7 sierpnia| NINIWA Team

Operacja MIR, dzień 6. Pierwszy tysiąc na liczniku i w nogach!

Łotwa dokoła nas, zapowiadana ulewa, kolejne awarie i spektakularne upadki - tak kończymy pierwszy tydzień jazdy.

Kolejny poranek. Kolejny hit Maryli Rodowicz. Budzą nas jak zwykle Budzikowe w towarzystwie Tomka, śpiewając z pełnym zaangażowaniem „Niech żyje bal”. Nuta dobrze znana i z głębokim przesłaniem. Włóczykij nie zawodzi, serwując mocną kawę z menażki, tzw. „siekierę”. Rano żegnamy również Łukasza, który kończy dzisiaj wyprawę, by wrócić do swoich obowiązków: nudnej pracy programisty gdzieś tam w dalekim świecie, tj. na Śląsku. Pozostawia nam jednak cząstkę siebie w postaci frisbee, które potajemnie woził w sakwie przez ostatnie pięć dni. Kiedyś wybaczmy mu zatajenie tego faktu. Może.

Pierwszy odcinek mija szybko. Droga ruchliwa. Ciągle mijają nas tirowcy, nadgorliwie używając klaksonu, co jest wyrazem albo sympatii, albo frustracji wynikającej z zajmowania przez nas całego pasa. Tego jeszcze nie rozgryźliśmy. Niewzruszenie pędzimy dalej, podśpiewując polskie i zagraniczne hity z lat 80. W trudnych chwilach towarzyszy nam cytat: „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Jak jest tylko dobrze, to też niedobrze”. A jak to nie pomaga, to pozostaje tylko skwitować sytuację krótkim i lekko ironicznym stwierdzeniem: „Trzeba wieźć swój krzyż”. Czasami pomaga. Czasami przytłacza. SMS-y od bliskich o treści „Dzisiaj ma być burza” nie robią na nas większego wrażenia. Wyłączamy telefony i mkniemy przed siebie. Aczkolwiek doceniamy troskę.

Na postoju panowie techniczni stwierdzają, że rower Górnika nie nadaje się do dalszej jazdy. Górnik twierdzi inaczej. To kończy dalsze dywagacje.

Kolejna pięćdziesiątka daje nam w kość. Droga ruchliwa i tłoczna. Dodatkowo wiatr dmucha bardziej i bardziej. Co gorsza, nie pod narty, a w twarz. Po chwili nadciągają czarne chmury i 3 minuty wystarczają, byśmy przemokli do suchej nitki. Na szczęście na horyzoncie widzimy miasteczko, a tam pakujemy się wszyscy do lokalnego marketu i fundujemy sobie pół godziny wolnego.

Mszę św. organizujemy pod wiatą w parku. Ojciec mówi o potrzebie trwania przy Jezusie, która przemienia serca. Eucharystię kończymy pieśnią do Ducha Świętego. Siadamy na rowery i… dętka.

Po ok. 400 m Ania (aka Różowa) funduje nam pokaz kaskaderski: spektakularnie spada z roweru, upadając jak kłoda na błotnistą drogę żwirową. Niezwłocznie ściągamy z niej rower i doprowadzamy do porządku. Okazuje się, że poza grubą warstwą błota pokrywająca generalnie wszystko, nie ma żadnych urazów.

Po przyjeździe do Rygi znajdujemy nocleg u kapucynów, gdzie robimy porządne pranie, czyścimy rowery, uzupełniamy zapasy, wspólnie podsumujemy tydzień, a następnie ruszamy na nocne zwiedzanie stolicy.

Klaudia Stęchły

Bilans dnia:

  • 150 km
  • średnia prędkość: 22 km/h
  • suma przewyższeń: 463 m
  • -1 uczestnik

Nocleg: Ryga, Łotwa

Przejechanych kilometrów do tej pory: 1042

WYDARZENIA Czytaj więcej
PRZECZYTAJ TAKŻE