4 września| NINIWA Team

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 32. Polsko, ojczyzno moja…

Nasze organizmy chodzą już jak w zegarku. Godzina 5:00 oznacza tylko jedno: pobudka. Jeszcze chwila i wsiadamy na rower. Im bliżej końca wyprawy, tym jesteśmy bardziej punktualni.

Dzisiejszy podział należy do naszego bossa, papy smerfa, ojca Patryka. Po jednej stronie stają ścisłowcy, po drugiej humaniści. Tych ostatnich jest trochę mniej, więc osoby z hamulcami na linkę dołączają do naszych ludzi kultury.

Z samego rana czeka nas podjazd, początkowo jest on dość łagodny, jednak po 30. kilometrze, zaczyna dawać się we znaki. Momentami nachylenie dwunastoprocentowe zmusza nasze mięśnie czworogłowe do bardzo intensywnej pracy. Walczymy niczym bohaterowie z bajki Mulan, dopiero na szczycie czeka nas chwila na zaczerpnięcie oddechu.

Zjazd jest stromy, dlatego ruszamy jedynkami. W połowie mamy gwałtowne hamowanie. Tarcze hamulcowe ledwo to wytrzymują – jeszcze chwila, a dałoby się widzieć iskry.

Docieramy na wyczekaną przerwę. Tomek, Bartek K. i Kamil siadają na ławeczce niczym przyjaciele z kultowego serialu rozgrywającego się w Wilkowyjach, popijając przy tym napoje 0%, które dodatkowo dostarczają im elektrolitów.

Drugi odcinek zapowiada się nieco dłuższy – okrągłe 60 km. Niestety jesteśmy zmuszeni do jazdy jedynkami. To test na króla ciszy, kto dłużej wytrzyma bez rozmów z innymi, tylko ze swoimi myślami.

Na przerwę obiadową zaopatrujemy się w Kauflandzie. Wybór jest tak duży, że łatwo się tutaj zgubić. Halo, czy są tu jacyś GPS-owi od supermarketów?

Mszę Świętą przeżywamy w pobliskim parku, niedaleko rzeczki. Ewangelia skłania nas do pewnych refleksji dotyczących wytrwałości. Często trwając w jakimś postanowieniu nie widzimy rezultatów, jednak nie powinniśmy się zniechęcać. W końcu bowiem nadejdzie moment, kiedy nasze działania przyniosą upragnione owoce, czyli – tak jak w dzisiejszej przypowieści – nasze sieci rybackie pękną od nadmiaru ryb.

Pora na ostatni odcinek na dziś. Pomijamy malownicze wioski, przez całą drogę otaczają nas majestatyczne góry. Krajobraz rodem z wioski Hobbitów, tylko że oni nie jeździli na rowerze, a my już przekroczyliśmy granicę magicznych 4000 km od startu z Kokotka. Czy oficjalnie możemy się nazwać poziomymi alpinistami?

Droga wydaje nam się dosyć znajoma, a szczególnie ten podjazd, na który właśnie próbujemy się wtoczyć. Tak, bo to kawałek trasy z naszej drugiej wyprawy przygotowawczej! Możemy porównać, jak od tego czasu zmieniła się nasza wytrzymałość i kondycja.

W międzyczasie przekraczamy czeską granicę, kolejna to będzie już tylko nasza ukochana ojczyzna. Czas umila nam muzyka i śpiewy Michaliny oraz Zosi – para przed dziewczynami ma własną i co najważniejsze darmową muzykę na żywo. Nic tylko pozazdrościć!

Uwaga, nadchodzi ten moment! Po tylu dniach, po tylu krajach, po tylu upałach, kiełbasach i wielu innych rzeczach – widzimy to, na co teraz tak czekaliśmy: granica Polski. Hip, hip, hurra! Przejeżdżamy przez polski Cieszyn z uśmiechem na twarzy, walcząc z kostką brukową i machając każdemu mijanemu samochodowi.

Zakupy kolacyjne robimy w swojskiej Biedronce. Jaka radość nas ogarnia, kiedy widzimy te wszystkie polskie produkty – frankfuterki, śledzie w śmietanie, polskie napoje gazowane… Fani polskiej kuchni ruszają na Orlen po największy rarytas polskich stacji benzynowych, świeże hot dogi zaspokajają nasze kubki smakowe.

Znienacka Andrzej oznajmia nam, że ma kolegę poznanego na studiach, który mieszka w miejscowości Hażlach, do której zmierzamy. Postanawia zadzwonić do niego, zaczyna od słów: „Cześć Mateusz, dawno nie gadaliśmy!” – i takim sposobem mamy załatwiony nocleg.

Malowniczy kawałek pola otoczony drzewami jest nie tylko idealnym miejscem na nocleg, ale również idealnym punktem na podziwianie zachodu słońca. Dziękujemy, Mateusz, za ten super nocleg!

Podczas wyścigu do szlaufa (chociaż inni nazywają to szlauchem – słuchamy, nie oceniamy) niektórzy gubią swoje klapki. Widać mamy samych czyścioszków w grupie.

Wieczór spędzamy rewelacyjnie – trochę gier drużynowych, trochę popisów kulinarnych i trochę spania, jak zawsze pod gołym niebem. Jednak jak grom z jasnego nieba zjawia się osoba, na którą czekaliśmy od samego początku – Zuzia dołącza do nas na ostatni dzień, wszyscy razem świętujemy to wydarzenie!

Zosia Iwan

Planowane powitanie rowerzystów NINIWA Team w piątek 5 września około 18:00 przy Oblackim Centrum Młodzieży NINIWA w Kokotku, później wspólna Msza Święta w kaplicy Świętych Młodzianków.


Bilans dnia:

  • dystans: 159 km
  • czas jazdy: 7 h 17 m
  • suma przewyższeń: 1288 m
  • średnia prędkość: 21,8 km/h

Dystans całkowity: 4145 km

Nocleg: Hażlach, Polska

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: