6 czerwca| Artykuły

Wypalenie

Jedną z najbardziej niezmiennie obowiązujących reguł wszechświata jest to, że nic nie trwa wiecznie. Wieczność to przymiot jakiegoś innego wymiaru, o którym póki co guzik wiemy.

Wypalenie, zużycie, przemijanie. Zwał jak zwał. Dotyczy absolutnie wszystkiego. Nawet gdyby mucha dostatecznie często siadała na diamencie, w końcu starła by go do zera. Najbardziej aktualna teoria dotycząca wszechświata mówi, że był początek. Zwany Big Bang. I że na horyzoncie jest też jakiś koniec. Big Collapse? Czy wszechświat może się wypalić? Skoro największe nawet gwiazdy nie żyją wiecznie, to dlaczego wszechświat miałby?

Słoma

Ma to do siebie, że pali się intensywnie, acz krótko. Już dzieci wiedzą, że najbardziej nawet wymarzona zabawka w końcu spowszednieje. I pojawi się apetyt na kolejną, która … też spowszednieje. Jak dzieciak mówi, że coś zaspokoi jego pragnienie raz na zawsze (a często takie zapewnienia padają) to pod żadnym pozorem nie wolno mu wierzyć. Zresztą dorośli też mają z tym problem. Jak to ujął ktoś w punkt: nic nie rozczarowuje bardziej, niż spełnione marzenia. A św. Augustyn mówi: niespokojne jest serce nasze, dopóki w nie spocznie w Bogu. Entuzjazm ulatniający się z nas jak powietrze z dziurawego balonu. Słomiany zapał. Po prostu.

Burnout

To gruby temat. Wypalenie zawodowe może dopaść każdego. Im większa wrażliwość i neurotyczne tendencje tym większe ryzyko, że dopadnie. I wcale nie chodzi o nudę i brak motywacji. Chodzi o lęk i brak pewności siebie. Ktoś traci frajdę z wykonywanej pracy, bo czuje, że nie ogarnia. Że coś go przerasta. Pojawia się zmęczenie przewlekłym stresem. Satysfakcja prysła już dawno. Jest tylko mozolne, mechaniczne wypełnianie zadań. Bez radości. Bez jakości. Jak to się staje, że takie wypalenie nas dopada? Bo za dużo bierzemy sobie na głowę. Bo nisko się oceniamy. Mało zarabiamy. Nie odnosimy sukcesów o jakich od zawsze marzymy. Relacje w pracy ocierają się o mobbing i konflikty personalne. Dopadł nas niszczący perfekcjonizm w parze z pracoholizmem. Taka jest prawda o wypaleniu zawodowym. Pozostawione samemu sobie może doprowadzić do tragedii. Do depresji, konfliktów rodzinnych, braku chęci do życia. Samobójstwa w skrajnych przypadkach też nie wolno wykluczyć. Można z tym coś zrobić?  Można i należy. Z psychoterapią włącznie. Ale nie trzeba doprowadzać się do takiego stanu. Wystarczy znaleźć swoje miejsce na ziemi. Precyzyjnie namierzyć swoje predyspozycje i pasje. I w oparciu o tą wiedzę szukać zajęcia. Zbyt często zdarza się, że z powodów ambicjonalnych albo życiowych zawirowań robimy coś czego ani nie chcemy robić, ani nie umiemy. Wtedy zawodowe wypalenie mamy gwarantowane. Jeśli czujesz, że tkwisz w takim układzie – spadaj czym prędzej. To nieraz wymaga wielkiej odwagi. Ale może uratować ci życie.

Kiedy miłość gaśnie

W KKK wyczytałem o istniejącej w obrębia prawa kanonicznego teorii zakładającej, że jeśli miłość wygasła to znaczy, że jej nigdy nie było. Ale co to jest miłość? Ja z niejednych mądrych ust słyszałem, że miłość to nie uczucia tylko decyzja. Ale gdyby nie uczucia, nikt nie podjął by decyzji o ślubie! A kiedy te uczucia już się ustabilizują, cichną, kiedy motyle w brzuchu przestaną tak energicznie trzepotać skrzydłami, wtedy na plan pierwszy wychodzi nasza decyzja. Ale nie wierzę, że takiej decyzji nie towarzyszą żadne uczucia. I tak koło się zamyka. Jak uniknąć miłosnego wypalenia? Podobnie jak zawodowego. Zanim młodzi ludzie podejmą tą jedyną, nieodwracalną decyzję muszą się dobrze zastanowić. Rozeznać i być do bólu uczciwymi wobec siebie. Jeżeli przed tą decyzją nie będzie tej szczerości (nawet gdyby miała bardzo zaboleć), potem zaboli jeszcze bardziej. Musi być absolutna pewność, że to ta. Że to ten. Taka pewność jest możliwa. Ale jej brak może zostać zagłuszony przez inne okoliczności okołoślubne. Miłość jest jedynym powodem do zawarcia małżeństwa. Wszystko inne jest presją.

Noc ciemna

Wypalenie wiary? Oczywiście! Najwięksi duchowi herosi mieli z tym problem. Fachowo nazywa się to noc ciemna. Święty Jan od Krzyża noc ciemną nazywa łaską. Jego najsłynniejsze dzieło tak właśnie się nazywa: Noc ciemna. Każdy człowiek, nawet ten najbardziej zanurzony w oceanie wiary musi zaliczyć  doświadczenie takiej nocy. To dopust Boży. Trud, który ma odrzeć naszą duchowość z powierzchowności i oczekiwania religijnych fajerwerków. To test na prawdziwość wiary. Na wierność. Na dojrzałość. Kiedy trwając przy jakimś postanowieniu straciłeś wszelką motywację, siłę i radość, pozostaje ci tylko jedno – radować się samym faktem trwania. To tajemnica zaparcia się samego siebie. Nadziei wbrew nadziei. Złapaniu się tej obietnicy, że w chwilach naszej największej słabości Bóg może zadziałać z największą siłą. Karty Pisma Świętego pełne są świadectw takich cudów. Ostatecznie nawet wiara Jezusa miała moment wypalenia. Pamiętacie co powiedział, kiedy konający wisiał na krzyżu? Słabszy już być nie mógł. A jednak wtedy był najpotężniejszy, po pozwolił Bogu działać z całą Jego mocą.

Nie wiem, czy przeżywasz obecnie wypalenie wiary. Możliwe, że tak. Ja znam to uczucie (znów te uczucia!) bardzo dobrze. Świat wokół nas robi wszystko, by tą wiarę z nas wypłukać. Może górnolotnie i groźnie to zabrzmi, ale jesteśmy na wojnie. Nie tyle o nasze ciała, ale o dusze. Ewidentnie komuś zależy, by nasza wiara wypaliła się i zgasła raz na zawsze. Jeśli nic nie zrobimy by ratować tą naszą wiarę, to przegramy najważniejszą bitwę naszego życia. Groźnie to brzmi, ale inaczej nie potrafiłem tego wyrazić.