„Zaśpiewaj z Leonem”, czyli koło ratunkowe dla muzycznej tradycji w kościołach?
Zamiast lamentować nad stanem muzyki na katolickich liturgiach, Papieski Instytut Muzyki Sakralnej postanowił działać. Za pomocą nowoczesnych środków komunikacji/edukacji została dokonana próba skutecznego zaimplementowania wiernym dziedzictwa chorału gregoriańskiego. Chodzi o to, by ten uniwersalny muzyczny i duchowy język był bardziej świadomie wykorzystywany przez wiernych podczas mszy.
A wszystkiemu „winny” Leon XIV, który na inauguracji własnego pontyfikatu wypuścił się na solo. I to po łacinie!
Regina Coeli
Bez akompaniamentu, przy nienajlepszej akustyce (choć mimo wszystko jednak lepszej niż na PGE Narodowym), Leon XIV podczas uroczystości inauguracji pontyfikatu zdobył się na odwagę, by zaśpiewać Regina Coeli. Opłaciło się. Ludzie znów zaczynają mówić o śpiewaniu po łacinie w Kościele.
Jak bumerang
Czy po łacinie, czy nie po łacinie, to sprawa (mimo wszystko) drugorzędna. Wybaczcie mi, tradsi, tę herezję! Zanim opowiem Wam, czym zaowocowało papieskie solo w watykańskich kręgach, pozwólcie, że doniosę:
Bumerang powrócił!
Bumerang zrobienia czegoś mądrego i pożytecznego z muzyką w katolickich kościołach. Oczywiście, że tradycyjna muzyka jest super. Oczywiście, że są kościoły, gdzie wierność tej muzycznej schedzie daje imponujące efekty. Ale life is brutal.
Zróbcie sobie churching po 10 losowo wybranych kościołach. I zdajcie sobie wewnętrzny, muzyczny raport z tegoż churchingu. Szczery. No właśnie…
W czym tkwi problem?
Problem z muzyką w katolickich kościołach oczywiście. Wypunktuję:
- Generalnie wierni albo nie śpiewają, albo ledwo śpiewają. Organy mają tutaj sprawić wrażenie, że cały kościół tym śpiewem grzmi. Ale to tylko wrażenie. Może wyjątkiem jest okres Bożego Narodzenia i pierwsze dwie zwrotki Przybieżeli do Betlejem.
- Poziom samych organistów (z całym szacunkiem dla tych, którym trudno cokolwiek zarzucić). Mam na myśli zarówno grę na instrumencie, jak i śpiew. Występowanie jednocześnie obu tych elementów w wysokiej jakości graniczy z cudem. No, ale cuda się zdarzają. Zwłaszcza w kościołach!
- Samozwańcze zespoły parafialne. Tutaj w zależności od tego, czym dysponuje parafia i na co zezwoli ksiądz proboszcz, mogą dziać się naprawdę przeróżne rzeczy.
- Estetyka/charakter/maniera. Nawet jeśli mamy do czynienia z piękną, tradycyjną pieśnią, możemy jednocześnie tak ją zaserwować, że natychmiastowa ucieczka ze świątyni jest pierwszym, co nam przychodzi do głowy.
Podsumowując, sprowadzam temat problemów z muzyką w kościołach do dwóch rzeczy: JAKOŚĆ i CHARAKTER
Moim zdaniem
To oczywiście jest bardzo złożony problem i nie da się go załatwić w trybie hop-siup. Niemniej jednak pewne jest to:
Tutaj wcześniej czy później musi się coś zmienić.
Betonowi tradycjonaliści w końcu wymrą albo nie wytrzymają naporu woli ludu i ducha czasów. Od razu wyjaśniam: mam na myśli ducha kulturowego, a nie teologicznego. Podkreślam to tak wyraźnie, bo naprawdę są tacy, dla których próby reformowania muzyki w kościele są równoznaczne z godną potępienia herezją. Jeśli oni mają rację, znaczyłoby to, że reformatorzy sakralnej architektury najprawdopodobniej smażą się w piekle.
Zacznij od…
Najtrudniej i najczasochłonniej będzie zmienić śpiewacze nawyki ludu gromadzącego się wokół ołtarza. Ale jak nie zaczniemy tego robić dzisiaj, to jutro, pojutrze nie ma co liczyć na efekty. Uważam, że powinien powstać zespół ludzi, który się tym zajmie systemowo. Ludzi kompetentnych, zaangażowanych i otwartych. Z obu stron. A za wszystkim musi stać zielone światło Kościoła. Bo na działania samozwańcze z cyklu „może ksiądz proboszcz się zgodzi” już chyba szkoda tracić czas i energię.
Kompromis
Tak, to powinien być dobrze rozumiany kompromis, który weźmie pod uwagę bogactwo i piękno tradycji, dostojność rzeczywistości, jaką jest liturgia, oraz silną potrzebą (dotyczy zwłaszcza młodych) posługiwania się językiem współczesnej kultury.
Cóż złego jest w tym, że młodzi, przekraczając próg świątyni, chcą używać języka i znaków, z którymi się identyfikują? Które pomogą im zbliżyć się do tajemnicy wiary? Pomogą się modlić i uwielbiać? Cóż w tym złego, szanowni niezłomni obrońcy tradycji? Bo miejscami ci młodzi, o których Kościół dzisiaj toczy najważniejszą walką, dostają wybór: albo śpiewasz tak jak my chcemy, albo wypad.
3 Dni 3 Noce
Na Festiwalu Życia często podchodzą do mnie ludzie. Młodzi i starsi. Świeccy i konsekrowani. I mówią: dlaczego tych pieśni nie śpiewa się w naszych kościołach tak jak wy to robicie? Ludzie proszą mnie o nuty nowych aranżacji, zapraszają na warsztaty z cyklu: jak pokochać znienawidzoną pieśń?
Eucharystie na Festiwalu są plenerowe. Duża scena i nagłośnienie rodem z Open’era, pełny skład instrumentalny. To wyjątkowe okoliczności. Ale ja, jako stary rock’n’rollowiec, jestem przeciwny używaniu podczas kościelnych liturgii gitar elektrycznych czy perkusji. Stawiam na instrumenty akustyczne. Jedynym wyjątkiem są instrumenty klawiszowe na prąd.
Reasumując – te festiwalowe głosy są dla mnie wyraźnym potwierdzeniem, że lud potrzebuje zmiany i że ta zmiana wisi w powietrzu.
Papieski Instytut Muzyki Sakralnej
Powstał w 1911 roku założony przez św. Piusa X. Jego celem jest zachowanie muzycznych skarbów, które powstały na przestrzeni wieków w różnych miejscach i kulturach świata. Ponadto szkolenie nowych i przyszłych muzyków i kompozytorów, którzy rozjaśnią ceremonie religijne w najróżniejszych krajach świata.
Rewelacja! Jak dobrze, że coś takiego powstało! I rodzi mi się z automatu pytanie: czy muzycznymi skarbami, które powstały na przestrzeni wieków w różnych miejscach i kulturach świata nie mogą zastać uznane i te muzyczne formy, które powstały w naszych czasach?
Śpiewaj z papieżem
Solo Leona XIV podczas mszy inaugurującej jego pontyfikat zainspirowało ojca Roberta Mehlharta OP, szefa wspomnianego powyżej PIMS, do stworzenia serii filmików na YouTubie. Serii, która ma pomóc wiernym w śpiewaniu na liturgiach razem z papieżem. To krótkie, viralowe niemal tutoriale.
Pomysł świetny. Zwłaszcza dla tych, którzy rozkochani są w łacińskim chorale. Czas na propozycję dla tych, którzy są w tym samym Chrystusowym Kościele, ale potrzebują innej nuty. Kościół bowiem jest dla wszystkich. Blisko, coraz bliżej…
Adam Szewczyk
Gitarzysta, kompozytor, aranżer, felietonista. Człowiek o wielkiej ciekawości świata patrzący na rzeczy racjonalnie i przez pryzmat wiary. Absolwent Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej Akademii Muzycznej w Katowicach. Wieloletni jej wykładowca.










