Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 28. Dzień prania i jedzenia (plus Rumunia dla wytrwałych)
Pewnie zastanawiacie się czasami, jakim cudem wysiadujemy tyle na rowerze – sześć dni w tygodniu i tylko jedna jedyna niedziela przeznaczona na pełny odpoczynek i regenerację. Jednak nasi śmiałkowie nie znają czegoś takiego jak zmęczenie!
Tuż po 4:00 rozbrzmiewają budziki Adama i Bartka D. Po co, skoro jest niedziela? Otóż chłopacy postanowili zdobyć jeszcze jedno dodatkowe państwo podczas naszej wyprawy, tym razem padło na Rumunię. Kręcą kilometry, przebijając się przez mgliste miasteczka, pola i lasy. W końcu dojeżdżają do wyznaczonego wcześniej punktu, mogąc pochwalić się 14. odwiedzonym państwem w tym miesiącu, po drodze mijając urokliwe węgierskie miasteczko – Szeged – z ogromnym mamutem pod ratuszem. Czy to muzeum epoki lodowcowej?
W tym samym czasie zaczynamy się wybudzać w naszej tymczasowej chatce. Nasze ranne ptaszki wcinają już pierwszą dawkę owsianki, zaś ci, którzy spotkali zeszłego wieczoru węgierskich weselników, regenerują jeszcze swoje siły. Sprawnie zbieramy się na zakupy, na tej wiosce, sklep czynny jest dzisiaj tylko do 11:00, a my musimy zaopatrzyć się na dzisiejszy dzień i jutrzejszy poranek. Na półkach sklepowych znajdujemy wszystko, czego potrzebujemy, no może poza parmezanem, który miał dopełnić posiłek Karoliny F.
Udajemy się na wspólną Mszę Świętą, razem z miejscowymi wiernymi. To Msza dla wszystkich uczniów, którzy już jutro ruszają do szkoły. Odbywa się święcenie plecaków – Ignacy, widząc to, biegnie szybko po swój i kładzie go z boku kościoła, razem z plecakami węgierskich uczniów. Ławki kościelne są wypełnione po brzegi, więc kościelny otwiera dla nas chór, na który wchodzimy wąskim korytarzem.
Eucharystia odprawiana jest w języku łacińskim, o. Patryk przewodniczy, a my wraz z mieszkańcami wsi odpowiadamy, każdy w swoim języku, tworząc jedną wielką wspólnotę. Nie od dziś wiadomo, że z Węgrami jak z bratankami.
Klasycznie później siadamy do niedzielnego kółka – pora podsumować miniony tydzień, który przerósł najśmielsze oczekiwania. Gościnność i uprzejmość spotkanych osób, ich otwartość i życzliwość, rozpromienia nasze serca.
Nie ważne czy mamy dzień pedałowania, czy odpoczywania, żołądek nieustannie domaga się jakichś dobroci. Ruszamy w stronę kuchni. Owsianka Andrzeja zyskuje wielu sympatyków, kombinacje są różne: z miodem, jogurtem, a nawet roztapiającą się czekoladą. Kamil z Bartkiem K. decydują się na coś bardziej mięsnego, danie rodem z Masterchefa. Panie i panowie, na talerzu ląduje smażona kiełbasa! W naszej chatce pojawia się również rezerwacja stolika z widokiem na ogród dla czterech osób – Karolina F., Jagoda, Maciek P. i Jędrek delektują się aksamitną carbonarą i słodkim lokalnym napojem, czysta poezja smaku.
Niedziela to również dzień spa – niekoniecznie dla nas, ale z pewnością dla naszych rowerów. Smarowanie łańcuchów, dokręcanie szprych, wymiana owijek – to wszystko pochłania nasze popołudnie.
Kolejni zgłodniali rowerzyści udają się do restauracji, zajadamy się gulaszem, mięsem z jelenia i ogromnym talerzem mięs, czyli coś, co lubimy najbardziej. Pojawia się też jeden niespotykany przysmak – dlaczego Wojtka i Krystiana zachwycają uda kelnerki? Potrzymamy Was trochę w niepewności, odpowiedź znajdziecie w naszej książce już jesienią!. Najedzeni wracamy na miejsce noclegowe.
Wieczorem czeka nas mała gimnastyka – szybkie zbieranie rozwieszonego prania. Pogoda nie rozpieszcza, z nieba lunęło soczystym deszczem. Dla niektórych to jednak szansa na czysty rower – niebiosa widząc brud i kurz, postanawiają ułatwić nam to zadanie.
Siadamy do stołu, oceniając zdolności pisarskie Kamila – jego dar do pisania i lekkie pióro rozbawia nas niczym najlepsze żarty Maćka P.! Bawimy się w perfekcyjną panią domu, doprowadzając chatkę do czystości i kładziemy się spać, wsłuchani w dźwięki spadającego deszczu.
Zosia Iwan
Bilans dnia:
- dystans: 0 km
Dystans całkowity: 3657 km
Nocleg: Ópusztaszer, Węgry










