Moja Wielka Grecka Wyprawa, dzień 19. Dopókąd idę!…
Budzimy się w altanach nadmorskiego, ateńskiego parku. Jak ludzie bezdomni, ale bezdomni z wyboru. Żebracy proszący o życzliwość, kawałek spokoju i ziemi.
Zauważamy, że wiele z naszych plecaków jest otwartych, a rzeczy z nich porozrzucane. Przez grupę przetacza się lęk. Wstajemy pospiesznie i rozpoczynamy niespokojny przegląd przedmiotów, szacowanie strat. Po wielu dniach górskich zmagań przez całą noc nikt z tak wielkiej grupy się nie obudził. Zostaliśmy okradzeni.
To drugi tego typu epizod w historii wszystkich wypraw NINIWA Team. Część z nas doświadczyła strat dotkliwszych od innych, dobytek pozostałych nie ucierpiał wcale. To przykre zdarzenie kładzie się cieniem na naszym pobycie w greckiej stolicy, wpływając na atmosferę ostatniego dnia.
Nie tak to sobie wyobrażaliśmy. My chcieliśmy tylko spijać ambrozję, bawiąc w gronie olimpijskich bóstw. Przypomina mi się fragment utworu Raz Dwa Trzy: „Gdyby były same piękne chwile, nie wiedziałbym, że żyłem”.
Spędzamy dzień podzieleni na pomniejsze grupy, niektórzy od rana, choć trochę urażeni, nadrabiają obowiązkową przecież obecność na Akropolu. Inni, by zmienić perspektywę, wspinają się na wzgórza. Jeszcze inni jedzą najlepszą pitę pod greckim słońcem, biesiadują, błądzą po ruchliwych uliczkach czy robią ostatnie zakupy, mające ocalić ten czas od zapomnienia.
Udaję się na plażę. Woda tutaj jest niemal przejrzysta, ma 25°C. Nie jest to więc Bałtyk, a ja i tak – niczym lis – muszę się z nią oswoić.
Na wieczornej Mszy tym dobitniej brzmią słowa o ludziach ubogich. O tym, żeby być zadowolonym z tego, co się ma, a to wystarczy. „Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat, nic też nie możemy z niego wynieść”. I że należy podążać za wiarą i łagodnością, także w obliczu niesprawiedliwości. Obiecujemy więc być dobrymi, jeśli tylko będziemy umieli.
Wieczorny moment podsumowania wyprawy, wymiany refleksji, odczuć i doświadczeń przebiega w warunkach wyjątkowo niesprzyjających. Powoli zapada zmrok, w pobliżu odbywa się niewybredny koncert, a z kolejnej strony świata dobiegają nieobyczajne odgłosy emocjonujących seansów kina 5D. Nasila się zmasowany wysiłek wieczornych cykad, a rowerami okrążają nas wykrzykujące niepochlebne słowa niedorostki.
Towarzyszą nam wdzięczność, melancholia, lekki niepokój, hałas i chaos. Znamy swoje twarze i imiona. Doświadczyliśmy Bożej opieki. Poznaliśmy swój indywidualny koloryt i sposób przeżywania wiary.
Stwierdzamy zgodnie, że w gruncie rzeczy jesteśmy przecież ludźmi gór. Niełatwy jest dla nas spędzany w stolicy czas, gdzie odrzuconym przyszło nam koczować na miejskim marginesie świata. Gdzie wyszedłszy z górskiego sacrum, z ciszy, z rutyny, piękna – także okrutnego, szlachetnej prostoty, zderzyliśmy się z profanum brutalnego, pędzącego i niezwykle rozległego miasta o jasnej jak pudełko zapałek architekturze.
Nie czujemy się tutaj u siebie. Ale w końcu cały materialny wszechświat jest językiem miłości Boga. Tego samego, od którego pochodzi siła, a który stworzył niebo, ziemię oraz góry. Dziękujemy Grecji za gościnę i okazaną dobroć. Za jej figi, jeżyny, opuncje, granaty, wodne krany, kawałek cienia, życzliwych ludzi, szczekające psy, kłujące ciernie, kurz na drodze, kij przy nodze, krople potu, wino, fetę i tzatzyki.
Wyprawa dobiega końca. Pantha rei. Tutto passa. Nienawidzę przemijania. Chociaż bywa, że ma swoje uzasadnione zastosowanie. Joanna uważa, że to najlepsza rzecz na świecie. Prawda jest, jak sądzę, chyba gdzieś pośrodku.
Część z nas może jeszcze nawet nie wiedzieć, czego się nauczyła. Może dzięki wyprawie uda nam się na dłużej zbliżyć do tego, co jest znów bliższe życiu. Poznać trochę więcej tego, o co w nim chodzi. O co nam samym chodzi i kim jesteśmy. Uprościć życie, odrzucając co zbędne, jak marmur, który pod dłutem wprawnego rzeźbiarza ujawnia piękno ukrytej w nim postaci, choć kosztem płatów cennego kruszcu.
Przez ile dróg musi przejść każdy z nas, by mógł człowiekiem się stać? Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat, odpowie ci, bracie, tylko wiatr.
Powędrujemy więc dalej.
Na koniec zamieszczam utwór „Pielgrzym” Cypriana Kamila Norwida:
Nad stanami jest i stanów-stan,
Jako wieża nad płaskie domy
Stercząca w chmury…Wy myślicie, że i ja nie Pan,
Dlatego że dom mój ruchomy,
Z wielbłądziej skóry…Przecież ja aż w nieba łonie trwam,
Gdy ono duszę mą porywa
Jak piramidę!Przecież i ja ziemi tyle mam,
Ile jej stopa ma pokrywa,
Dopókąd idę!…
Julia Kupiak
Bilans wyprawy:
- cel: Ateny
- przewyższenia: Ku górze!
- dystans: W ciągłej drodze










