16 maja| Artykuły

Czy cuda rzeczywiście się zdarzają?

O cudach będzie. Zapotrzebowanie na nie jest ponadczasowe. Fascynacja zjawiskami, których nie da się racjonalnie wyjaśnić dopada każdego.

Lubiłem chodzić do cyrku. Ale nudziłem się okrutnie, kiedy na arenie pojawiały się słonie i pudle. Albo akrobaci. Ale jak do akcji wkraczał iluzjonista, zamierałem z wrażenia. Wydawało mi się, że jestem świadkiem małych cudów. Choć w głębi zdawałem sobie sprawę, że nimi nie są. Iluzja to iluzja. Czy w dzisiejszym świecie zdarzają się jeszcze PRAWDZIWE cuda? Czy są rzeczy, wobec których współczesna nauka i ludzki umysł są bezradne? Są. Oto wybór subiektywny.

Taniec słońca

Fatimskie objawienia są uznane przez Kościół. A to znaczy, że zostały prześwietlone na wszystkie możliwe sposoby. Umówmy się, Kościół jest wyjątkowo niechętny i opieszały by dawać glejt takim sensacjom. No, ale tym fatimskim akurat dał.

Jak pamiętamy, chodzi o trójkę portugalskich pastuszków – Łucję, Hiacyntę i Franciszka, która od 13 maja 1917 roku miała comiesięczne audiencje u Matki Bożej. Brzmi jak opowieść nie z tej ziemi, wiem. Ale ostatecznie taką jest. I podczas jednego z takich widzeń Maryja zapowiedziała cud, który miał uwiarygodnić prawdziwość jej orędzi. Jest 13 października 1917 roku. Tego dnia do Fatimy zjechało blisko 70 tysięcy ludzi – wierzących, ateistów, dziennikarzy z największych portugalskich gazet, naukowców. Nagle spadł ulewny deszcz. Po chwili przestało padać, a zza chmur wyszło słońce. To co stało się chwilę potem wstrząsnęło wszystkimi. Antonio A. Borelli opisuje to tak:

Słońce lśniło, ale nie oślepiało. W pewnym momencie ogromna kula zaczęła tańczyć na niebie. Kręciła się z ogromną prędkością wokół własnej osi. Zatrzymała się, by znów wpaść w wir. Następnie słońce zaczęło przybierać różowy kolor na krawędziach i ślizgać po niebie, wirując i rozsypując czerwone snopy płomieni. Trzykrotnie ożywiona szaleńczym ruchem kula ognia zaczęła drżeć i trząść się. Wydawało się, że opadając ruchem zygzakowatym, spadnie na przerażony tłum. Wszystko to trwało około dziesięciu minut. Na końcu słońce wspięło się znów wijącym ruchem do punktu, z którego zaczęło opadać, na nowo przyjmując swój spokojny wygląd i odzyskując zwykłą jasność swego światła.

Dokładnie to samo widziało 70 tysięcy luda. Wszyscy, którzy tam byli. Do dzisiaj nauka nie ma pojęcia co z tym zrobić. Richard Dawkins przebąkuje coś o zbiorowej halucynacji. No, ale to jest Dawkins, więc luz.

Samson z Chorwacji

26 sierpnia 1988 roku peruwiańska łódź podwodna Pacocha dopływała do portu Callao. Nagle uderzył w nią japoński statek rybacki. Do Pacochy zaczęła wlewać się woda. Kapitan łodzi zginął od razu. Wtedy dowodzenie przejął chorwat, Roger Luis Cotrina Alvarado. Nie wnikając w szczegóły – Pacocha coraz bardziej przepełniona wodą opadała na dno. Włazu, przez który woda dostawała się do łodzi nijak nie dało się ruszyć. Napór wody miażdżył. Roger natchniony jakąś duchową intuicją westchnął o pomoc do chorwackiej zakonnicy Marii Petković, założycielki Zgromadzenia Córek Miłosierdzia. Westchnął raz, drugi. Nagle bez problemu podniósł klapę, zamknął właz ratując siebie i resztę załogi.

Nie było by w tymi nic aż tak nadzwyczajnego, gdyby nie raport konsulty technicznej badającej wypadek. Ustaliła ona ponad wszelką wątpliwość, że Pacocha w momencie zamykania włazu była na głębokości między 12 a 20 metrów. A to znaczy, że Roger Luis Cotrina Alvarado musiał w momencie jej zamykania dysponować siłą zdolną pokonać opór o sile między 4 a 6 ton (sic!). Konsulta kwituję sprawę tak: Ten manewr, wykonany przez porucznika Cotrinę w bardzo krótkim czasie jest racjonalnie, naukowo i technicznie niewytłumaczalny. Jan Paweł II beatyfikował Marię Petković 6 czerwca 2003 roku.

Daj mi nogę

Książkę Vittorio Messori CUD przeczytałem jednym tchem. Opowiada autentyczne wydarzenia z 1640 roku. To dosyć dawno. Ale w całej historii nie istnieje bardziej udokumentowany cud. To właśnie to niezbite, racjonalne do bólu udokumentowanie jest w tej historii najbardziej wstrząsające. A było to tak.

Miguel Juan Pellicer jako młody chłopak uległ groźnemu wypadkowi. W jego wyniku w szpitalu amputują mu nogę. Michuel to pobożny chłopak. Żarliwie modli się za wstawiennictwem Matki Bożej z Pillar licząc na cud. Po 29 miesiącach, 29 marca 1640 roku Pellicer po wieczornej modlitwie kładzie się spać. Zasypia. Matka cichutko wchodzi do jego pokoju i doznaje szoku – jej syn ma dwie zdrowe nogi. Wieść o tym wydarzeniu momentalnie rozchodzi się po świecie. Nikt w to nie chciał uwierzyć. Chłopak jest nawiedzany przez władze kościelne, sceptycznych lekarzy, świadków i notariuszów, którzy dokumentowali każdy szczegół tej historii. Zrobiono wszystko, by udowodnić ściemę. Nie udało się. Polecam książkę. Naprawdę, historia czad.

Bezsenność w Chateauneuf-de-Galaure

Historia tej stygmatyczki jest jedną z najbardziej niezwykłych. Marta Robin, założycielka religijnych wspólnot Ogniska Światła i Miłości. Poziom umiłowania Chrystusa i mistycyzm, który dla większości śmiertelników jest absolutnym kosmosem. W wieku 16 lat zachorowała na wirusowe zapalenie mózgu, które w 1926 roku doprowadziło ją do całkowitego paraliżu. Od tej chwili aż do śmierci w 1981 roku nie opuszczała swego łóżka w małej miejscowości Chateauneuf-de-Galaure pod Lyonem. Sparaliżowany miała także przełyk. A to oznaczało, że nie mogła jeść ani pić.

To nie wszystko. Nie mogła też spać. Czujecie? Przez pół wieku nie jadła, nie piła i nie spała! Jedynym jej pokarmem była Komunia Święta, którą przyjmowała raz w tygodniu. W jakiś zupełnie niepojęty dla nas sposób uczestniczyła w męce i śmierci Chrystusa jednocząc się z Nim w tym misterium. Co tydzień. Przez jej małą izdebkę przewinęły się dziesiątki tysięcy ludzi. W tym sceptyków, lekarzy i naukowców. Nikomu nie udało się udowodnić oszustwa. Historia cudowna.

Serce

Cuda eucharystyczne to osobna kategoria. Do tej pory naliczono ich 132 od 750 roku. Tak jakby Bóg chciał zapewnić człowieka: Ja tam naprawdę jestem! Jeden z ostatnich naukowo potwierdzonych i uznanych przez Kościół cudów eucharystyczny wydarzył się w Buenos Aires 18 sierpnia 1996 roku.

Po Mszy w kościele Santa Maria ks. Alejandro Pezet podniósł z podłogi porzuconą przez kogoś konsekrowaną hostię. Początkowo chciał ją spożyć, ale była dosyć brudna więc wylądowała w naczyniu z wodą, a naczynie włożył do tabernakulum. Zerknął tam kilka dni później. Hostia się powiększyła i zamieniła w krwawy mięsień. Po miesiącu ks. Pezet umieścił rozrośniętą hostię w wodzie destylowanej. Nic to nie dało. I tak przeleżała aż 3 lata.

W końcu w 1999 roku metropolita Buenos Aires kardynał Jorge Mario Bergoglio (dokładnie tak, późniejszy papież Franciszek) zarządza by sprawą zajęli się naukowcy. Próbkę przesłano do fachowców w USA nie informując skąd pochodzi. Badano ją w dwóch niezależnych laboratoriach w San Francisco i w Nowym Jorku. Dr Frederic Zugibe, kardiolog i patolog medycyny sądowej orzeka: badany materiał jest fragmentem mięśnia sercowego znajdującego się w ścianie lewej komory serca, z okolicy zastawek. (…) Mięsień sercowy jest w stanie zapalnym, znajduje się w nim wiele białych ciałek. Wskazuje to na fakt, że serce żyło w chwili pobierania wycinka (…). Co więcej, białe ciałka wniknęły w tkankę, co wskazuje, że to serce cierpiało, np. jak ktoś, kto był ciężko bity w okolicach klatki piersiowej. Wierzysz w cuda?

Płótno

Najbardziej fascynująca relikwia wszech czasów. Dla wielu świadek największego cudu – zmartwychwstania Jezusa. Jeżeli to płótno naprawdę jest tym, za co uważają ją miliony ludzi na świecie, to odlot totalny. A wszystko wskazuje na to, że Całun Turyński tym płótnem jest. Nawet teraz pisząc to, dotyka mnie niewiarygodność faktu, że świat może mieć dzisiaj w rękach taką rzecz.

Spór o całun Turyński trwa od dziesięcioleci. Żaden inny przedmiot na globie nie był poddany tak wnikliwym badaniom i obserwacjom. Do dzisiaj nikt nie ma bladego pojęcia, jak w ogóle ten wizerunek powstał. Na płótnie są ślady ludzkiej krwi o czerwonym zabarwieniu i z zawartością bilirubiny, co jest właściwe dla osób, które zostały pobite bądź torturowane. Protestancki botanik i kryminolog poświęcił Całunowi połowę życia. Pobrał i rozpoznał na nim 58 rodzajów pyłku kwiatowego. Większość z okolic Bliskiego Wschodu. Jedno z setek naukowych zeznań:

Liczna obecność cząsteczek kreatyniny powiązanych z cząsteczkami ferrihydrytu nie jest typowa dla zdrowych osób. Przeciwnie, jest oznaką silnych, wielokrotnych urazów ponoszonych przez osobę, której ciało owinięto w płótno. Z badania wynika, że mężczyzna, którego zwłoki okryto całunem, poddany został torturom przed krwawą śmiercią.

To stwierdził prof. Giulio Fanti z Uniwersytetu w Padwie. O Całunie Turyńskim można gadać godzinami. I chociaż ani nauka ani Kościół nie wydały na jego temat jednoznacznej opinii (pewnie nigdy tego nie zrobią) cudem jest już to, że to płótno nawróciło setki ludzi.

Ale w poszukiwaniu cudów musimy w końcu odkryć, że wszystko nim jest. To że żyję, że się budzę i że mogę napić się kawy. Cudem jest to, że jest drugi człowiek. Zwierzę jest cudem. I kwiat. Wszystko. Przyzwyczailiśmy się do nich. Spowszedniały nam. Przestaliśmy je zauważać i doceniać. Ale załóż sobie foliowy worek na głowę. Szybko docenisz cud powietrza i zwykłego oddechu. Tak jest z wszystkim. Wszystko co istnieje to cud. A wcale nie musiałoby istnieć.