Wszyscy piszą o Staszku Soyce. Piszę i ja

Był z pewnością jedną z żyjących (jeszcze do niedawna) ikon polskiej wokalistyki. Obok nazwisk typu Szcześniak czy Turnau. Nasze drogi nigdy się nie przecięły, ale przecięły się z jego bratem, którego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. I które to przecięcie sprawiło, że moje spojrzenie na Stanisława było ciut szersze niż to wikipediowskie.

Nie chcę pisać tekstu, w którym kolejny raz będę powielać jego życiorys artystyczny. Wszyscy teraz to robią na potęgę. Chciałbym napisać krótki tekst o wybitnym artyście, który był zwykłym człowiekiem. Czy mi się uda?

Śmierć, czyli w życiu nie będziesz miał takiej reklamy

Muszę przyznać, że z mieszanymi uczuciami obserwuję zjawisko inwazji materiałów medialnych na temat kogoś, kto przed chwilą zmarł. Nagle wszyscy sobie o nim przypominają i podbijając wyświetlenia, ogrzewają się w jego ciepełku. Wspominają, bo wypada. I piszą jak jeden mąż: za wcześnie! A ja się pytam: w takim razie kiedy byłoby w sam raz – za pięć lat? Za dziesięć? Za dwadzieścia?

Ale fakt, że jak się już o kimś pisze, to zwykle z jakiegoś bardziej wyjątkowego powodu. Takim powodem mogą być urodziny. Albo śmierć. Jackson najwięcej płyt sprzedał po swojej śmierci. Śmierć to dla artysty najlepsza reklama. Tyle tylko, że artysta jest tym już śmiertelnie niezainteresowany.

Jazzowo

Powiedzieć o nim, że był wokalistą jazzowym, to nie powiedzieć wszystkiego. Soyka należał do tej grupy artystów, którzy nie dawali się zaszufladkować. Ale prawdą jest, że od jazzu zaczynał i bez wątpienia wokalistą jazzowym był. I to wybitnym.

W 1981 nagrał jazzową właśnie płytę Blublula z legendarnym triem Wojciecha Karolaka. Blublula staje się jazzową płytą roku 1981, którą pokrywa złoto, a równie legendarny co Wojciech Karolak amerykański animator i krytyk jazzowy W. Connover, goszczący w Polsce podczas festiwalu Jazz Jamboree, usłyszawszy Sojkę miał powiedzieć: ten facet to najlepiej strzeżony sekret muzyki polskiej.

Pop-rockowo

W 1986 Soyka podpisuje kontrakt z wytwórnią RCA i wydaje dla niej płytę Stanisław Soyka po prostu. Tutaj już coraz mniej pachnie jazzem, a coraz bardziej popem i rockiem. Powiem tak: świetnie śpiewał jazz, ale to nie był jeszcze TEN Soyka. On się urodził po to, by znaleźć swój styl. Swój sposób śpiewania. Swoją drogą. Swoją rozpoznawalną od pierwszego słyszenia nutę. Soyka to miał. W 1988 wydaje album Radioaktywny, a na nim pierwszy jego wielki hit Absolutnie nic.

Akustycznie

W 1988 Soyka nawiązuje też współpracę z Janem Yaniną Iwańskim, znanym