Na pełnym Baku, dzień 10. Jest rzeka, jest dobrze
Dziś wita nas chłodniejszy poranek i rosa na trawie. Wyciągamy z ciasnego podwórka nasze rowery, co zajmuje nam kilka minut, i ruszamy w drogę.
Chłodny poranek ma swoje plusy, bo przed nami podjazd, który (jak zapowiadają nasi GPS-owi) skończy się po 50. kilometrze. Mimo, iż wczorajszy dzień konkretnie nas wypompował, co czują nasze uda i łydki, pierwszej grupie udaje się wjechać w komplecie na szczyt.
Żar leje się z nieba, co sprawia, że nasze tempo spada. Marzymy o przerwie, na której moglibyśmy się schłodzić i mamy to! Przerwę na Mszę oraz obiad znajdujemy w cieniu drzew przy rzece. Gdy tylko o. Patryk woła „Msza za 6 minut”, od razu decydujemy się na skok do wody.
Dziś obserwujemy duży ruch na drodze. Odnotowujemy też najbardziej nieoczekiwane pozdrowienie pasażera jednego z mijających nas samochodów. Sygnał, który do nas dopływa, okazuje się dźwiękami płynącymi z klarnetu.
Czujemy potrzebę regeneracji, dlatego dzisiejszą jazdę kończymy jeszcze przed 19:00. Nocleg znajdujemy w przepięknym podwórku z idealnie przyciętą, miękką trawą. Siadamy do wspólnej kolacji, a do naszego akompaniamentu przy wieczornym karaoke i ukulele dołącza mała konga. Chwilo, trwaj!
Julia Haneczok, Ania Szafarczyk
Bilans dnia
- dystans: 157 km
- średnia prędkość: 20,0 km/h
- czas jazdy: 12h 35m
- suma przewyższeń: 1241 m
Nocleg: Okop (BGR)









