10 kwietnia| Artykuły

Od membrany, rylca i tuby do YouTube’a. Czy technologia zastąpi real?

Alexander Graham Bell pierwotnie wcale nie chciał konstruować telefonu. On planował wynaleźć aparat słuchowy dla słabosłyszących! I wynalazł, ale to było pudło tak wielkie, że się nie przyjęło. I zupełnie przypadkowo połączono drutem dwa takie pudła. Okazało się, że dźwięk po drutach przechodzi z jednego do drugiego. Bell stiltował. Prawo patentowe do telefonu otrzymał 7 marca 1876 roku.

Tak zaczyna się historia przesyłania na odległość najpierw dźwięku, potem obrazu. Najpierw po drucie. Potem bez. Tak również zaczyna się historia symulowania rzeczywistości za pomocą elektronicznych wynalazków. Coraz doskonalszych. Przerażająco doskonalszych.

Zatrzymać dźwięk

Człowiekowi, który urodził się w świecie opanowanym przez wynalazki typu radio/telewizja/kasety magnetofonowe/płyty gramofonowe/(docelowo internet) trudno wyobrazić sobie, że kiedyś tego nie było! Mi na przykład trudno. Choć muzyka była zawsze. To co – myślę sobie – jak fani chcieli kiedyś posłuchać Bacha albo Chopina pozostawał im jedynie live? Dzisiaj kompletnie nie do wyobrażenia! Mojego ukochanego Johna Scofielda miałbym posłuchać tylko dwa razy w życiu? Bo dokładnie na tylu jego koncertach byłem! Nie. Gdyby nie było płyt i mediów prawdopodobnie w ogóle nie wiedziałbym, że ktoś taki jak John Scofield istnieje. Kiedy to do mnie dociera uświadamiam sobie, jak bardzo świat się zmienił.

Pierwszym krokiem tej rewolucji było wynalezienie sposobu zapisania dźwięku na jakimś nośniku, by potem móc go wielokrotnie odtwarzać. Starożytni już podobno kombinowali. Chcieli stworzyć naczynie o takim kształcie, by wypowiedziane do niego słowa zostały tam uwięzione. Bez skutku oczywiście. Dopiero w 1857 roku niejaki Édouard-Léon Scott de Martinville ruszył temat. Stworzył ustrojstwo pod nazwą fonoautograf. Zasada tak naprawdę stosowana do dzisiaj w klasycznych gramofonach – membrana, rylec i tuba. 9 kwietnia 1860 roku dokonał pierwszej udanej próby zapisu dźwięku. Niestety próba jego odtworzenia już udaną nie była. Ale udało się to kilka lat później, kiedy w 2008 (sic!) grupa amerykańskich naukowców natrafiła na ten zapis w paryskich archiwach. Stosując komputerowe tricki odtworzyła po raz pierwszy to, co w 1860 roku na swoim fonoautografie zapisał de Martinville. To francuska pieśń ludowa Au Clair de la Lune. Niesłychane, że możemy sobie tego teraz posłuchać! Tak, pierwszy w dziejach naszej cywilizacji nagrany głos brzmi tak:

To było kilkanaście lat przed fonografem Edisona. Co Wy na to?

Rewolucja

Tak jak oszalał świat, gdy otrzymał wynalazek Gutenberga, tak oszalał, gdy nauczono się jak rejestrować i multiplikować dźwięk. Tak, że każdy mógł taki dźwięk zabrać ze sobą do domu i w dowolnej chwili go odtworzyć. Równolegle dokonywały się rewolucje techniczne w innych obszarach. Pomału zaczęto dobierać się do obrazu, do przesyłania i rejestrowania go wraz z dźwiękiem. Najpierw po drutach, potem dzięki falom radiowym. Najpierw było mono. Potem przyszło stereo. Najpierw było czarno-biało. Potem kolorowo. Płyty winylowe, taśmy magnetofonowe, kasety VHS, CD, DVD, MP3, chmura. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić?

Inny świat

Od pierwszego eksperymentu Édouard-Léon Scott de Martinville w 1860 roku do dzisiaj minęło zaledwie 161 lat. Postęp techniczny wykonał w tym czasie tak duży skok, że aż trudno w rozmiar tego skoku uwierzyć. Sam pamiętam czasy, kiedy telefon bez drutu był jedynie gadżetem z filmów o Agencie 007, a posiadanie choćby jednej płyty ulubionej kapeli zza oceanu zakrawało na cud. A dzisiaj? Nie ruszając się ze swojego pokoju możemy jednym kliknięciem myszki zaserwować sobie dowolną muzykę świata, dowolny film i bez problemu pogadać (ba, nawet pooglądać się) z wujkiem z Australii. Całe nasze życie jest (albo przynajmniej może być) rejestrowane na cyfrowych nośnikach. Wszystko co powiemy, zrobimy, zagramy czy zaśpiewamy może być nieskończoną ilość razy odtwarzane. I to w jakości, o jakiej de Martinville’owi, Edisonowi i Bellowi razem wziętym nawet się nie śniło. Nie za dużo tego dobra?

Kultura online

Człowiek z czasem staje się niewolnikiem swoich wynalazków. Zawsze tak było. Nie da się ukryć, że era radiowych i telewizyjnych fal, kompaktowych płyt i innych takich klasycznych rozwiązań jest zdominowana przez internet i całą tą cyfrową potęgę. Pandemia tą potęgę wzmocniła jeszcze bardziej. Oto okazuje się bowiem, że Covid 19 nie przenosi się drogą internetową. Więc spora część naszego życia przeniosła się do internetu. I nie zanosi się na to, by to miało się jakoś zmienić. Ok, rozumiem online’ową transmisję czegoś tam, bo odległość nie pozwala na spotkanie w realu. Ale dzisiaj mamy inny problem. Życie nam się „zonlajniło”. To nie jest śmieszne. Online’owa jest nauka, praca, życie religijne i towarzyskie, handel. Online’owa wreszcie stała się kultura. I tu dochodzę pomału do meritum tekstu. Czy rzeczywistość online’owa jest jakąś alternatywą dla kultury? NIE.

Na żywo

Online’owa rzeczywistość może być wsparciem dla kultury, narzędziem jej promocji i docierania do ludzi. Zgoda. Ale nie może jej zastąpić. Z prostego powodu: istotą kultury jest żywy kontakt z człowiekiem. Ja tak uważam. Wiem, wiem, kinomaniacy się odezwą: film jest ważną dziedziną kultury, a jest sztuką celuloidową! Przyjmuję argument uznając go jednak za wyjątek potwierdzający regułę. Co byś wybrał: wypasioną transmisję online z niemniej wypasionego koncertu swojego idola czy jego skromny, solowy recital w jakimś klubie, ale na żywo? A dlaczego jakoś tak jest, że ludzie na weselach lepiej bawią się przy dalekich do doskonałości kapelach grających na żywo, niż przy perfekcyjnej muzyce mechanicznej? Online nie jest żadną przyszłością dla muzyki, dla kultury. Może być chwilowym schronieniem by przetrwać trudny czas, ale na dłuższą metę internet kulturę zarżnie. Pozbawi ją prawdy, spontaniczności, interakcji. I co my z tym zrobimy, bo jakoś nie zanosi się na lepsze?

Prawie Matrix

Sieć stała się dla nas substytutem prawdziwego życia. Już nie wspominam o wpływie jaki na dziecięce mózgi mają internetowe gry czy całodobowe zrośnięcie ze smartfonem. Życie towarzyskie nam gaśnie. Przenosi się do przeklętych portali społecznościowych. Cybernetyczne firmy oferują wirtualne światy, w których po nałożeniu odpowiednich kasków i kombinezonów można się nawet nieźle zabawić. Tylko dokąd to zmierza?

Kilka dni temu wyczytałem co zwiastuje światu Mark Zuckerberg. Pomyślałem sobie – mój Boże, świat się kończy… A zwiastuje szef FB, że do 2030 roku (czyli niebawem) inteligentne okulary wykorzystujące VR i AR (nie mam bladego pojęcia co to jest VR i AR) umożliwią nam pewien rodzaj teleportacji pozwalający na spotkania i podróże do złudzenia przypominające te z realnej rzeczywistości. Zdaniem zwiastującego sprawi to, że będzie nam się lepiej żyło, wyeliminujemy z naszego życia zbędne podróże i ograniczymy (ku uciesze Grety Thunberg) niekorzystne zmiany klimatu na ziemi. Naprawdę?!

Tego nawet nie da się komentować. Kiedy lata temu zobaczyłem Matrixa, do głowy mi nie przyszło, że to może być film proroczy. Dzisiaj takie myśli do głowy mi jednak przychodzą. A zaczęło się tak niewinnie. Od zwykłej membrany, rylca, tuby i francuskiej pieśni ludowej.