31 maja| Artykuły

Rap. Ból, gniew i miłość.

Dj Kool Herc szybko zorientował się, że co dwa gramofony to nie jeden.

Jest sierpień 1973 roku. Bronx. Jedna z najbardziej kryminogennych dzielnic Nowego Yorku. Tygiel biedy, patologii, przestępczości i gniewnej kontestacji. A wszystko to ma czarny kolor. Block parties to były te chwile, kiedy czarni gniewni mogli dać upust swojej frustracji i złagodzić ból morfiną imprezy.

MC

Dj Kool Herc pełnił na takich imprezach rolę mistrza ceremonii. Po angielsku master of ceremony. Czyli po prostu MC. No to już wiemy skąd to MC. A o co chodzi z tymi dwoma gramofonami? Dj Kool Herc, zwany ojcem rapu, zapętlał na obu gramofonach jakiś fragment utworu Jamesa Browna. Kiedy na jednym fragment dobiegał końca, przełączał się na drugi i fragment leciał od nowa. I tak mógł w nieskończoność. Tak zrodziła się idea loopa, na której opiera się każdy rapowy akompaniament zwany bitem. No dobra, bit już mamy. Czas na rapy.

Pra-rap

Herc szybko zorientował się jaką władzę ma wygadany człowiek z mikrofonem w ręku. Zaprosił kiedyś na jeden z wieczorów niejakiego Coka La Rocka. Miał być wsparciem w kręceniu imprezy. W pewnym momencie wyrzucił z siebie frazę, o której mawia się, że to pierwsze rapowanie w historii: There’s not a man that can’t be thrown, not a horse that can’t be rode, a bull that can’t be stopped, there’s not a disco that I Coke La Rock can’t rock! Ludzie oszaleli, a Coke nieświadomie trącił kamyczek, który uruchomił potężną lawinę. Sceptycy początkowo twierdzili, że rap to chwilowa, niewiele znacząca moda. Mylili się sromotnie. Rap i cała hip hopowa kultura rozwaliły system stając się najpopularniejszym gatunkiem na globie.

Griots

Ale to nieprawda, że rap urodził się w biednych dzielnicach Nowego Yorku na początku lat 70 tych. Tam eksplodował i rozlał się na świat w znanej obecnie formie. Ale jego korzenie sięgają znacznie wcześniej. I znacznie dalej. Nazywali się griots. Żyli tysiące lat temu na terenach Afryki. Zwłaszcza Nigerii i Gambii. To właśnie griots, a nie wkurzone dzieciaki z Amerykańskich ulic są protoplastami współczesnych raperów z ich freestyle’m. Każda, albo prawie każda wioska miała swojego griot – człowieka opowiadającego historie. Przeróżne. Czasem to były historie plemienia, czasem po prostu zabawne opowieści, a czasem griots nawijając specyficzną melorecytacją  obrażali młode pary małżeńskie albo kpili z władców. To wtedy rodził się bezpośredni, często obraźliwy język rapu. A temu nawijaniu zwykle towarzyszył jakiś grany przez plemiennych grajków bit. Brzmiało to mniej więcej tak:

Ból i gniew

Jest oczywiste, że rap i cały hip-hop zrodził się z palącej konieczności zareagowania na otaczający świat. Z potrzeby wykrzyczenia bólu i gniewu. Młodzi ludzie zanurzeni od narodzin w totalnej biedzie i patologii cierpieli. Potrzeba posiadania swojego języka, za pomocą którego mogliby to wszystko z siebie wyrzucić była naturalna jak oddech i silna jak bomba atomowa. To się nie mogło inaczej skończyć. Język zbuntowanych, młodych i bezkompromisowych ludzi zawojował świat. Wulgarność, niecenzuralność i agresja są jego integralną częścią. Czy nam się to podoba czy nie. Bo taki jest język ulicy. Nie jest ani dyplomatyczny, ani wygładzony, ani politycznie poprawny. Jest prawdziwy.

Nie przeklinaj

W książeczce do rachunku sumienia jest pytanie: czy przeklinałeś? Jako dzieciak spowiadałem się z tego. Dzisiaj idąc obok osiedlowego boiska czytam wielki banner: WULGARYZMY TO ZŁA RZECZ. NIE PRZEKLINAJ. Trudno się nie zgodzić. Czy to znaczy, że słuchanie albo wykonywanie niecenzuralnych rapowych piosenek jest grzechem?

Mam zgryz. Może to kwestia limitów wiekowych. Tak, tutaj nie ma wątpliwości – dzieciaki przed takimi rzeczami należy chronić. Jak przed filmami dla dorosłych albo papierosami. A gdyby nasi milusińscy chcieli się pobujać przy rapowych bitach – proszę bardzo. Mamy taki rap powiedzmy…biały. Chrześcijański. Taki gdzie nie ma przekleństw. I jest mega pozytywny przekaz. Jest tego bardzo dużo. Takiego rapu skomercjalizowanego. Obciosanego przez estetyczne i etyczne normy obowiązujące w mainstreamowym świecie.

Ale ortodoksi gatunku z pogardliwym grymasem na twarzy pytają: co to ma wspólnego z rapem? Jest jeszcze druga strona medalu. Dzisiaj raperzy klną jak, za przeproszeniem szewc, żeby zwrócić na siebie uwagę. Żeby podbić oglądalność i błysnąć. Pytanie o to, czy takie motywacje rzeczywiście wynikają z rapowej filozofii należało by zadać. Z całym szacunkiem dla wulgaryzmów, ale to jednak nie one stanowią istotę. Nie wystarczy przeklinać, żeby był rap. I nie trzeba przeklinać, żeby rap był. Jak się okazuje.

Rapowy Hit nr 1

Od kiedy Coca La Rock wyrzucił z siebie pierwszą rapową frazę do bitu kręconego przez Dj Kool Herca, raperzy pojawiali się praktycznie na każdej imprezie. Ale to było zjawisko niszowe. Do 1979 roku. To właśnie wtedy po raz pierwszy wydano komercyjnie rapową piosenkę. King Tim III (Personality Jock) zespołu The Fatback Band. To jest to:

Numer odniósł sukces. Potem pojawił się kolejny kandydat na rapowego hita. Zespół Sugar Hill Gang wydaje rapową piosenką Rappers delight:

Kolejny hit. Kolejny krok w drodze na szczyt.

Złoty wiek hip-hopu

To okres, kiedy rap przeszedł swoją największą transformację i kiedy zdefiniowane zostały aktualne do dzisiaj prawa gatunku. To była największa eksplozja rapowych talentów. Chuck D, Big Daddy Kane, KRS-One czy Rakim wynaleźli te skomplikowane gry słowne i hip-hopową lirykę.

To wszystko działo się od połowy lat 80tych do początku 90tych.

Najwięksi. Top 5

Subiektywną, choć popartą faktami listę największych raperów w historii otwiera…

1. Kanye West

Powiadają, że sam ogłosił się legendą hip-hopu, choć początkowo nie widziano go w tym gronie. Ale ostatecznie za słowami poszły czyny i stał się tym, kim dzisiaj jest.

2. Tupac Shakur

Nie ma go już wśród nas. Miał wielu wrogów. Swoją muzyką wypowiedział bezkompromisową wojnę systemowi i muzycznym koncernom. W końcu zapłacił za to straszliwą cenę. Został zabity w Las Vegas wracając z jednej z walk Mike’a Tysona.

3. Snoop Dogg

Legenda z Los Angeles. Król zachodniego wybrzeża USA, kreator indywidualnego stylu i wielu trendów. Lubi towarzystwo kobiet i ma talent do pakowania się w kłopoty. Jest jedyny w swoim rodzaju. Uwielbiany przez fanów. I właśnie dlatego wrzucam samo audio : – )

4. Eminem

Jedyny biały w tym zestawieniu. Dotarł na sam szczyt w tyle zostawiając czarnoskórych kolegów. Ostatnio jakby nieobecny. Mówi się, że walczy z uzależnieniem od narkotyków i alkoholu. Mówi się też, że zadarł z tajemniczą organizacją Illuminatów, której miał być własnością…

5. Jay-Z

Jeden z najbogatszych artystów w USA. Nie tylko wielki, genialny raper, ale też skuteczny biznesmen i producent. Na swoim koncie doliczył się już ponad miliard zielonych. Związany z jedną z najbardziej pożądanych kobiet świata, Beyonce.

In the Name of Jesus

Na koniec mam prawdziwą bombę. Wrzucam fragment tekstu:

Dla tych z was, którzy nie mają w co wierzyć.
Ta piosenka jest dla was.
Jestem tu po to, by opowiedzieć wam o mocy Kogoś, Kogo znam osobiście.
Posłuchaj mnie, tam jest moc, chwała, wiara i siła (…)
Mówię tylko to, co myślę w imieniu Pana.
I chcę wam dać znać: musicie paść na kolana, modlić się.
Dziękujcie Mu za wszystko, bez względu na sytuację.
Tam jest moc, chwała, wiara i siła.
W Jezusie.
W tym imieniu jest moc!
Chwała, wiara i siła.
W Jezusie.

To nie jest TGD ani Michael W Smith. To nie jest tekst żadnego uwielbieniowego standardu. Ani modlitwy ze skarbczyka. To jest tekst piosenki jednego z największych raperów w historii. Tą piosenkę śpiewa Snoop Doog! Serio. Z albumu pod niedwuznacznym tytułem Bible of Love. Da się bez mięsa? Da się. Że co, że jego życie ma się nijak do tego tekstu? Przepraszam, a którego z nas ma? Posłuchajcie. Tak modli się raper przez wielkie R.