Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 0. Rowerzyści wracają, piechurzy startują!
Z Berlina, Poznania i po kilku lotach z Krakowa – zbieramy się w Salonikach, aby rozpocząć ósmą wyprawę pieszą NINIWA Team!
Przylatujemy późnym lotem w sobotę razem z Beatą i Mateuszem. Korzystamy z wielkich, pustych przestrzeni lotniska, by rozłożyć się na nocleg. Nocą śni mi się, że ktoś podjeżdża i przesuwa nasz obóz – pan myjący podłogi swoim wielkim pojazdem. Rano okazuje się, że to wcale nie był sen. Po przeniesieniu się w inne miejsce udaje się jeszcze złapać kilka godzin snu. To coś, co lubię najbardziej – świadomość, że budzę się o 3:30, a wciąż mogę spokojnie spać dalej.
O 8:30 ruszamy autobusem do polskiej katedry w Salonikach na Mszę Świętą. Po liturgii w języku greckim pozdrawiamy siostry miłosierdzia – misjonarki Matki Teresy z Kalkuty. Proboszcz, ks. Jerzy Owsiak CM, udostępnia nam salkę, w której nasza – jeszcze rozdzielona – drużyna może się gromadzić. To drobny gest, a zarazem prawdziwa „orkiestra codziennej pomocy”.
Potem idziemy na promenadę i pod pomnik Aleksandra Wielkiego. Wracamy, by coś zjeść i wyspać się przed wejściem w góry. W salce parafialnej spotyka nas niespodzianka: wspólnota z Filipin prowadzi modlitwę uwielbienia i formacyjne spotkanie. Zostajemy zaproszeni na ich ucztę – makaron, ciasta, rozmowy, radość.
Stopniowo dołączają kolejni piechurzy. Wieczorem przeżywamy odprawę, Mszę Świętą i kładziemy się spać – bo jutro ruszamy w drogę. Oprócz zakupów technicznych (butle gazowe, zapas jedzenia, a nawet „gaz na niedźwiedzie”) czeka nas ambitne wejście w góry Pindos.
Towarzyszy mi myśl, że wystarczy szczera intencja tej drogi. Bóg przywiązuje do niej swoje łaski. Ta wędrówka, pot, wstawanie o 4:45 – mogą stać się nie tylko treningiem ciała, ale i miejscem spotkania tego, co w nas kruche, z Bogiem. Kto raz tego doświadczy, wie, że życie smakuje potem inaczej.
Wszyscy już śpią. Dobranoc.
o. Dominik Ochlak OMI
Nocleg: Saloniki










