Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 25. Kto nam dolał soku z gumijagód?
Wybija 4:00, ale nie słychać krzyków „Pobudka! Wstawać!”. Od dzisiaj śpimy znowu godzinę dłużej, a zimne i ciemne poranki zapewniają nam lepsze wysypianie się. Kto się wyspał, ten się wyspał.
Na porannym kółku, po podziale grup ze względu na ulubiony kolor, po jednej stronie stoją zwolennicy niebieskiego, po drugiej zaś, reszta świata. Olek apeluje o zaprzestanie wylewania cieczy nieznanego pochodzenia z pierwszego piętra budynków, gdyż budzi to osoby śpiące na parterze.
Pierwszy odcinek pokonujemy jak zwykle niczym wyścigówki. Grupa niebieska dojeżdża na postój godzinę przed drugą grupą, wszystko przez konieczność wymiany szprych w rowerze Janicka, z czym Krystian – w pełni sił – radzi sobie bez najmniejszego problemu. Podczas naprawy rowerzyści mogą podziwiać samobieżne pojazdy kampanii artyleryjskiej.
Grupa niebieska w tym czasie degustuje niesamowicie aksamitną kawę, zajadając ją lodami. Michalina z Bartkiem K. udają się do najbliższego sklepu chińskiego, gdzie zdobywają niepowtarzalne kominy na twarz – od tej pory koniec z marznięciem, początek chuligaństwa.
Ostatni gwizdek sugeruje nam, że powinniśmy już ruszać. W połowie odcinka czeka nas podjazd. Michalina razem z o. Patrykiem na czele rozpędzają cały nasz peleton do prędkości niczym rakiety pędzące na księżyc. Grupa, czasami sapiąc jak lokomotywy, goni naszych przodujących, ale dzięki temu wjeżdżamy na wzniesienia od ręki.
W grupie kolorowej jazda jest spokojniejsza, robią małą przerwę na rozmasowanie bolących mięśni. Dojeżdżają na postój chwilę po grupie niebieskiej. Bartek K. zajada się gołąbkami, po czym stwierdza: „boję się, że mogę po tych gołąbkach odlecieć”. Mamy nadzieję, że Bartek nie zacznie latać na rowerze.
Mszę Świętą przeżywamy niedaleko parku, wspominamy dzieje św. Augustyna. Po Eucharystii mamy niespodziankę dla naszego solenizanta – Olek zostaje obdarowany przepysznym ciastem i soczystym melonem. Śpiewamy „Sto lat” po raz setny pewnie dzisiaj.
Przerwa mija nieubłaganie szybko, czeka nas ostatni odcinek na dzisiaj. To, co tutaj się dzieje, to głowa mała! Grupa niebieska upiła się w nocy chyba jakimś sokiem z gumijagód, bo rozpędza się do takich prędkości, o jakich nie śniło się najśmielszym kolarzom. Podziw się należy, widać mięśnie łydek po tych tygodniach urosły jak szalone, bo tak wysokie prędkości osiągają z sakwami, które nie należą do najlżejszych.
Motywacja i doping są ogromne, jednak mała chwila nieuwagi prowadzi do lekkiej kraksy. Sprawdzamy stan serbskich nawierzchni i pobliskich krzaków – asfalt mają dość dobrej jakości, można śmigać jak po maśle, nie ważne czym i jak. Lądowanie mamy miękkie i zaskakująco akrobatyczne. Szybko się zbieramy, sprawdzamy stan rowerów, nasz Krystian, techniczny, innowacyjnymi sposobami wszystko naprawia, możemy ruszać dalej.
Docieramy do pewnej wioski i nocleg znajdujemy od razu, dzisiaj śpimy przy szkole. Mieszkańcy obdarowują nas owocami i napojami. Kładziemy się spać przy dźwiękach odbijającej się piłki na boisku.
Zosia Iwan
Bilans dnia:
- dystans: 156 km
- czas jazdy: 6 h 34 m
- suma przewyższeń: 939 m
- średnia prędkość: 23,7 km/h
Dystans całkowity: 3305 km
Nocleg: Lapovo, Serbia









