15 czerwca| Artykuły

Mission possible [WYWIAD]

Rodzina Skurczyńskich: Piotr (38 lat, inżynier-materiałoznawca) ożeniony od 15 lat z Alicją z domu Kledzik (35 lat, pedagog specjalny).

 Dzieci zaczęły przychodzić na świat jeszcze podczas ich studiowania: Antoni 14 lat, Krystyna 12, Wanda 11, Tadeusz 9, Ewa 7, Sara 3 i Helena 4 miesiące.

Jak to się stało, że jesteście w Kościele? Dzisiaj to już prawie rezerwat…

Ala: Moi rodzice poznali się podczas pierwszych katechez neokatechumenalnych w Gdańsku i ja od początku utożsamiałam Kościół z Drogą. Tutaj zobaczyłam dziesiątki ludzkich, naświetlonych, powoli uzdrawianych za darmo historii. To tutaj usłyszałam obietnice, że będę szczęśliwą mimo moich słabości, kompleksów i afektywnych uzależnień.

Piotr: Dzięki temu, że moja mama była we wspólnocie mogłem widzieć ją modlącą się o błogosławieństwo dla mojego taty, a jej męża, który zostawił nas kiedy miałem 7 lat. W Kościele spotkałem też wiele dużych, zdrowych rodzin, w których cieple mogłem się ogrzewać – ja, samotny jedynak.

Kiedy usłyszeliście głos wzywający na misje?

Piotr: Przymiarki mentalne latami. Każde spotkanie z Kiko, formatorem Drogi i wołanie na konwiwencjach powodowało w nas pewien niepokój wewnętrzny. Podczas jednej Eucharystii we wspólnocie, w Ewangelii o wskrzeszeniu Łazarza, zobaczyłem ogromną czułość Jezusa i usłyszałem: ta choroba nie wiedzie do śmierci, ale do chwały Syna Człowieczego. Tak zostałem uzdrowiony wewnętrznie i mogłem zobaczyć jak wielką łaską był fakt, że mogłem widzieć rodziny chrześcijańskie we wspólnocie mojej matki. A potem ta myśl, że Wolą Bożą jest abym nie zostawił tej łaski tylko dla siebie…Podczas Światowych Dni Młodych w Krakowie, gdzie przybyliśmy całą rodziną, otwieraliśmy w nocy Słowo już z konkretnym pytaniem. Otworzyło się o figowcu, który nie przynosi owoców. Pan daje mu jeszcze rok nawożenia, pielęgnowania.. Więc może to ostatni moment dla nas, bo On już czeka na nas długo.. Ruszamy!

Ala: To ja otwierałam fragment w Piśmie, bo byłam nieufna… Chciałam mieć pewność, że Pan mówi. Dalej była scena z kobietą cierpiącą na niemoc oraz metafora do ziarnka gorczycy, z którego wyrasta drzewo dające schronienie dla ptaków na gałęziach. Potem dnia kolejnego po południu Ojciec Mario mówił właśnie o rodzinach w misji – że dają schronienie utrudzonym biedaczkom. Płacząc ze strachu wstałam za Piotrem, zgłaszając swoją dyspozycję by jechać gdziekolwiek. I wierzę, że rzeczywiście Pan był w tym losowaniu i przeprowadził nas przez wyprowadzkę – pożegnania ze szkołami, rezygnację z pracy, zakup Traffica, pakowanie niewielkiego bagażu (sandały i drugą suknię zdecydowaliśmy się jednak zabrać, prezbiter zatwierdził🙂 Ale pieśń o tym, że żniwo jest wielkie, że Pa posyła jak owce między wilki i kto kocha syna lub córkę bardziej… towarzyszyła mi każdego  poranka tego ostatniego roku, kiedy jeszcze rozwoziłam towarzystwo po szkołach.

Francja przeciętnemu Kowalskiemu kojarzy się z wojującym liberalizmem i najazdem imigrantów. Wydaje się, że dla katolika to najgorsze miejsce na świecie. Baliście się? 

Piotr: W ostatnich dniach grudnia przyszła na świat Helena Deborah Skurczyński (nazwisko obowiązkowo po ojcu, tak tu jest w merostwie). Kiedy Alicja wróciła ze szpitala do domu, byliśmy pełni emocji. Myśleliśmy, że hałasy na zewnątrz – wrzawa i detonacje – związane są z Nowym Rokiem. Potem się okazało, że na naszym osiedlu Les Aubieres (fr.torfowisko) odbyła się regularna walka gangów. Spalono pocztę, bankomat, przystanki tramwajowe. Ślady tej demolki są widoczne do dziś. 100 metrów od naszego bloku zastrzelono Lionela lat 16. Kilku innych raniono. Nasz syn znał ich z college oraz z treningów piłkarskich. Tymczasem nasi katechiści postanowili, ze dobrze będzie jeśli z okazji święta Objawienia Pańskiego seminarzyści z pobliskiego seminarium Redemptoris Mater (Bayonne, 300 km) będą w strojach króli odwiedzać rodziny z misji, gdzie są małe dzieci. Ich wizyta, to przejście w zdobnych szatach pośród pożogi naszego osiedla, była niczym procesja w Boże Ciało. Realny symbol, że oto Pan się pochyla nad nami biedaczkami TU, na tej ulicy, w tych śmierdzących zaułkach. Zaś po miesiącu dochodzenia policyjnego zorganizowano pogrzeb. Uroczystość zgromadziła całą społeczność pobliskich osiedli, były przemowy merów dzielnic oraz pożegnalne wiersze. Wspólna Liturgia Słowa również z przedstawicielem gminy muzułmańskie w skromnym betonowym baraku parafii, gdzie spotyka się nasza misyjna wspólnota ad gentes.

Ala: I nawet jeśli zjedzą truciznę, nie będzie im szkodzić! To się realizuje. Wcześniej w Gdańsku, nasze dzieciaki miały w szkole warunki wymarzone, niczym w inkubatorze: szkoła prowadzona w duchu Opus Dei, osobno dla dziewcząt i chłopców, znaliśmy większość rodzin, czysto i bezpiecznie. Tutaj musieliśmy oddać dzieci już przy furtce nauczycielom, których prezencja bardziej przywodziła na myśl dyskotekę niż poważną instytucję edukacyjną. Ale Pan ich chroni, to jest pewne. Na tej placówce jesteśmy dobrowolnie, jakby nie patrzeć😊, ale jest to rodzaj zesłania, moja prywatna katorga. Czuję, że to dla mojego nawrócenia. Widocznie Pan już nie miał na mnie, na nas innego sposobu. Co dzień, kiedy mijam sąsiadów tak egzotycznych, z różnych krańców świata, kiedy stoimy w jednej kolejce po hummus i cebulę, spokojnie, używając zwrotów grzecznościowych, jestem zadziwiona tym, że jeszcze Pan daje Pokój, że jeszcze nie ma pogromu.

 Opowiedzcie o swoim zalogowaniu się we Francji. Co z językiem, pracą, mieszkaniem?

Piotr: Wszystko odbywało się bardzo powoli. Na początku mieliśmy mieszkać w opuszczonej plebanii, ale gdy przyjechaliśmy, rada parafialna nas nie wpuściła. I wtedy Pan posłał anioła..

Ala: Mnie bardzo upokarza fakt, że mówię po Francusku w sposób tak prymitywny. Dla treningu zagaduję sprzątaczy, sklepikarzy, spacerowiczów. Podczytuję zeszyty dzieci, grzebię w książkach popularnonaukowych w bibliotece, ale to ciągle zbyt mało. Kursy językowe się odbywają, ale w bólach. W związku z pandemią ciągle następują komplikacje. Słowa zawsze były dla mnie ważne, zwroty, metafory, związki frazeologiczne, estetyka. Brzydota tego osiedla bardzo mnie dotyka. Od 3 miesięcy zdechły szczur leży centralnie tuż przy głównej furtce do szkoły. Ciężko jest być postrzeganym niczym emigrant – żebrak ekonomiczny. Czasem wprost się mnie ktoś pyta czemu mój mąż nie mógł sobie u nas w Polsce znaleźć pracy. W myślach szemrałam, że nienawidzę już tego miejsca i tej obłudnej społeczności. Środkiem jezdni nadbiegł do mnie mężczyzna i krzyknął: courage, Madame!! Czyli odwagi, kobieto! Czasem Pan reaguje błyskawicznie. Potem łatwiej było mi akceptować myszy biegające po kuchni albo kolejkę do naszej jedynej, awaryjnej bardzo toalety. I dostałam siłę by uprzejmie pozdrowić sąsiadki Turczynki, które godzinami siedzą na placu przed budynkiem.

 Dobrze jest być z Braćmi?

Piotr: Nasza misja ad gentes to sześć rodzin. Trzy włoskie, dwie polskie, jedna francuska. Wszyscy w misji jesteśmy kompletnie różni, nawet w obrębie tej samej nacji. Ale Pan Bóg to jakoś klei.

Ala:  No nie jest to towarzystwo wzajemnej adoracji. Nawet w naszej wspólnocie tzw. Pochodzenia  dochodziło do ostrych spięć, poważnych konfliktów, grzechów przeciwko jedności. A tutaj dochodzą nieporozumienia kulturowe, językowe. Ogród okazów rzadkich. Znamy się dopiero 3 lata, cóż to jest? To, że się jeszcze  nie pogryźliśmy, to łaska Pana, bo każdy ma swoje uwarunkowania i morze oczekiwań. Regularnie cierpię z powodu bycia moralizowaną. Jednak jest pośród nas małżeństwo Rzymian, staruszków, których każde zdanie jest balsamem pocieszenia. Są bardzo mądrzy duchowo i życiowo. Zastępują mi dziadków i chrzestnych, z którymi miałam relacje raczej powierzchowne. 

Głosiliście katechezy? Ludzie chodzą tam jeszcze do kościoła?

Ala: Zaczęło się od tego, że to w Kościele spotkaliśmy się z odrzuceniem. Pewien proboszcz w ostatniej chwili wystraszył się reakcji swoich parafian i zrezygnował z przyjęcia nas do jednej z opuszczonych plebanii.. Pierwsza kobieta, mama dzieci, która zagadnęła mnie pod szkołą, jest tatuażystką, jej dzieci mają różne kolory skóry. Na kursie językowym spotkałam Syryjkę, wdowę, której mąż stracił życie. Uciekła z synkiem i chorymi rodzicami. Poród w obozie przejściowym w Turcji. 5 lat w namiocie. Teraz mieszka skromnie. Ręce pogryzione przez pluskwy. Jakże mam przy takiej narzekać? To mnie bardzo stawia do pionu. Jej mama muzułmanka jadła u nas posiłek. Najbliższy nam budynek kościelny jest zawsze otwarty, ale i pusty. To nowoczesne wnętrze z jedną mała ikoną, bez wizerunku ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Żeby nikogo nie urazić. Ławki są klubowe, nie ma konfesjonału. Bo tu generalnie spowiedź indywidualna nie jest popularna. W Polsce nieopodal Gdańska w maleńkiej miejscowości Grabowiec mieści się monastyr sióstr betlejemitek. Często tam pielgrzymowaliśmy by się reanimować.

Piotr: Kiedy na początku byliśmy w sensie dosłownym bezdomni, przyjęli nas obcy starsi Państwo. Isabelle i Cesar. Naprawdę zaryzykowali wiele. Dzielili z nami swoją przestrzeń w Chateau przez 40 dni na zasadzie domowników. Nasza gospodyni czasami pomagała proboszczowi w odprawianiu pogrzebów. Sama głosiła kazanie, paliła kadzidło itp. Tak sobie tutaj radzą z brakiem prezbiterów. Tu nie ma wielkiego głoszenia na placach, ale oddawanie MU chwały w prostych sytuacjach szarego dnia.

 Skąd bierzecie siły do takiej jazdy?

Piotr: Słuchanie Słowa, o tym już mówiłem. I modlitwa. To Chrystus nas tu trzyma jakoś. Chyba bardzo mu na nas tu zależy. Na pustyni jest PAN – oblubieniec duszy każdego człowieka. Siostry Betlejemitki nam to pokazały

Ala: Nie mam siły. I rzeczywiście wtedy Duch woła za mnie. To się realizuje naprawdę. Wołam bez formułek, w myślach, niechlujnie może nawet i roszczeniowo, ale On jakoś się nie obraża. Podczas tych zwykłych czynności: nie mam siły, Jezu, zmywarka, picie razy osiem, karmienie Heli, Tadek chyba zabrał moją komórkę, szukanie skarpetek, podpisywanie agend do college, znowu się kłócą, już nie dam rady, Panie ratuj, znowu Hela kwęczy, ktoś dzwoni, zaraz trzeba biec do szkoły, kolejny list administracyjny o niczym w zasadzie, gdzie ta ładowarka? Coś przebiegło po podłodze…mysz czy karaluch tym razem? Nienawidzę tej Francji – taka myśl. Jezusie synu Dawida, zmiłuj się nade mną i nami wszystkimi. Dzieci nie reagują na moją prośbę o pomoc w krojeniu sera, więc krzyczę. Nadal zero reakcji. Zaginął bidon. Soczewica na gazie kipi. Piotr znowu nie wymienił tej żarówki, rety i te brudne buciory jego w korytarzu blokujące szlak komunikacyjny. Zmiłuj się nad nami Panie Boże wszystkich rzeczy. A potem siedem minut w oczekiwaniu na miniaturową windę, która w końcu nadjedzie pusta, tak by dał się wcisnąć wózek, na palcach i na wciągniętym brzuchu…  Pomagają mi (oprócz brewiarza) Mała Tereska, Dzienniki Carmen, homilie Roberta Skrzypczaka. Czasem jakieś zasłyszane echo Słowa czy telefon  natchnionego przez Ducha Świętego kogoś. I też Pan w pięknie Stworzenia się objawia. Zwykłe drzewo, śpiew ptaka, fragment pięknej muzyki, aromat, czy zwykły ludzki gest. Pan ma różne sposoby dojścia by pocieszyć mnie, swoją jedynaczkę. Ciągle się dziwię, że On jeszcze we mnie inwestuje. Bo jestem narzędziem bardzo trudnym we współpracy. Bezczelna zdrajczyni rozkapryszona.

 Co powiecie ludziom, którzy nienawidzą Kościoła i dla których Jezus to zabobon czasów minionych? 

Ala: Mój teść ateista myśli właśnie w tym kluczu, że religia to opium dla szarych mas. Prześladowania są potrzebne. Nie muszę na siłę nikogo przekonywać. W końcu wystarczy, że będziemy tą łyżeczką soli w wielkim garnku zupy. Każdy wojujący przeciwnik, ma za sobą konkretną historię, często jest to wiele zranień/ zgorszeń/pokus, które zbyt przygniotły biedaczka… A czas wszystko zweryfikuje, bo po owocach ich poznacie.

Piotr: Chodź i zobacz..