Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 2. Znikające kładki i teleportacja
Drugi dzień, trzeci kraj, pierwsza polowa msza…
Pobudka klasycznie o 5:00. Ciężko się zwlec, ale presja czasu sprawia, że wszyscy wstają. Co poniektórzy zmarzli i słabo się ogarniają, ale to nie ma znaczenia, bo za chwilę trzeba ruszać.
Pierwszy odcinek przebiega dość spokojnie – jakieś małe podjazdy na rozgrzewkę.
Za to już po drugim śniadaniu musimy się przeprawić na drugą stronę rzeki, więc wybieramy fajną kładkę. Dalej – zdziwienie, bo ścieżka rowerowa okazuje się trasą przez spore kałuże i jazdę skrajnym poboczem. Jako GPS-owy myślę sobie, że za tę decyzję spuszczą mi w najlepszym przypadku powietrze z opon, ale dalej trasa okazuje się naprawdę dobra – gładki asfalt – więc chyba zapomnieli o tym do kolejnego postoju.
Po drodze docieramy do świeżo rozkopanego przejazdu kolejowego. Cóż, trzeba przenosić rowery, które z sakwami ważą czasem grubo ponad 30 kg. Niefajnie, ale kto mógł to przewidzieć?
Jedziemy dalej, a tam… tym razem brak kładki na rzece – niespodzianka! Ruszamy więc wąziutką ścieżką po wałach wzdłuż rzeki i docieramy do innej kładki. Czasem musi być coś takiego, żeby nie było za nudno na trasie.
Robimy szybkie zakupy na obiad i jedziemy pod kościół, aby odprawić pierwszą polową mszę. Obok jest mały park, gdzie finalnie suszymy namioty i jemy obiad.
Szybka odprawa – na tyle szybka, że jako druga grupa przypomniałem sobie, iż wczoraj ustaliliśmy krótszą trasę. A pierwsi już pojechali. Cóż, próbujemy szczęścia inną drogą. I dojeżdżamy na postój o 16:59. Druga grupa dołącza wraz z ojcem o 17:25 i muszą jeszcze zrobić zakupy, a my już ogarnięci. Wyjazd o 18:00, czyli mieliśmy aż godzinę przerwy, ale ććć… – nie wszyscy muszą o tym wiedzieć. W oficjalnej wersji użyliśmy przycisku „teleport”.
(przerwa na roweropedię)
Przycisk „teleport” – czasem tak się zdarza, że grupa, która wyjeżdża jako druga, dociera jako pierwsza – i to w taki sposób, że o. Patryk ma zagwozdkę, jak to się dzieje. Tak właśnie powstał „przycisk teleport” jako wyjaśnienie anomalii, jakie wprowadzają różne aplikacje nawigacyjne w różnych grupach.
(koniec przerwy na roweropedię)
Jedziemy 4,5 km na nocleg do „Stajni u Indianki” – na polu. Ojciec z dziewczynami zagadują. Jedna właścicielka się zgadza, druga ma przyjechać za 30 minut, więc czekamy. Siadamy w grupce – dziewczyny się rozciągają, inni rozmawiają. Pada cytat: „Tracimy czas, ale zyskujemy przyjaźń.”
I… bum – nie ma zgody na nocleg. Ruszamy dalej, 3 km do wioski. W głowie modlę się, żeby coś się udało, bo na horyzoncie mało cywilizacji, a fajnie jednak się umyć.
Docieramy do wioski, dzielimy się na dwójki – i po paru minutach mamy spam na grupce WhatsApp: „Mamy nocleg!”. Po krótkiej analizie ojciec decyduje i docieramy do jednego domu, gdzie proponują ognisko… ale szybko zapominamy o tej możliwości.
Szybki prysznic i kolacja – czekamy jeszcze na kilka osób, które zagadały się ze Słowakami. Nie pytajcie jak i po jakiemu…
Dzień wygrywa Aleksander, który smaży sobie karkówkę na patelni – po prostu mistrz kuchni. Zainspirował mnie do gotowania.
Cóż – jako że jestem też GPS-owym, kończę pisać ten fragment o 0:29, bo wcześniej trzeba było zjeść, rozłożyć namiot, umyć się i zaplanować trasę, żeby uniknąć niemiłych niespodzianek w postaci kostki brukowej, która boli w zadek po przejechaniu 337 km… i tak dalej.
O dziwo w namiocie jest mega ciepło. Aż miło pomyśleć, że jesteśmy coraz bliżej ciepłych Aten. Co prawda od godziny pada, więc wkładam stopery do uszu i…
Dobranoc…
Adam Ludwisiak
Bilans dnia:
- dystans: 164 km
- czas jazdy: 8 h 08 m
- suma przewyższeń: 717 m
- średnia prędkość: 20,0 km/h
Dystans całkowity: 337 km
Nocleg: Plavecký Štvrtok, Słowacja










