeszcze normalnie. Ludzie, przestańmy się wygłupiać.

Nie komentowałem, choć palce świerzbiły. Cały knif na tym właśnie polega, by takie odkrycia traktować jak błogosławione otwieranie oczu, a nie powód depresyjnych stanów. Życie w absolutnej pewności było by nie do zniesienia.

To tak jak spojrzenie w bezkresne, nocne niebo gdzie każda (dosłownie) gwiazda, planeta, galaktyka, czarna dziura i wszystko co tylko może tam być jest znane, zdefiniowane i ogarnięte. Zero tajemnicy. Brak jakichkolwiek powodów do niepewności. Dramat.

Bo, jak to w punkt ujął Tove Jansson (dokładnie, ten od Muminków!), wszystko jest bardzo niepewne i to mnie właśnie uspokaja.

Im gorzej tym lepiej

Kiedy w 1885 roku Ludwik Pasteur wkłuł się igłą w rękę (najprawdopodobniej) jakiegoś ludzkiego królika doświadczalnego by po raz pierwszy przetestować swoją szczepionkę przeciw wściekliźnie, nie zdawał sobie chyba sprawy, że ociera się o regułę absolutnie uniwersalną. Taką, która mieści się w krótkim stwierdzeniu: aby było lepiej, najpierw musi być gorzej.

Ziarno musi obumrzeć, jeśli poważnie myśli o jakimkolwiek plonie. Jezus mówi o tym ujawniając taką oto zaskakującą prawdę: kto straci swoje życie z mego powodu, ten je zachowa. To ewangeliczny przepis na szczepionkę przeciw śmierci. Jest nią śmierć rzecz jasna. On nigdy nie obiecywał, że będzie łatwo. On tylko chciał nas przygotować na to, że będzie trudno.

Pułapka autoprojekcji

Tajemnica szczęśliwości naszych serc wcale nie jest ukryta w zdobywaniu tego co się chce, ale w odkrywaniu tego co się ma. Szczęście to wybór. Możesz je osiągnąć już teraz. Musisz tyko określić, co jest jego źródłem.

Z naszym tytułowym pytaniem problem jest taki, że chcielibyśmy, aby świat szedł tam gdzie mu wskażemy. Ryzykowne oczekiwanie. Życie rzadko bywa takie jak nam się ubździ. Ale to nie jest istota problemu. Jest nią to, że nie potrafimy tej oczywistości zaakceptować. Upieramy się przy swoich projekcjach i od ich urzeczywistnienia uzależniamy nasze szczęście. Błąd.

Spiskowo

Na dobrą sprawę Chrystus był głosicielem największych teorii spiskowych w dziejach. Kiedy straszył wielkimi wojnami, głodem, trzęsieniami ziemi, torturami i ohydą spustoszenia. Kiedy roztaczał niestworzone wizje spadających gwiazd, zaćmionych słońc, czerwonych księżyców, trąbiących trąb i znaku błyskawicy na niebie jako potężnego znaku paruzji.

Kiedy przestrzegał przed fałszywymi prorokami, Antychrystem i (głosem Jana) znamieniem bestii, bez którego wypadniemy poza społeczny nawias. Kiedy mówił, że zostanie zabity i po trzech dniach jakimś cudem wyjdzie z grobu. I kiedy przekonywał, że będzie cały obecny w kawałku chleba i kropli wina. Po to, byśmy mogli Go zjadać. Wierzysz w te teorie?

Zgodnie z planem

Wszystko jest tak jak ma być. Znajomy zakonnik zapewniał, że jak jest źle, to znaczy, że jest po Bożemu. Szukanie komfortu na tym świecie to ryzykowna tendencja. Nasze serca łatwo uzależniają się od wygody i przyjemności. Zaakceptować krzyż. To jest jądro chrześcijańskiej postawy. Nasza cywilizacja sypie się coraz bardziej.

Odpowiedź na pytanie quo vadis świecie brzmi: ku zagładzie. Czymkolwiek ta zagłada miała by być. Taka natura rzeczy. I chyba rzeczywiście jest debilną wiara w to, że będzie lepiej. Że świat się nagle opamięta i o 180 stopni zmieni swój kurs. Nie sądzę.

Arena naszych doczesnych zmagań jest nasączona potem i krwią. Bo tak ma być. Zawsze można zamknąć oczy i pomarzyć. I wyobrazić sobie świat, w którym nie ma korony, ekstremistów, moralnie zdeprawowanych polityków, wojen, biedy i całego tego gnoju. Ale takiego świata nigdy nie będzie. Może kiedyś.

Teraz jest padół łez i Chrystus, którego uchwycenie się daje gwarancję tego padołu przetrwania. Możesz w Chrystusa i Chrystusowi nie wierzyć. Ale co w zamian? Uwierzysz Billowi Gatesowi?

Pan w okularach

Gates przepowiedział kilka rzeczy, które się sprawdziły. Litania jest spora: porównywarki cenowe, urządzenia mobilne, płatności online, internetową opiekę medyczną, monitoring domu, media społecznościowe i automatyczne oferty reklamowe.

Prorok? Nie. On po prostu powymyślał te elektroniczne cuda i wiedział w jakim kierunku to wszystko będzie szło. Przewidział też pandemię. Teraz przewiduje kolejną. Podobno znacznie gorszą. To Bill Gates jest globalną twarzą ekologii i depopulizacji świata. W tym kontekście na pytanie quo vadis świecie pada ta sama odpowiedź.

Kupiłem niedawno kiełbasę w uwielbianym przez polaków dyskoncie. W plastikowym, przezroczystym  opakowaniu. Refleksja przyszła w kolejce do kasy. Mój Boże – pomyślałem – takich plastikowych opakowań są na świecie miliardy! A to i tak wierzchołek góry.

Nie trzeba być prorokiem, by odkryć, że jest nas już prawie 8 miliardów i że nasza planeta dostaje zadyszki. Ale uważam, że problemem wcale nie jest ilość ludzi. Problemem jest wołająca o pomstę do nieba dysproporcja w podziale dóbr. 1% populacji ma w swoich łapach 90% pieniędzy globu. Tu jest problem. Gdyby ten procent zechciał się podzielić z resztą świata wiele bolączek zniknęło by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ale nie chce, więc trzeba myśleć o depopulacji.

W prawdzie

Nie chodzi o to, by pałować się czarnymi scenariuszami. Ani o to by popadać w naiwny, ślepy optymizm. Chodzi o to, by uczciwie stwierdzić jak jest (a jest źle) i powiedzieć sobie, że to dobrze, że tak jest. Bo tak ma być.

Wejść w bolesną rzeczywistość z akceptacją własnej bezsilności i dezorientacji jako czegoś absolutnie oczywistego. Byle z Jezusem. James Thurber powiedział: żyj tak jakby każdy dzień był twoim ostatnim. Bo naprawdę może nim być. Wtedy odkryjesz prawdę, która uczyni cię lekkim jak ptak. Odkryjesz, że tak naprawdę mało cię obchodzi to dokąd zmierza ten świat.

Zacznie cię interesować to, dokąd zmierzasz ty sam. Zakończę jeszcze jedną (kto wie czy nie największą) teorią spiskową Jezusa: kto wytrwa do końca ten będzie zbawiony. Mt 24, 13. Wiele teorii spiskowych okazało się prawdą. Czuję, że ta też taką będzie.