14 maja| Artykuły

Czy coś mi się należy?

Mógłbym odpowiedzieć krótko, że nic nam się nie należy i skończyć temat. Ale żyjemy tak jakby wszystko nam się należało, więc jest o czym pisać.

Jedna z fundamentalnych zasad życia duchowego mówi, że wszystko jest darem. Niczego nie mamy prawa żądać i za wszystko mamy obowiązek dziękować. Tymczasem każdy nasz oddech przesiąknięty jest roszczeniem i mamy spory problem z prostą postawą wdzięczności. Nadęta pycha bez trudu rozrywa gorset pokory. Nieznośnym staje się dla nas życie w poczuciu kruchości, zależności i wdzięczności. Budujemy gmachy naszej potęgi by poczuć rozkoszny smak bycia niezależnym. By poczuć się jak ktoś, kto rządzi i panuje. Jak ktoś, komu dzięki własnej sile i wspaniałości należy się od życia wszystko to co najlepsze. Chcemy być Bogiem i tyle.

Życie jest darem

Kayah śpiewa:

Dziś wiem, że to życie darem jest. I nie waż się zmarnować go niekochaniem. A gdy kochasz, nie bój się. Miłość może wszystko. I dzięki niej każdy cud się stanie.

Piękne i prawdziwe. Samo życie jest darem niezasłużonym. Więc tym bardziej wszystko to, co się w nim wydarza. Antynataliści torpedują swoją filozofią taką koncepcję. Tą bezwarunkową afirmację życia. Tą wdzięczność za nie. Tą zależność wobec Kogoś, kto nam je ofiarował. Oni uważają, że cierpienie dyskwalifikuje jego sens. Chcieliby, aby człowiek przestał się rozmnażać. I w efekcie wymarł. Po to, by cierpienie nie miało na kim żerować. Zamiast wdzięczności za życie, jest oskarżenie o to, że się je dostało. Można i tak. Pod warunkiem, że nie spotkało się Jezusa. Po takim spotkaniu wszystko się wyjaśnia. Odkrywasz, że to nie cierpienie odbiera życiu sens, ale brak miłości.

Czy Bóg kocha tak samo?

Problemem dla nas nie jest to ile mamy. Problemem jest to, że inni mają więcej. Bo jak to mówi stare powiedzenie – czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Zastanawiam się skąd ostatnio taka epidemia depresji i samobójstw wśród młodych? Mam swoją teorię. Nasze życie przeniosło się do sieci jeszcze bardziej niż przed pandemią. Dziennie faszerujemy się przytłaczającą ilością informacji o życiu milionów innych ludzi na świecie.

Jak muchy do ultrafioletu jesteśmy przyciągani przez informacje o ich sukcesach, pieniądzach, talentach, szczęściu. Siłą rzeczy porównujemy się. I depresja gotowa. Zawsze znajdą się lepsi. Z neurotyczną zazdrością podglądając ich życie rodzi się w naszym sercu roszczeniowe pytanie: dlaczego ja tego nie dostałem? A kto powiedział, że ci się to należy? Bóg kocha wszystkich tak samo, ale każdemu inaczej to okazuje. Albo to zaakceptujesz, albo będziesz się męczył przez całe życie.

Nic czyli wszystko

Na anty-roszczeniową postawę setnika z mateuszowej Ewangelii zwrócił uwagę ks. Jaklewicz. I ja to zrobię.

A gdy był już niedaleko domu, setnik wysłał do Niego przyjaciół ze słowami: Panie, nie trudź się, bo nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój. I dlatego ja sam nie uważałem się za godnego przyjść do Ciebie. Lecz powiedz słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! – a idzie; drugiemu: Przyjdź! – a przychodzi; a mojemu słudze: Zrób to! – a robi. Mt 8, 8-9.

Jądro prawdziwej wiary zawiera w sobie te dwie na pierwszy rzut oka sprzeczności – wiem, że nic mi się nie należy i wiem jednocześnie, że Bóg chce mi wszystko dać. Ale nie WSZYSTKO w sensie spełnienia rwącego potoku moich pragnień. WSZYSTKO w sensie tego, co jest mi potrzebne do szczęścia. A któż lepiej niż On wie, czego mi trzeba? Myślenie setnika jest takie: nie należy mi się to, ale wiem, że możesz i chcesz mi to dać!

Prosić się czy nie prosić?

To że nic się nam nie należy, nie znaczy, że nie wolno nam o nic prosić. Można prosić o wszystko. Ale jako o niezasłużony dar. Taka jest Boża ekonomia. Na nasze pokorne prośby Bóg jest otwarty na oścież. Ale na nasze żądania jest zamknięty jak sejf w Banku Narodowym.

Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą. Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień? Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą. Mt 7, 7-11

To co dobre

To jest najtrudniejszy moment w tym porządku. Zaakceptować fakt, że to Bóg wie lepiej od nas co jest dla nas dobre. To dlatego nie zawsze dostajemy to o co prosimy. Ale czasem dostajemy dokładnie to, o co prosimy! A nawet więcej! Wrzucam krótkie świadectwo mojego serdecznego znajomego. Nie żądał, tylko bardzo wytrwale prosił. Dokładnie tak w tej Ewangelii powyżej. A było to tak:

Byłem wtedy najbardziej niepotrzebnym aktorem w mieście. Prosto po studiach aktorskich, nieopierzony, dostałem etat w Szczecinie i trafiłem na spektakle, których nie do końca rozumiałem, nie umiałem się wpasować w układy personalne… I grałem już kolejny rok same „ogony”. No, jak to mówią: „piątą nieostrość w siódmym rzędzie”. Jednym słowem kicha. Taka najgorsza, jaką możecie sobie wyobrazić. Często musiałem wykonać ogromny wysiłek, żeby wstać z łóżka. Przegrany, nie nadający się do niczego. I spotkałem dziwnych chrześcijan. Takich, którzy wszystko, ale to WSZYSTKO w modlitwie zawierzają Bogu. Z początku wydało mi się to dziwne – zawracać Bogu głowę, że mam za mały samochód… Ale jeden z nich załatwił mnie koncertowo. Zapytał: A ty, jak ci się dziecko urodzi, będziesz interesował się tylko, jakie ma stopnie i zachowanie? Czy będziesz chciał dać mu wszystko, czego potrzebuje? – No pewnie, że wszystko – odpowiedziałem, zbity z tropu, bo nie bardzo wiedziałem, co to ma wspólnego z rozmową o Bogu. – Ok. I myślisz, że jesteś lepszym ojcem niż Bóg?

To mnie otrzeźwiło. Powiedziałem do mojej żony: – Chcę ten miesiąc modlić się i pościć w intencji mojej pracy. Niech Bóg zrobi ze mną wszystko, co zechce, bylebym nie tkwił w tym miejscu co teraz.Żona spojrzała przeciągle. -Ale wiesz, że jak ty serio Boga o to poprosisz, to On serio odpowie? Na pewno jesteś gotowy na WSZYSTKO?

To mnie trochę przeraziło. Nie miałem jeszcze takiego zaufania do Niego. Ale to uczucie utraty marzeń doskwierało mi tak, że już było mi wszystko jedno. Zacząłem dobijanie się do Nieba.

Na efekt nie czekałem długo. Wywalili mnie z roboty. To był piątek. Następnego dnia roboczego, już w poniedziałek, siedziałem na rozmowie u dyrektora Teatru Muzycznego w Gdyni. I dostałem angaż od następnego sezonu. Od razu wpadłem w taki wir pracy, że nie miałem czasu nawet dogrywać starych spektakli w moim poprzednim teatrze. Na dodatek dostałem propozycję nauczania zawodu. Ta decyzja zawierzenia swojej kariery Bogu poprowadziła mnie w miejsca niesamowitego rozwoju. Dodała skrzydeł. Dziś z moim zaufaniem jest raz lepiej raz gorzej. Ale to wspomnienie zawsze przywraca mnie do pionu. Jakub.

Jak mówiłem – nic nam się nie należy, ale Bóg chce nam wszystko dać. Dodam – wszystko to co dobre.