Operacja MIR, dzień 7. Upragniona niedziela
I w końcu nadchodzi upragniony przez wszystkich siódmy dzień - czas odpoczynku. Namioty rozłożone, miejsce noclegowe zapewnione, można więc wreszcie spać, ile dusza zapragnie. No, prawie...
Na godzinę dziewiątą wszyscy próbujemy wreszcie otworzyć oczy, zebrać w sobie siły i wyruszyć na pięćdziesięciometrową wyprawę – do kościoła braci kapucynów, u których rozbiliśmy namioty. Msza w całości odprawiana jest po łotewsku, choć – jak się okazuje – bardzo wiele katolickich parafii na Łotwie ma również Msze w języku polskim.
Po pierwszym – i o dziwo jedynym – punkcie dnia, wszyscy udajemy się do swoich spraw. Techniczni smarują łańcuchy, zakładają bagażniki, przeglądają kasety, a także wybierają się w 13-kilometrową podróż do Decathlonu. Budzikowa, zszokowana tym, że tym razem ma wolne i nie musi już nikogo pospieszać, pada na karimatę i odpływa w świat marzeń. Pilnowanie grupy – niełatwa to sztuka. Dużą popularnością cieszy się oddalona o kilka kilometrów pralnia, po której pole namiotowe mieni się kolorowymi koszulkami, spodenkami i skarpetkami, suszącymi się na sznurkach.
Popołudnie spędzamy zwiedzając Rygę. Wspólny spacer po Starym Mieście, obiad w centrum i rowerowa wycieczka na wyspę Kipsala to tylko niektóre z punktów programu. Michał z Maurycym postanawiają na chwilę przemienić się w ulicznych grajków, wykonując polskie utwory przy pomniku Rolanda.
Dzień kończy się rozmowami, odpoczynkiem i rzucaniem frisbee. Dzisiaj dość wcześnie kładziemy się do namiotów. Wszystko, co dobre, szybko się kończy, a jutro czas ruszać w dalszą drogę.
Katarzyna Kowalczyk
Bilans dnia:
- 0 km
- 1 wycieczka do Decathlonu
- dużo prania 😉
Nocleg: ponownie Ryga
Przejechanych kilometrów do tej pory: 1042









