6 sierpnia| NINIWA Team

Operacja MIR, dzień 5. Weź swój rower i jedź za Jezusem

Namnażające się awarie po krótszej niż zwykle nocy i prysznic w basenie u gościnnych Litwinów - tak minął piąty dzień wyprawy NINIWA Team.

Pierwszy poranek na Litwie rozpoczyna się dla nas wyzwaniem – przesunięciem czasu. Godzina spania krócej niemalże myli budzikowe, jednak po krótkim namyśle trzeba wziąć pobudkę na swoje barki i wstać, ruszać w dalszą drogę. Są w końcu też plusy. Kolacja ze swojskimi pomidorkami, oprowadzenie przez pola ogórków i naładowany sprzęt (przedłużacz Górnika na kilkadziesiąt gniazdek sprawdził się znakomicie) skutecznie zasiliły wszystkim baterie.

– Szczęśliwej drogi! – łamanym, acz poprawnym polskim mówi gospodarz przyjmujący nas w litewskiej wiosce i… Ruszamy! Ewangelicznym mottem dnia staje się poranne czytanie – by wziąć swój krzyż i iść za Jezusem. Każdy więc pakuje sakwy i wyrusza z nadzieją, że podoła ciężarom dnia.

Już na porannym odcinku pojawiają się pierwsze wyzwania – w powietrze nieoczekiwanie wzbija się strój kąpielowy. Szczęśliwym zdobywcą nowego ubioru okazuje się zamykający peleton Adam. Co jednak okazuje się później, styl nie do końca wpasowuje się w jego gust, więc strój wraca do właścicielki Ani.

Przekraczając próg 60 kilometrów, docieramy do Kowna. Czekają na nas urokliwe, niskie kamieniczki i kostka brukowa, która w połączeniu z urokami miasta, nie powoduje aż takiego cierpienia. Szybkie zakupy, szybka wyprawa na stację i szybkie drugie śniadanie, a potem z piskiem opon opuszczamy miasto.

Ani kawałek równego asfaltu, ani leśna ścieżka, na którą skręcamy, nie przeczuwają jeszcze zbliżającej się katastrofy… Na pierwszy rzut idzie Manuela aka Manu. To reprezentującą Malnię zaangażowana uczestniczka wyprawy, która nagle traci panowanie nad przednimi przerzutkami. Awaria.

Gdy Jędrek reperuje przerzutki, a grupa zatrzymuje się 20 metrów dalej, na światło dzienne wychodzi kolejny mroczny fakt – tylne koło innej uczestniczki, Katarzyny (spisującej właśnie bieg wydarzeń), wydaje się skakać i mieć problemy z utrzymaniem równowagi. Po bliższym przyjrzeniu się sprawie, nie tylko koło ma gorszy dzień, ale i szprycha. I jest to dla niej dzień ostatni. Dostaje wyrok – dożywocie poza kołem roweru. I gdy już ma odbywać się egzekucja, okazuje się, że szprycha ma wspólnika – pęknięty bagażnik… Ten musi swoje jeszcze podziałać, bo sklepu rowerowego brak, a do Rygi ponad 200 km. Techniczni wyciągają więc taśmę i próbują zakleić rany, grupa tymczasem staje się adwokatem niedziałających części, wykonując pośrodku drogi „Stój, Katarzyno” – utwór na jedną gitarę i kilkanaście głosów.

Po półgodzinnym postoju ugoda z bagażnikiem zostaje podpisana, a my, po dwóch naprawionych awariach, ruszamy dalej. Tempo jest dość szybkie, ale drugi odcinek nareszcie dobiega końca. Czeka na nas piękne jezioro, pachnące lasy i półtoragodzinny postój, by odnaleźć nowe siły i nadzieję na lepsze jutro.

Po ostatnim, przejechanym w słońcu odcinku, znajdujemy się w Poniewieżu, gdzie rozbijamy namioty u kolejnych gościnnych Litwinów. Ojciec nawet nie wie, że potrzebuje prysznica – dopiero dzielna rowerzystka Klaudia uświadamia mu potrzebę ochłody, wrzucając go do basenu. Wspólnie modlimy się o jej nawrócenie.

Czasem trzeba coś zostawić dla wiary – swój dom, rodzinę, przyjaciół. Ale zyskujemy o stokroć więcej – kwituje dzień Ojciec. Wszyscy ponieśliśmy dzisiaj swoje krzyże. Czasem z pomocą Świętej Weroniki, czasem Szymona podającego nam wodę. Ważne, że do końca.

Katarzyna Kowalczyk

Bilans dnia:

  • 177 km
  • średnia prędkość: 21,5 km/h
  • suma przewyższeń: 679 m
  • 2 awarie
  • 1 latający strój kąpielowy

Nocleg: Poniewież, Litwa

Przejechanych kilometrów do tej pory: 892

WYDARZENIA Czytaj więcej
PRZECZYTAJ TAKŻE