5 maja| Artykuły

Emocje

Emocje są jak przyprawy. Posolisz za bardzo - źle. Przesłodzisz - też źle. Ale każdy smak we właściwych ilościach jest potrzebny jeśli chcemy, aby życie smakowało.

Skoro emocje są jak przyprawy, to znaczy, że to my powinniśmy decydować o ich ilości i natężeniu. Więc dlaczego większość z nas żyje w przekonaniu, że nie panuje nad swoimi emocjami? Spróbujmy rozwiązać tą zagadkę.

Ukryty wróg

Prawda o tym, że najbardziej niebezpiecznym wrogiem jest ten, o istnieniu którego nie mamy pojęcia jest znana od zawsze. Skutecznie wykorzystali ją konstruktorzy Konia Trojańskiego. Żadna armia nie jest groźniejsza od tej, której nie widać. Cała idea duchowej walki bazuje na odkryciu, że walczymy z wrogiem, który robi wszystko byśmy przestali w niego wierzyć.

Z emocjami jest podobnie. Wpływają na nasze życie totalnie. Sprawiają, że bezwiednie lawirujemy pomiędzy stanem szczęśliwego upojenia a depresją. Ale tak naprawdę nie jesteśmy ich świadomi. A przynajmniej nie jesteśmy świadomi mechanizmów, w oparciu o które funkcjonują, robiąc z nami co chcą. Dopóki tak będzie, rzeczywiście można poczuć się ich niewolnikiem. Ale tak być nie musi. A nawet nie powinno.

Jest w nas wiele silnych emocji, które w sytuacjach kryzysowych próbują z wielką siłą wydostać się na zewnątrz. Jak lawa podczas erupcji wulkanu. Co wtedy robimy? Tłumimy je. Wstydzimy się je okazywać, bo myślimy, że są przejawem naszej słabości. Oznaką braku panowania nad sobą. Wstydzimy się łez. Wstydzimy się niekontrolowanych wybuchów złości czy euforycznych stanów. To nie jest dobre.

Po pierwsze oszukujemy innych taką grą. Często są to osoby nam najbliższe, które nie wiedzą z kim żyją. Po drugie dusimy się, bo tłumione emocje buzują okrutnie, domagając się uwolnienia. Od tego należy zacząć. Od uświadomienia sobie swoich emocji i spuszczenia powietrza z tego nadętego balonu.

Nie uciekaj

Najczęściej staramy radzić sobie z silnymi (negatywnymi, bo te pozytywne zazwyczaj nam nie przeszkadzają) emocjami na trzy sposoby. Najpierw odwracamy od nich wzrok, próbując udawać, że ich nie ma. Potem robimy życiowe uniki kombinując tak, by omijać sytuacje, w których nas dopadają. I w końcu trzeci etap – ucieczka. W desperacji uciekamy na księżyc, by całkowicie odciąć się od rzeczywistości, która generuje w nas znienawidzone uczucia.

Z tym księżycem to oczywiście żart. W rzeczywistości taka desperacka ucieczka przed emocjami może być przeprowadzką do innego miasta. Zmianą pracy. Rozwodem. Skokiem w używki. W skrajnych przypadkach samobójstwem. Brzmi groźnie, ale z naszą psychiką nie ma żartów. Pozbawiona naszej troski i kontroli może doprowadzić nas do piekła.

Nie uciekajmy przed emocjami, bo… nie uciekniemy przed nimi! Problem z nimi zawsze tkwi w nas, więc gdziekolwiek byśmy się udali, one zawsze pójdą za nami. Ale nie pozwólmy też emocjom przejąć kontroli nad naszym życiem. Stańmy przed nimi jak przed wielkim bałaganem w domu i zaopatrzeni w odpowiednie narzędzia po prostu zacznijmy sprzątać.

Kumulacja

Nieuświadomione, stłumione i nagromadzone przez lata silne emocje sprawiają, że cierpimy. Żyjemy, ale czujemy, że jest z nami coś nie tak. Że nie wszystko działa poprawnie. Jesteśmy zanurzeni w jakimś smutku, lęku czy złości i nie wiemy skąd się to wzięło. I jak sobie z tym dać radę. Więc nie chcąc ruszać tematu dalej posłusznie idziemy przez życie z tym przeklętym jarzmem.

Uformowało nas dzieciństwo, środowiska w których wzrastaliśmy, rzeczy, które czytaliśmy, które oglądaliśmy i które słuchaliśmy. Zostaliśmy jakoś tam zaprogramowani. I nie sądzę, że istnieje choć jedna osoba, której w procesie tego programowania czegoś nie spieprzono. A skoro coś zostało zaprogramowane, to znaczy, że można to przeprogramować. Ale bądźmy realistami. Wiele da się naprawić, ale nie da się naprawić wszystkiego. Nie o to chodzi.

Chodzi o to byśmy odkryli, że nasza emocjonalność jest takim samym obszarem do pracy jak nasze ciało czy duchowość. Chodzi o to, by nie traktować jej jak statku bez kapitana, który bezwiednie dryfuje po wzburzonych wodach życia. Kto ma być tym kapitanem jak nie my? Musimy chwycić za ster i próbować płynąć tam, gdzie chcemy, a nie tam gdzie nas znosi. I nie ma nic złego w tym, jak poprosimy o pomoc drugiego człowieka. Po coś Bóg daje nam innych ludzi. Wykorzystajmy to.

Becz, śmiej się i wściekaj

W procesie tego programowania każdemu z nas wygenerował się w umyśle jakiś obraz samego siebie. Obraz kogoś, kim (zgodnie z tym zaprogramowaniem) powinniśmy być. I napinamy się, by obrazowi sprostać.

Stereotyp faceta jest taki: opanowany, stabilny, silny. Na pierwszy rzut oka niby OK. Ale jest w tym pewna pułapka – nic bardziej nie pozbawia nas tej stabilności niż desperackie próby jej okazywania. W momencie kiedy tak strasznie chcemy być postrzegani jak oazy spokoju już takimi nie jesteśmy. Rodzi się w nas napięcie. Obawa przed tym, że inni zobaczą nasze prawdziwe oblicze.

Mała wspólnota to bardzo fajny wynalazek. Można tam być sobą. Przynajmniej do pewnego momentu. Jest coś pięknego i uwalniającego kiedy ludzie zrzucają swoje maski i pozwalają sobie na obnażenie uczuć. Ci, którzy ich nie tłumią (nawet jeśli to jest wściekłość) są prawdziwi. Podświadomie z takimi chce się być, bo nie czujemy się oszukiwani.

Są tutaj dwa dna. Przynajmniej. Pierwsze – boimy się ujawnić swoje uczucia. Drugie – boimy się ujawnić tego, że się boimy je ujawnić. Życie w kłamstwie to masochizm. Perfect śpiewał: chcemy być sobą! Więc bądźmy. Beczmy, śmiejmy się i wściekajmy. Niech świat się dowie kim jesteśmy.

Rozbrojenie

Zgodzić się na prawdę to najtrudniejsze wyzwanie życia. Ale jedyna tak naprawdę droga do szczęścia i wolności. Ukrywana emocja staje się z czasem coraz silniejsza i zdobywa nad nami coraz większą władzę. Emocję dobrze uwolnioną mamy szansę rozbroić i unieszkodliwić. To doświadczenie wielu osób. Porzucenie masek i pogrzebanie strategii sztywnego udawania kogoś kim się nie jest zawsze działa uwalniająco. Przynosi ulgę i ukojenie. I świadomość tego, jak beznadziejnym pomysłem było desperackie kamuflowanie prawdy o sobie.

Może się okazać, że przez całe swoje życie udawałeś drogi Czytelniku inną osobę. Może się okazać, że ja mam ten sam problem. Bez względu na to kiedy się to odkryje, zawsze jest szansa by coś z tym zrobić.

Działanie

Kiedy już wiemy, możemy zacząć działać. Nie doradzę. Totalnie indywidualna sprawa. Ja tylko mogę zachęcić siebie i Was by zacząć traktować naszą emocjonalność jak wielki dar, o który trzeba zadbać. Nie robiąc nic – nic nie zrobimy. Jak coś boli to sytuację się diagnozuje i leczy. To kwestia naszej odpowiedzialności za dar życia.

Wielu z nas, kiedy ciało wysyła niepokojące sygnały, zamiast coś z tym zrobić – ignoruje to. Tak latami. Potem często już jest za późno. Dbajmy o siebie nie tylko dla nas. Też dla tych, którym służymy. Mam w sobie takie przekonanie, że największy opór stawiają Bogu nie ci, którzy pełni są gwałtownych emocji, ale ci, którzy je ukrywają. To trochę jak z grzechem. Nasze upadki nie są dla Boga żadnym problemem. Ale to, że nie potrafimy się do nich przyznać już tak.