Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 10. Już dawno nie było żadnych awarii…
Poranek zaczynamy klasycznie… choć w sumie to nie do końca. Od poniedziałku wstajemy o 4:00, budzikowy krzyczy „Pobudka!!!”, a żeby obudzić dziś niektórych, musi ich potrząsać, bo nie reagują. Zmęczenie daje się we znaki i coraz trudniej się podnieść z łóżka… tzn. z karimaty.
Chwila i słychać gwizdek. Ten poranek brzmi jak jedna wielka presja. Pakowanie po ciemku niestety nie pomaga.
Dziś podział na grupy ogarnia Krystian – nasz techniczny. Dzieli nas na dwie ekipy: „kierownica prosta” i „baranki”. Modlitwa, błogosławieństwo i – cytując okrzyk o. Patryka – „Na koń!”. Ruszamy!
Jedziemy przez około godzinę przez Czarnogórę w stronę promu i podziwiamy przepiękny wschód słońca. Widok jak z bajki – góry, zatoka i różowe niebo. Z perspektywy drugiej grupy w oddali widzimy ojca już na promie, jak macha, żebyśmy wjeżdżali. Gdy się zbliżamy, nagle podjeżdża jakiś kierowca i mówi, że coś zgubiliśmy na drodze.
Maciek bohatersko zawraca, by odnaleźć „zgubę”, nie widząc, że pierwsza grupa już jest na promie. Wszyscy wjechali na pokład… ale gdzie jest Maciek?! Z napięciem wypatrujemy go na drodze. Jedzie! Gna, żeby nas dogonić – więc wybiegamy z promu i krzyczymy do niego.
Uff… Zdążył! Ruszamy „na drugi brzeg” (zabierzesz mnie…). Dzięki temu oszczędzamy 40 km i omijamy zatokę.
W międzyczasie padają słowa „Kowalskiego”: „Piszę dzisiaj relację do książki, więc proszę o kontent”. Zamieszki, checheszki…
Dobijamy do lądu i ruszamy dalej, by po 40 km zrobić przerwę na stacji benzynowej, gdzie z ust Krystiana padają kolejne złote słowa: „W sumie to już dawno nie było żadnych awarii, zwłaszcza w grupach, w których jechałem”.
A więc… Pięć minut po starcie – strzela komuś szprycha. Bum! Mamy awarię. Grupa druga wyprzedza, a pierwsza walczy z usterką. Mało tego – ruszając, Wojtek (drugi techniczny) mówi: „Ciekawe, co będzie kolejne? Maszyna losująca została zwolniona”… i w tym momencie strzela mu łańcuch.
Część grupy czeka na doprowadzenie rowerów do ładu i składu – na szczęście pod marketem. Jedną osobę zostawiamy na rondzie, żeby kierowała innych, gdzie mają skręcić. Komunikacja jest utrudniona – brak internetu.
Docieramy na przerwę o 14:00 – msza pod szkołą, w malowniczym miejscu z widokiem na morze, ale przede wszystkim w cieniu – tak upragnionym i wyczekiwanym. Obok mały sklepik – cud.
Po obiedzie ruszamy w stronę Albanii – 20 km do granicy. Przed nami kolejny odcinek remontowanej drogi. Mamy prawdziwy off-road – 9 km zjazdu po szutrze i dziurach. Mega frajda, ale też lekki stres dla niektórych. Granicę mijamy o 17:15.
Ciekawostka: od etanolu na czarnym albańskim asfalcie guma w moich butach zaczęła się topić. Jest chyba z 10°C więcej niż wcześniej – powietrze dosłownie parzy. Lecimy do sklepu na szybkie zakupy. O dziwo, znajdujemy tu wiele polskich produktów, np. filety z makreli. Ale rzucamy się też na lokalne wyroby – wyglądają jak nasze. A mleko pijemy litrami – bo zimne, ma białko i około 600 kcal na butelkę. Nowe odkrycie NINIWY Team!
Nocleg łapiemy 10 km dalej – przyjmuje nas ksiądz z pobliskiej parafii. Mamy parking i wodę ze szlaucha – jest super! Ludzie mili – witają nas dzieciaki na rowerach, hulajnogach i skuterach. Jesteśmy niezłą atrakcją.
Niestety szybko robi się ciemno, więc mycie, gotowanie… i za chwilę – no, może dłuższą chwilę – spanie.
Dobranoc z upalnej Albani!
Adam Ludwisiak
Bilans dnia:
- dystans: 152 km
- czas jazdy: 8 h 08 m
- suma przewyższeń: 1306 m
- średnia prędkość: 18,7 km/h
Dystans całkowity: 1478 km
Nocleg: Dajç, Albania










