13 września| NINIWA Team

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 12. Na dachu świata

Życie – niczym zebra – jest mieszaniną światła i cienia, a za to, co prawdziwie wartościowe, trzeba najczęściej zapłacić własnym bólem. Ale jak to smakuje!

Obudzeni „w tak pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnej”, spacerując w chmurach w całym bezkresnym majestacie gór, od rana dzielimy się na dwa obozy – chcących dotrzeć na szczyt oraz czekających na nich na słonecznej przełęczy, na której mamy się spotkać.

Pierwszą z grup wybiera 17gniewnych ludzi, w tym ja… Za jakie grzechy, dobry Boże?! Chcąc zaoszczędzić na czasie przecinamy zbocze pod kątem ostrym, gdy w oddali dostrzegany drugą grupę, która trasę w to samo miejsce pokonuje spokojnie wijącą się drogą szutrową.

Patrzę na nich zazdrośnie spode łba, potykam się o kamienie, dyszę jak dzikie zwierzę, a moje stopy zatapiają się w kłującej trawie. W tej dobitnie greckiej atmosferze dają się we znaki achillesy.

W chwilach słabości, a właściwie jednej constans, dodaję sobie otuchy myślą, że to wszystko na własne wyłącznie życzenie, oraz przywołuję w pamięci wczorajsze skarpety Marcina z maksymą „No pain, no gain” – na podejściach idealnie na wysokości wzroku.

Mijamy krowę. Dwie osoby przede mną odnotowują ten fakt werbalnie, mówiąc: „O, krowa!”. Wnioskuję więc, że wypada zaznaczyć w ten sposób jej obecność i gdy się zbliżam, powtarzam kurtuazyjnie dwa słowa: „O, krowa!”.

Jak się finalnie okazuje, obie grupy docierają na przełęcz w tym samym czasie. Jedna z nich przelała tylko trochę więcej potu i krwi. Pora na podział ostateczny – kto atakuje szczyt, a kto zostaje tu, by medytować, deliberować, rozważać sprawy doczesne i wieczne.

Szczyt znajduje się niedaleko, ale jest dość stromy, ma techniczny fragment wymagający skoordynowanego użycia wszystkich kończyn, przebiega wąską granią rozpiętą pomiędzy dwiema przepaściami bez dna. Nie dla wrażliwych, chyba że na ból tego świata.

Część z nas podejmuje wyzwanie – ja natomiast wyłącznie dla możliwości opisania dramaturgii tych scen, urozmaicenia wątku mojej opowieści.

Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 12 [ZDJĘCIA]

Zostawiamy plecaki, ruszamy w drogę. Siedemnastu wspaniałych. Idziemy gęsiego, przypieka nas słońce, stajemy się jednym z żółtą, wysuszoną trawą. Wkrótce odkładamy kije i ostrożnie wspinamy się po skałach, balansując jak na ostrzu noża, po grani, po grani, po grani, nad przepaścią, bez łańcuchów, bez wahania.

Docieramy na – jak sądzimy – wierzchołek świata. W tej okolicy jest zbyt uroczyście. Niezmierzona potęga i mistyczne piękno widoku rozpościerającego się na szczycie wywołują zachwyt, który wymaga bezwzględnej rezygnacji z próby ubioru go w słowa.

Na samej górze odnajdujemy księgę, wpisujemy się do niej jako NINIWA Team. Odbywamy długie sesje fotograficzne, jakby usiłując zachować z sobą na zawsze cząstkę tego, co ulotne. Ale w końcu wszystko jest ulotne, oprócz Boga.

Ze szczytu schodzimy na czworakach jeden za drugim, a na przełęcz wszyscy docieramy żywi, czyniąc ją tym samym przełęczą ocalonych. Przywitani przez pozostałych piechurów znów wspólnie ruszamy długą drogą w dół – 1250 metrów zejścia.

Mijamy pasterza ze stadem owiec i kóz. W pewnym momencie zza zakrętu przy drodze wyłania się sterta kamieni, a na niej stary telewizor. Za nimi ukryta jest dróżka nieco bardziej stroma i rzadko uczęszczana. Kieruje się tam część grupy o szybszym tempie, ale przejście za tym artefaktem jest na tyle tajemnicze i nieoczywiste, że połowa z nas nieznajdując go, oddziela się i schodzi innym zboczem.

Wkrótce do szczętu wydestylowani z resztek soków witalnych przez niewzruszone słoneczko, śliczne oko, docieramy do miejscowości Theodoriana, gdzie wszyscy się spotykamy.

Restauracja. W niej trzy pozycje, ale dostępne dopiero od 18:00 – po sjeście. Sklep. W nim pojedyncze sztuki kilku zaledwie produktów, skromny kanarek i jego pani, starsza sprzedawczyni sięgającą wzrostem do lady.

Asia nie udaje Greka, ale świetnie się z nimi dogaduje, dlatego dzięki urokowi osobistemu wraz z Marcinem i Piotrem organizuje nam nocleg na trawie obok boiska, a nawet prysznic u już zaprzyjaźnionej sąsiadki. Niektórzy natomiast korzystają z węża ogrodowego.

Sprawy przyziemne, włączanie w dialog, jedzenie, potem późnowieczorna Msza. Bardzo powoli odzyskujemy funkcje kognitywne i godność dzieci Bożych.

Życie – niczym zebra – jest mieszaniną światła i cienia, a za to, co prawdziwie wartościowe, trzeba najczęściej zapłacić własnym bólem. Ale jak to smakuje!

Julia Kupiak


Bilans dnia:

  • dystans: 18 km
  • 700 m pod górę
  • 1450 m w dół

Nocleg: Theodoriana

niniwa.pl

Redakcja portalu niniwa.pl

WYDARZENIA Czytaj więcej
NAJNOWSZE WPISY: